Bieganie jako rozrywka dla ludzi o niezbyt subtelnej umysłowości

Wczoraj w Warszawie odbyło się Narodowe Święto Biegania. Niewiele brakowało, a wziąłbym w nim udział.

W minionym tygodniu w wielu miejscach sieci widziałem linki i komentarze do felietonu red. Zdorta z „Rzepy”. W skrócie – panu red. warszawski półmaraton zablokował miasto, przez co nie mógł hulać autem po psutych ulicach. A poza tym biegają ludzie o „niezbyt subelnej umysłowości”. I to nie jest bieganie, tylko „biegactwo”. Które – wyniesione do rangi religii – odciąga ludzi od niedzielnej mszy. I niech se biegacze hasają po polach i lasach, a nie przez miasto.

Tyle red. Zdort. Pewnie przy wczorajszym maratonie musiał dostać paliptacji.

To teraz ja Wam powiem, jak to z bieganiem jest naprawdę.

Po pierwsze – bieganie jest nudne. Serio. Pogadać nie bardzo jest jak, książki nie poczytasz, stu panoramicznych też raczej nie rozwiążesz. Na zawodach jeszcze coś się dzieje, ale gdy trenujesz, to dookoła nie ma żywej duszy. I robisz człowieku długi trening przed maratonem, powiedzmy 20 km. Około dwóch godzin tylko biegniesz i biegniesz…

Po drugie – jest kontuzjogenne. Owszem, masz biologiczne przystosowanie do biegania na długim dystansie. Dzięki umiejętności pocenia się maratończyk jest w stanie zagonić na śmierć antylopę. Niewykluczone, że tak właśnie polowali pierwsi homo. Ale my mamy mięso w markecie, wiec biegać nie musimy. Biegamy, bo chcemy – ale nie po sawannie, jak przodkowie. Tylko po twardym asfalcie. Twoje stawy tego nie lubią.

Bieganie jest nudne, kosztowne i można sobie zrobić krzywdę.

Dalej – kasa. Gdy poszukać w sieci informacji o bieganiu, najczęściej jako zachęta pojawia się hasło „to bardzo tani sport”. Faktycznie, wystarczy wyjść z domu i zacząć biegać. Ale apetyt rośnie w miarę jedzenia. Przecież nie będziesz biegać w gumiakach albo starych trampkach. Musisz kupić buty do biegania, przynajmniej w Lidlu. No i spodnie, bo jeansy niesamowicie obcierają. Podobnie jak bawełniana koszulka. A jak już jest strój, to i coś na głowę by się przydało. I skarpety specjalne. I bielizna.

A potem może jeszcze jakiś fikuśny zegarek, który pokaże wszystko poza aktualną godziną. Za to będziesz wiedzieć, ile uderzeń serca minęło od Twojego startu.

No i ostatnie – jesteśmy ćpunami. Nawijamy wszem i wobec o magicznych „endorfinach”, nie dostrzegając, że wyzwalamy je w sztuczny sposób. Powiedz biegaczowi, aby zrezygnował z treningu… a na jego twarzy odmaluje się niechęć pomieszana z paniką. A gdy jakaś kontuzja elimiunje ich z biegania (trwale lub czasowo), są przybici i rozdrażnieni.

Wiem, co mówię, sam tak miałem, jak raz mi lekarz powiedział, żebym przestał biegać. Poczułem się tak źle, jakby mi ktoś internet wyłaczył. Potem powiedziałem mu, żeby nie szukał najprostszych rozwiązań. A na koniec znalazłem innego lekarza.

To dlaczego biegam?

Bo cała nuda treningu idzie w zapomnienie, gdy zaczyna się bieg na zawodach. Gdy tuż przed startem jest to uderzenie adrenaliny. A potem, w czasie biegu, gdy walczy się z sobą i innymi, nuda jest ostatnim słowem na określenie mojego stanu. Kontuzje? Dobre buty i odpowiednia technika minimalizuja ryzyko. Buty z amortyzacją też pomagają.

A skoro już przy butach i sprzęcie jesteśmy – owszem, to kosztuje. Jak chyba każde hobby. Ale kto powiedział, że trzeba wydawać fortunę na markowe, zawodowe obuwie. Jeśli nie zarabiasz bieganiem, z pewnością znajdziesz coś z niższej półki, co będzie Ci odpowiadać i spełni swoje zadanie. A jeśli chodzi o zegarki… wystarczy smartfon z odpowiednią aplikacją. Pasy do mierzenia tętna też można kupić bez wydawania kilku stów. Zegarek z GPS nie jest Ci potrzebny.

