Nie płakałem po…

W sumie to po nikim. Ani po Jacksonie, ani po Winehouse, ani po papieżu – ani nawet po Szymborskiej. Taki ze mnie cynik. Doktor House mógłby ode mnie korepetycje pobierać.

Zawsze, gdy umrze ktoś mniej lub bardziej znany, mogę spodziewać się dwóch rzeczy. Po pierwsze – cały mój Facebook zechce hurtowo wyrazić swój żal i wrzucić link do informacji o śmierci, jakiś obrazek (obowiązkowo czarno – biały) lub przynajmniej cytat. Po drugie – gdzieś tam na krawędzi wzroku przewinie się ktoś, kto z całą stanowczością powie, że nie płacze, nie jest mu przykro, a poza tym to cała reszta chyba na głowę upadła.

Dzisiejsza informacja o śmierci Robina Williamsa obudziła i jednych, i drugich. Ten wpis jest o tej drugiej grupie.

Ja w pełni rozumiem, że trudno mieć jakieś uczucia do – jakby nie patrzeć – zupełnie obcej osoby. Zmarły był tylko kimś, kto zabawiał Cię od czasu do czasu. Albo i to nie. Nie ma obowiązku płaczu czy darcia szat.

I tak – ja też nie rozumiem ludzi, dla których pierwszą i naturalną reakcją na jakiekolwiek zdarzenie jest publikacja na fejsie. Albo lajkowanie farm fanów.

Ale to wszystko nie znaczy, że mam zachowywać się jak buc.

Komuś jest przykro. Mniej lub bardziej, nie mnie to oceniać. Pozwól mu przeżyć tę chwilę smutku i nie wpierniczaj się ze swoim „głupi ten cały smutek, a ja mam to w dupie”. Odnotuj fakt, że ktoś umarł oraz że Twoi znajomi poczuli coś z tego powodu. Dla nich wiedza, że Ty nie czujesz nic, jest kompletnie bezużyteczna. Ale może im sprawić przykrość.

Oczywiście jeśli autentycznie nie obchodzi Cię ta celebrycka śmierć, a nie chodzi tylko o biedny lans na bycie wiecznie w opozycji.

Foto: Thomas Hawk / CC BY-NC 2.0

Jeśli podobał Ci się ten tekst, polub mnie na Facebooku!