5 zasad mówienia o bieganiu

Biegasz? To wspaniale! Teraz jeszcze musisz się dowiedzieć, jak zachowywać się bez biegowych butów na nogach.

W minionym tygodniu echem w sieci odbił się artykuł Krzysztofa Majaka w naTemat.pl pod wielce mówiącym tytułem „Gdy widzę grubych ludzi, jest mi ich żal”. Wprawdzie tak mógłby się nazywać temat przewodni festiwalu poezji śpiewanej, ale tym razem poszło o bieganie. Nie będę streszczał artykułu, możecie przeczytać go sami – w skrócie: otyłość to choroba, a chorzy ludzie budzą w w autorze żal. Bo chorują na własne życzenie.

Artykuł przeanalizowano na wszystkie możliwe sposoby, więc nie będę się odnosił do treści (z którą generalnie się zgadzam). Skupię się raczej na formie. Bo – nie oszukujmy się – ten tekst Pulitzera nie zgarnie. Natomiast jego lektura uświadomiła mi, że wielu początkujących biegaczy (a do takich zalicza się pan Majak, przygotowujący się do maratonu) dowiaduje się tylko jak biegać – a nie jak mówić o swoim bieganiu.

Na szczęście czuwam. Byłem tam, gdzie ty. Odkryłem bieganie, przygotowywałem się do maratonu. Ołówki w dłoń i notujcie.

Ludzie nie wiedzą nic o bieganiu

To już standard. Rzucasz tekstem „przebiegnę maraton” i w odpowiedzi słyszysz „czyli ile?” – co może Cię trochę dziwić. Przecież to oczywiste. Niestety – tylko dla Ciebie. Przeciętny człowiek w dzisiejszych czasach nie wie, czy maraton to 5, 10 czy 100 km.

Podobnie jest z dowolnym innym dystansem. I czasem, w jakim go przebiegasz. Powiedz człowiekowi, że robisz 5 km w 20 minut – zero reakcji. Twój rozmówca nie wie, czy „piątka” to dużo, czy mało. Wie natomiast, że jego opel radzi sobie lepiej.

Powiedz, czy to dużo, czy mało – szybko czy wolno. Daj człowiekowi jakiś punkt odniesienia. Tylko absolutnie nie rzucaj tekstami o wydajności, pojemności płuc i całej masie tego biegowego żargonu. A jeśli masz pronującą stopę, po prostu powiedz, że musisz kupić nowe buty.

Nie namawiaj innych

Biegasz i lubisz to. Logicznym jest więc, że  inni też muszą to lubić. Podchodzisz więc do każdego i pytasz wprost – „Biegasz?”. Kiedy słyszysz zaprzeczenie, Twoją automatyczną reakcją jest „zacznij, to fajne”.

I własnie tak wkurza się ludzi.

Są ludzie, którzy nie lubią biegać. Bo wolą jazdę na rowerze. Granie w tenisa. Albo oglądanie kolejnych seriali z paczką czipsów w ręku. Pogódź się z tym. Nie namówisz ich, a tylko zniechęcisz do siebie. Tacy ludzie uważają, że bieganie jest nudne i męczące – i mają rację. Musieliby się ruszyć – i to wielokrotnie – aby zobaczyć, że może być inaczej. A po co mieliby to robić? Przecież tak jest dobrze?

Więc niech im będzie dobrze – nie psuj im bajki.

Jeszcze jedna uwaga – są ludzie, którzy lubią biegać, ale nie kręcą ich zawody. Daj im żyć.

Social media

Tak, wiem – Endomondo jest fajne. Bo mamy archiwum naszych treningów i zawodów. Bo można komuś podczas biegu wysłać komentarz. Bo można wrzucić czas i trasę na fejsa i wszyscy zobaczą, jak fajnie biegamy.

Pamiętasz punkt pierwszy? Ludzie nie wiedzą nic o bieganiu. Dzięki mapce może zobaczą, ile to jest te dziesięć kilometrów, ale nadal nie będą wiedzieli, o co Ci chodzi. Natomiast będą mieli świadomość tego, że zalewasz im fejsa swoim biegowym spamem.

Co może Ci wyjść na dobre. W ten sposób odsiejesz tych, którzy Cię wspierają od tych, którzy mają Cię w dupie. Bo samo wrzucanie treningów jest dobre, jeśli zadeklarujesz publicznie, że przebiegniesz tyle i tyle albo szykujesz się do wielkich zawodów. Warto wtedy zabiegać o wsparcie i doping.

Dwie uwagi na koniec tego punktu:

  • Szykując się do półmaratonu, maratonu, ultramaratonu, Iron Mana… do czegoś wielkiego – gdy zawody są coraz bliżej, odpuść sobie wrzucanie przebiegniętych piątek i dziesiątek. Takie dystanse to nosem wciągasz. Trzymaj poziom.
  • Po wszelkich zawodach instagramowa fotka medalu jest zawsze na propsie.
Bieganie nie jest rozwiązaniem wszystkich problemów

O ile o tym tekście myślałem od jakiegoś czasu, o tyle ten punkt dodaję pod wpływem artykułu p. Majaka. Wyobraź sobie, że rozmawiasz ze swoim otyłym znajomym. Przepełnia Cię troską o jego zdrowie, więc mówisz coś w stylu:

Twoja otyłość to przejaw niezdrowego trybu życia, może prowadzić do różnych chorób, a nawet śmierci. Od jakiegoś czasu biegam i widzę, że przynosi to świetne efekty – chudnę i mam więcej energii. Może też spróbuj? Możemy pobiegać razem.

