Dlaczego jesteśmy sami (we Wszechświecie)

Dziś wpis popularnonaukowy. O czymś, co siedzi mi w głowie od kilku dobrych dni. Czyli: dlaczego jeszcze nie spotkaliśmy kosmitów. I dlaczego może to dobrze…

Najpierw kilka słów wyjaśnień. To jest najdłuższy wpis, jaki powstał na tym blogu. Ale pisało mi się go świetnie i liczę, że równie dobrze będzie się Wam go czytać. Nie podejrzewam Was o chorobę tl;dr – ale dla leni trafiających tu przypadkiem przygotowałem odpowiedni skrót treści na samym końcu. Całą resztę zapraszam do lektury i proszę – dajcie znać, co sądzicie o takich wpisach. Mam na myśli zarówno tematykę, jak i długość.

No, a teraz już zaczynamy.


Nie wykluczam, że hasło „paradoks Fermiego” obiło mi się o uszy dużo wcześniej – ba , jestem tego nawet pewien – ale dopiero jakiś czas temu poczytałem o nim więcej. I to, co przeczytałem, mocno zapadło mi w pamięć, zmuszając jednocześnie do refleksji. Dziś chciałbym podzielić się tym z Wami. Bo też dzisiaj jest dość ważna rocznica – 45 lat temu człowiek po raz pierwszy postawił stopę na Księżycu.

Mały krok dla człowieka, wielki skok dla ludzkości. I kompletna abstrakcja dla stada surykatek na sawannie.

Dziś planujemy jako ludzkość podróż na Marsa, powrót na Księżyc i – w dalszej perspektywie – podróże międzygwiezdne. Mamy nadzieję, że gdzieś tam może być życie – podobne do naszego. A mimo to nadal go nie odkryliśmy. Dlaczego? Postaram się odpowiedzieć, zabierając Was w fascynującą podróż do gwiazd.

Zacznijmy od liczb.

[pullquote]Mówiąc krótko i slangiem – jest jakiś pierdyliard gwiazd.[/pullquote]

Naukowcy szacują, że w całym Wszechświecie jest ponad sto miliardów galaktyk. Każda z nich zawiera setki miliardów gwiazd. Do tego występują gwiazdy w przestrzeni międzygalaktycznej, ale z jakiegoś powodu są same, inne gwiazdy ich nie lubią, więc ja też nie będę się nimi zajmował. Konkretnie – grube szacunki określają liczbę gwiazd na minimum (!) siedemdziesiąt tryliardów. Ludzki umysł gubi się na liczbach, które przekraczają liczbę palców, więc zobrazuję to takim porównaniem: gwiazd jest kilka tysięcy razy więcej, niż ziarenek piasku na naszej planecie.

Tej ilości też przeciętny człowiek rozumem nie ogarnie, ale wiecie już, że mówimy tu o gigantycznych liczbach.

Teraz nieco skrócę tę matematykę, żeby nie wnikać w procenty, ale – naukowcy szacują też, jaki odsetek wszystkich gwiazd mogą stanowić gwiazdy podobne do naszego Słońca. Rozrzut jest niezły, bo od kilku do kilkudziesięciu procent, ale przyjmijmy tu wariant najmniej optymistyczny, czyli kilka procent.

Dalej – jakiś odsetek tych gwiazd ma orbitujące wokół siebie planety, przypominające naszą Ziemię. Czyli znajdujące się w odpowiedniej odległości od gwiazdy, z właściwą temperaturą, wodą, atmosferą, ale bez polityków. Tu znowu możemy się sprzeczać o wartość od kilku do kilkudziesięciu procent, ale ponownie przyjmijmy mniejszą wartość.

Liczby są dość grube i nie chciałbym Was nimi zanudzać, ale nadal jesteśmy w sytuacji, gdy takich planet jest sto razy więcej niż liczbę ziarenek piasku na Ziemi.

Nie, nie jakiegoś specjalnego piasku. Normalnego piasku, jaki włazi w majtki podczas leżenia na plaży.

Przyjmując nadal mocno bezpieczne założenia i szacując, że tylko 1% tych planet faktycznie ma rozwinięte życie – czyli przypada po jednej planecie na każde ziarenko piasku.

Jeśli przełożymy tę salę na naszą Drogę Mleczną – w naszej galaktyce powinno być miliard takich planet. Zdolnych do życia, krążących wokół gwiazdy podobnej do Słońca, z rozwiniętym życiem. A na 1% z nich powinno być życie.

To gdzie w takim razie są małe, zielone ludziki? To pytanie – to jest właśnie paradoks Fermiego. Statystycznie powinno być ich multum, a my ich nadal nie widzimy. Ale prawdziwa zabawa zaczyna się, gdy staramy się na to pytanie odpowiedzieć.

Ciąg dalszy na następnej stronie.

Jeśli podobał Ci się ten tekst, polub mnie na Facebooku!