5 mitów o aferze taśmowej, w które możesz wierzyć

Zawsze powtarzałem, że Polska byłaby rajem, gdyby nie dziennikarstwo śledcze. I coś jest na rzeczy, bo najnowsze rewelacje ujawnione przez „Wprost” każą nam wierzyć, że coś z naszymi władzami jest mocno nie tak.

Ale ponieważ każdy artykuł dotyka tylko jednej kwestii, trudno mieć całościowy obraz sytuacji. I jeszcze wyciągnąć wnioski. Może więc myślisz, że…

To największa afera świata

Nie przesadzaj. Były większe. To nie tak, że dano komuś łapówkę albo podjęto wiążące decyzje. Tu dwóch znajomych rozmawiało na tematy służbowe. I kolega pytał kolegę o radę w sprawie problemów małżonki. Takie rozmowy toczy każdy z nas. Nie planowano zamachu stanu albo zabójstwa.

Jasne, fajnie to teraz rozdmuchiwać i twierdzić, że Tusk skończył się na „Kill’em All”, ale – jak mawiają raperzy – „znaj proporcją, mocium panie”. Gdyby te rozmowy się nie odbyły, Polska nie byłaby krainą mlekiem i miodem płynącą.

Gdy zrozumiesz, że to nie jest combo Watergate i Iran – Contras, możesz dojść do wniosku, że…

Nic się nie stało

Skoro to takie błahostki, to nie ma czego roztrząsać. Nie do końca. Ci rozmawiający koledzy pełnili (lub pełnią) określone funkcje. Echa ich rozmów mogły mieć przełożenie na działania organów państwa. Zwłaszcza, że treść tych rozmów pokrywa się z późniejszymi faktami. A to byłoby nadużycie władzy.

Oczywiście, takie nadużycie należy najpierw udowodnić – to zadanie dla prokuratury. Niemniej samo prowadzenie tych rozmów jest moralnie naganne. Minister sugerujący szefowi banku centralnego uratowanie wizerunku partii rządzącej, były minister pytający, co zrobić z kontrolą skarbową w firmie żony… będąc na pewnym stanowisku takich słów nie wypowiada się nawet żartem*.

Bo nie wszyscy mają poczucie humoru, ale …

Wszyscy tak robią

Tak jest robiona polityka, powiesz. Wszyscy tak załatwiają sprawy, powiesz. Och, jak znasz się na ludziach! A ten cynizm jest taki pociągający – jak u doktora House’a.

W Polsce istnieje domniemanie niewinności. Masz dowody na to, że wszyscy – ale to wszyscy – tak robią politykę? Od prezydenta, przez premiera, aż po wójta Pierdziszewa Górnego? Jeśli nie, ale upierasz się, że „no przecież wiadomo, że tak jest” – to niczym nie różnisz się od oszołomów twierdzących, że światem żądzą Żydzi do spółki z masonami. Plus grupką jezuitów.

Pewnie gdy dojdziesz do władzy, będziesz tak robić. Ale nie mierz innych swoją miarą. Są na tym świecie ludzie etyczni. Którzy potrafią odpowiedzialnie sprawować powierzone im funkcje. A dowiedzenie się, że jeden czy drugi minister ma z tym problem u normalnych ludzi musi budzić szok i oburzenie.

Ale skupiając się na tym, możesz pomyśleć, że…

Chodzi tylko o treść rozmów

Nieprawda – chodzi też o sam fakt istnienia takich nagrań. Ktoś – jeszcze nie wiadomo kto – nagrał prywatne spotkanie dość ważnych osób. Ktoś oferował te nagrania dziennikarzom, ale tylko „Wprost” zdecydował się je opublikować. Lista pytań, jakie powstają w związku z tymi dwoma zdaniami, może jeżyć włos na głowie.

Kogo jeszcze nagrano? Kto nagrywał? Kto sprzedawał? Dlaczego inne pisma nie chciały kupić tych nagrań? Dlaczego nikt z dziennikarzy, którym oferowano nagrania, nie zgłosił tego do odpowiednich służb? No i w jaki sposób same służby mogły dopuścić do nagrania tych rozmów?

Nie twierdzę, że nasze zabezpieczenie kontrwywiadowcze leży i kwiczy, a ciemne moce wchodzą w nas jak Godzilla w Tokio. Nie mam pełnej wiedzy na temat ich działania. Ale w tym wypadku kilka osób mocno dało dupy. Nie chodzi teraz o to, aby im przy owej dupie urwać głowy – ale wyjaśnić, jak do tego doszło i podjąć odpowiednie działania na przyszłość.

OK, było o treści i nośniku, teraz pomówmy o formie. Może myślisz, że…

Język tych rozmów to norma w Polsce

Miałem kiedyś kolegę, który nigdy, przenigdy, nie używał przekleństw. Ale potem poszliśmy do piątej klasy i wszystko się zmieniło. Nie będę więc udawał, że nie przeklinam oraz że moi znajomi w chwili wzburzenia mówią najwyżej „niech to dunder świśnie”.

Z drugiej strony – byłem świadkiem rozmów między moimi kolegami, w których obrabiali innym dupy za plecami i rzucali niewybredne żarciki o długości prącia. Ale potem poszliśmy do szkół średnich i to się skończyło.

Zastanów się – czy rozmawiając ze swoimi współpracownikami faktycznie używasz takiej ilości „ozdobników”. Czy plotkowanie o nieobecnych dominuje w waszych rozmowach? A może samo słowo „penis” powoduje u ciebie rubaszny rechot? Może poznałem za mało ludzi w moim życiu, ale żaden ze znanych mi tzw. białych kołnierzyków nie prowadzi rozmowy w taki sposób. Po prostu nawet pretendowanie do bycia człowiekiem na pewnym poziomie obliguje do określnego zachowania.

Elity zawsze były wzorem dla plebsu – i swoim zachowaniem ubiorem czy majątkiem motywowały do pięcia się w górę drabiny społecznej. Przy takim języku i manierach każdy dresiarz w BMW z odpowiednio przyciemnionymi szybami będzie nie do odróżnienia od ministra. Czy właśnie tego chcesz?

Jeśli tak, to gratuluję szybkiego awansu społecznego.

* To nawet ja wiem, a jestem małym żuczkiem. Mam dostęp do pewnych wrażliwych danych, zanim staną się publiczne – i nie robię z tego faktu tajemnicy. Czasem bywa, że jakiś heheszek spyta przed publikacją tych danych „to co warto robić?” – wtedy tylko się uśmiecham. Poważni ludzie nawet nie zadają tego pytania. Jeśli rozmawiam z kimś o tych danych, to tylko z ludźmi o identycznej wiedzy – i tylko w biurze. Musiałbym chyba wstrzyknąć sobie jakąś marihuanę, aby paplać o tym przy piwie lub w tramwaju.

Foto: Rolf Venema, Flickr (CC BY-NC-ND 2.0)