Natomiast Twój otyły znajomy słyszy mniej więcej to:

Ej, grubasie – rusz się trochę! Patrz, jak ja biegam i bierz przykład!

Pamiętaj, że jako biegacz jesteś ćpunem uzależnionym od endorfin. Odkrywasz radość z aktywności, widzisz pozytywne efekty – i sądzisz, że to zadziała u każdego. Nie, nie zadziała. Nie mówię nawet o tych, którzy nie lubią biegać. Niektórzy nie mogą, niektórzy wolą żyć ze swoimi problemami (otyłość, brak energii, słaba kondycja). Jeszcze inni po prostu potrzebują dużo czasu, żeby zrozumieć, że mają jakiś problem.

Nie naciskaj. Idź pobiegać.

Poza bieganiem jest życie

Biegasz od kilku miesięcy. Nie pamiętasz już, jak Twoje życie wyglądało przedtem. Endorfiny, poprawa kondycji, nowi znajomi – a to wszystko dzięki zwykłemu bieganiu! Jesteś jak gość, który po latach grzesznego życia odkrył, że Jezus go kocha i musi wszystkim o tym opowiedzieć.

Powiem jedno – neofici potrafią być niesamowicie wkurzający. To super, że masz pasję, ale słuchanie o niej non – stop od kilku miesięcy doprowadza Twoich znajomych do szewskiej pasji. Po to masz nowych kolegów, związanych z bieganiem, aby z nimi porozmawiać o tym, jak najlepiej wiązać buty. Cała reszta wysłucha Cię przez grzeczność.

Pokaż od czasu do czasu, że Twój biegowy narkotyk nie wyprał Ci mózgu i nie zniszczył Twojej starej fajności. Że nadal potrafisz mówić o czymś innym. Że masz jakieś życie poza robieniem kolejnych kilometrów w obciachowych butach.

Bo jeśli nie umiesz tego zrobić – to kiepska z Ciebie reklama biegania.

  • kaszika

    http://lubimyczytac.pl/ksiazka/52679/o-czym-mowie-kiedy-mowie-o-bieganiu polecam Murakamiego Bartek, świetnie piszący Japończyk maratończyk!
    Swoją drogą coś taki najeżony na neofitów? są piękni ze swoimi zajawkami, są prawdziwi w tym jak jarają się do nieprzytomności, czymkolwiek 🙂 to w końcu mija, ale kiedy trwa – jest strasznie energetyczne i działa na ludzi wokół bardziej niż chłodny dystans i wycofanie na z góry upatrzone pozycje

    • Murakamiego kojarzę tylko z „Przygody z owcą”. Kiedyś przeczytam coś jeszcze 🙂

      Nie jestem najeżony. Po prostu rzadko który neofita ma świadomość, jak cienka linia oddziela „pozytywny i inspirujący zapał” od „wkurzający i namolny fanatyk”. Ale – tak jak piszesz – to mija. Więc teraz tylko patrzę i czekam 🙂

  • Maciej G.

    Co tu dużo mówić, zgadzam się Bartek z Tobą w 100% Swoją drogą przeanalizowałem jakiś czas temu wcześniejsze teksty redaktora Majaka o bieganiu i nie wiem czemu, ale często osoby z tak zwanych popularniejszych mediów – jak mówią o bieganiu, to nie powiedzą, że celem w tym sporcie jest sama aktywność fizyczna – tylko właśnie przebiegnięcie maratonu.

    Kiedyś też w programie „Uwaga” stacji TVN http://uwaga.tvn.pl/61709,news,,bieganie_moda_czy_pasja,reportaz.html
    był materiał w którym oczywiście chodzi w bieganiu chodzi oto, aby ukończyć królewski dystans – o czym marzy bohaterka powyższego reportażu.

    • Pan Majak, razem z grupą innych osób (m.in. blogerów) bierze udział w programie, który ma ich wszystkich przygotować do maratonu PZU w 2015. Więc to zafiksowanie na tych nieszczęsnych 42 km jest u niego zrozumiałe. Zresztą powiem Ci, że (moim zdaniem) u każdego biegacza, który nie stroni od zawodów, ten maraton się kiedyś w myślach pojawi. Tylko że niektórzy machną na to ręką, a inni… no cóż. Zeszły rok wspominam z autentyczną dumą 🙂

  • Dokładnie tak!
    Namawianie na siłę może przynieść wręcz osobny skutek. Tym bardziej, że normalny człowiek ma oczy i sam może wyciągać obserwacje. Jeśli widzisz znajomego, który czasem coś tam wspomina, że biega (ćwiczy z Chodakowską, pływa, robi brzuszki, gra w szachy, niepotrzebne skreślić), widzisz że ma z tego zwyczajnie frajdę, to i czasem może przyjść refleksja „hmm, a może ja też spróbuję”.
    Z pozdrowieniami od uparcie nie-biegającej 🙂

    • Z tym uporem to uważaj, bo to różnie bywa 🙂
      Kiedyś próbowałem namawiać na bieganie. Ale potem mi przeszło. Nie, że zmądrzałem – za leniwy na to jestem.

      • Kiedyś nawet miałam przebłyski chęci na bieganie. Ale odstraszyło mnie nic innego jak takie właśnie usilne namawianie. O, zobacz jakie fajne damskie buty do biegania. O, zobacz ile ludzi biega. O, patrz, zawody dla amatorów. Im więcej namawiania, tym bardziej, na przekór, mniejsza ochota.
        Na (nie)szczęście teraz w odpowiedzi na wszelkie namawianie wystarczy jedno demonstracyjne chrupnięcie kolanem. Działa 🙂