Jeśli zaś chodzi o uzależnienie – tu nie mam nic na swoją obronę. Ale nasz narkotyk jest legalny, nie wyniszcza organizmu, nie szkodzi nikomu dookoła (no, najwyżej red. Zdortowi skoczy ciśnienie, gdy będzie stał w korku), a jeśli podchodzi się do niego z głową, to i syndromu odstawienia można uniknąć. Natomiast dzika satysfakcja ze zmierzenia się ze sobą, gdy przekroczy się linię mety, jest nie do opisania. To prawie jak seks. No a seks po treningu…

Zapomnijcie o minusach – bieganie jest super!

Jeszcze dwa lata temu nie podejrzewałem, że tak się wciągnę w bieganie. Nie byłem nigdy typem sportowca, ale bieganie jest chyba sportem dla mnie. Proste, łatwe, możliwe do uprawiania wszędzie. Uzależnia do tego stopnia, że chociaż zarzekałem sie po zeszłorocznym maratonie, że „nigdy wiecej”, to miałem miejsce na wczorajszym maratonie Orlenu. I strasznie żałuję, że nie mogłem pojechać. Ale trzymałem kciuki za wszystkich zawodników i gratuluję tym, którzy podjęli to wyzwanie i zmierzyli się z samymi sobą. Dobra robota!

A red. Zdortem nie ma się co przejmować. Gdy przyjdzie apokalipsa zombie i będzie nas ścigać horda głodnych nieumarłych, kupimy nim sobie trochę czasu.

  • Oj, z tą nudą się nie zgodzę! Pogadać jak najbardziej można (utrzymując tętno 60% HR MAX), można też się pouczyć (przez całe liceum i studia biegałam z fiszkami albo z partiami materiału na małych ściągach, które czytałam podczas marszu, a potem próbowałam zapamiętać podczas sprintu), albo oglądać filmy (i znowu, pod warunkiem, ze biegniesz z 60 – 70 % HR MAX, podczas godziny czy dwóch idzie coś obejrzeć na smartfonie – najlepiej musicale, bo więcej się tam słucha niż ogląda).
    Pozdrawiam, wyznawczyni wspólnej religii.

    • Wszyscy się tej nudy przyczepili…:-) Dla mnie ta „nuda” na treningu była fajna, bo mogłem sobie ułożyć wiele rzeczy w głowie. Taka prawie medytacja 🙂

  • Nie biegam, bo nie mogę z różnych powodów zdrowotnych, ale łażę z kijkami do NW (co już na szczęście przestaje kojarzyć się wyłącznie ze sportem dla emerytów 😉 ). Trochę nudy w tym świecie bombardującym nas informacjami i decybelami jest bardzo potrzebne jako oczyszczenie, wyłączenie się na chwilę. Poza tym zawsze można sobie posłuchać radia lub audiobooka, jak ktoś nie jest w stanie wytrzymać ciszy. Mnie się ta godzina przydaje do poukładania sobie wielu spraw w głowie, przeprowadzenia dialogu ze sobą. No i przecież mamy dookoła świat, tak fascynujący! 🙂

    • Tylko jak się biegnie, to ten świat trochę za szybko się przewija po bokach 🙂 ale mam tak samo, jak Ty – chodzi o pobycie trochę tylko z sobą.

  • Grammar nazi by WW: „zawodoach”, „spodnie, bo w jeansy niesamowicie obcierają”. Więcej literówek nie znalazłem, czuwaj!

  • piotrborowski

    prawda, że bieganie może szkodzić. Po prostu potrzebny jest rozsądek, wtedy można uniknąć kontuzji. A wysiłek daje radość (endorfiny). Dodatkowo cieszy osiąganie kolejnych wyzwań. Problemem w bieganiu są twarde nawierzchnie, jak możesz biegaj w naturalnych warunkach – po lesie lub po plaży.

    • Rozsądek przydaje się zawsze, nie tylko w bieganiu. A co do biegania po plaży, to to nie jest najlepszy pomysł. Albo masz pod nogami kopny piach, czyli zabawa jest męcząca i łatwo o uraz kostki, albo biegniesz po części wygładzonej przez fale – która najczęściej jest pod drobnym skosem. Mi to nie pasowało.

  • Pingback: 5 zasad mówienia o bieganiu – MrCichy()

  • Pingback: 5 minusów biegania, o których nikt Ci nie powie – MrCichy()