Nie zrozumiesz powstańca

Chyba przed rokiem, gdy oglądaliśmy obchody wybuchu Powstania w telewizji, żona spytała mnie najzupełniej poważnie:

– Jak myślisz, czy my też potrafilibyśmy zdobyć się na takie poświęcenie?

– Nie wiem – odpowiedziałem zgodnie z prawdą. Po chwili dodając – Ale mam nadzieję, że nie.


Kiedy przed rokiem Jakub Noch na łamach portalu na:Temat w dość emocjonalnym artykule napisał, że można mieć dość fetowania Powstania Warszawskiego, został publicznie i po wielokroć zgnojony. Wdeptany w ziemię. I dla pewności – opluty. Nawet na co dzień racjonalni ludzie nie starali się zrozumieć jego racji, bo przecież „świętość atakujo”!

Rzeka pomyj i nienawiści z pewnością była utrzymana w duchu ideałów, za jakie ginęli powstańcy.

Dziś, rok później, można podyskutować o feminizmie powstańczym, usiłując przeforsować jakże zgrabne słowo „powstanka” (czemu nie „powstańczyni”?). Można kupić okolicznościową koszulkę, z raną na piersi. No i najważniejsze – można wziąć udział w szafiarkowym konkursie na powstańczą stylizację. I trzasnąć sobie partyzanckie selfie na tle podziurawionego kulami muru.

To wszystko oczywiście przeplatane tradycyjnymi rekonstrukcjami krwawych walk i nieodłącznymi gwizdami na cmentarzu. Do tego jeszcze jakaś dyskusja o zasadności wybuchu i mamy komplet. Choć dobrze byłoby, aby jeszcze jakiś Poznaniak z niebywałą gracją rzucił hasłem, że oni swoje powstanie wygrali i nikt o tym nie pamięta.

Przy takich atrakcjach nawet najbardziej wyrozumiali ludzie dochodzą do wniosku, że ta nasza minuta ciszy nad najtragiczniejszą bitwą miejską w dziejach Polski skręciła w złą stronę.

Mam wrażenie, że w całym tym świętowaniu coraz bardziej chodzi o to, kto bardziej uczci powstańców (każde miasto ma swoje małe powstanie), zapominając przy tym o walczących w Powstaniu ludziach. Tak, właśnie – ludziach. Nie „powstańcach”. Nie „bohaterach”. O ludziach.

To byli zwykli ludzie. Mieli rodziny, przyjaciół, marzenia. Może mieli jakieś plany. Może chcieli w spokoju przeżyć. A jednak ruszyli na wroga. Walczyli w beznadziejnej walce. Schodzili do cuchnących kanałów. Nie wstali rano z postanowieniem „dokonam dziś heroicznego czynu”. Nie mieli schowanej pod płaszczem superbohaterskiej peleryny.

Byli zwykłymi ludźmi. Których coś pchnęło do niezwykłych działań.

My, dzisiaj, nie jesteśmy w stanie tego zrozumieć. Nie możemy sobie nawet wyobrazić, jak to jest, gdy całe życie odkłada się na półkę i idzie walczyć. Ze świadomością, że się nie wróci. Ale mimo to się idzie. Bo nie można inaczej? Bo Polska wzywa? Bo może to dobry pomysł? Nie – dzisiaj, w wolnym i bezpiecznym kraju, gdzie za szczytowy przykład patriotyzmu uznaje się płacenie podatków i segregowanie śmieci, pomysły są zgoła inne. W razie wojny – uciec. Ukryć najbliższych. Nie angażować się w walkę. Nie bawić w partyzantkę. Gdy sytuacja zmusi – kolaborować. Bo czemu nie? Wszyscy chcą żyć.

Oni, siedemdziesiąt lat temu, też chcieli. A mimo tego postąpili wbrew instynktom. Wbrew logice. Może – wbrew sobie. I zginęli. Jasne, lepiej byłoby, gdyby nadal żyli. Gdyby nie zburzono miasta. Ale dokonali takiego, a nie innego wyboru. Czy tego właśnie chcieli? Czy było im lżej ginąć, niż tym, którzy nie walczyli w Powstaniu? I co popchnęło zwykłych ludzi do czynów, które my dziś nazywamy bohaterskimi? Choć niekoniecznie sami chcielibyśmy być takimi powstańcami.

Zastanówcie się nad tym jutro, w rocznicę wybuchu Powstania. Bez tej całej plastikowej cepeliady. Pomyślcie w chwili ciszy – o ludziach. Zrozumieć i tak ich nie zrozumiecie.

 Foto: Oscar Anton / CC BY-NC-ND 2.0

  • Tekst piękny i prawdziwy. Sama kilkakrotnie zastanawiałam się co zrobić w wypadku wojny. Mieszkam daleko od swojej rodziny, a i na miejscu mam wielu bliskich osób. Walczyć, ukryć się, zabić?
    Mam nadzieję, że nigdy nie poznam odpowiedzi na męczące mnie i Ciebie pytania.
    Chociaż teraz to nic już nie wiadomo.

    • To jest tak, że możemy mieć tylko nadzieję. Ale gdyby w życiu kogokolwiek pojawiła się jakaś krytyczna sytuacja, zapewne instynkt i presja chwili sprawiłyby, że zadziwilibyśmy sami siebie i innych. Dlatego dobrze jest jak najczęściej myśleć „co zrobić gdy…” – bo to daje jakąś bazę do działania. I nie trzeba już pewnych kwestii rozważać, gdy nie ma na to czasu.