RetroGranie: Carmageddon

Lata 90. minionego stulecia w grach komputerowych… To były czasy! Trzy piksele na krzyż w połączeniu z naszą wyobraźnią były najwierniejszym odwzorowaniem rzeczywistości. A każda gra miała jedno zadanie – zmienić uśmiechnięte dziatki w żądne krwi potwory. To właśnie wtedy w Mortalu wyrywało się przeciwnikom głowy razem z kręgosłupami, chlapiąc pikselową posoką na wszystkie strony. To wtedy w Doomie czy pierwszym Quake`u masakrowało się hordy wrogów wymyślnymi spluwami. To także wtedy sadysta Mario rozdeptywał żółwie, a perski książę konał nadziany na kolce. I nagle z tej krwawej jatki wyłonił się tytuł, który nikogo nie pozostawiał obojętnym. „Carmageddon”. Niby wyścigi samochodowe, ale pełne niczym nieuzasadnionej przemocy. Ryk silników ginął w lamencie bezbronnych ofiar, a żwir pryskajacy spod kół miał zawsze czerwoną barwę.

Tak jak pisałem we wpisie o „Starcrafcie” – postanowiłem nieco nadrobić zaległości i pograć w niektóre z ponad 250 gier, zalegających w mojej kolekcji. Tym sposobem na moim dysku twardym wylądował „Carmageddon”. Pamiętam, że grałem kiedyś kilka razy w tę grę i zrobiła na mnie niesamowite wrażenie. To było niesamowite, że przemoc mogła być tak bezsensowna i tak realistyczna! Korpusy przechodniów masakrowane ostrzami przyczepionymi do karoserii, flaki wkręcające się na koła samochodów – to wszystko tam bylo.

A my, wtedy dzieci, patrzyliśmy na to szeroko otwartymi oczyma, pozwalając grze dokonać spustoszenia w naszej psychice. Przyszedł zatem czas na odświeżenie wrażeń i powtórną degenerację mojej ledwo odbudowanej empatii.

Pierwsze wrażenie – jak ja mogłem się tym kiedyś zachwycać? Gdzie jest ten cały realizm? Te flaki rozwlekane przez koła naszych bolidów? Ta krew, kapiąca z monitora CRT na klawiaturę? Nie ma. Zamiast tego są brzydkie piksele, które swoją pstrokacizną mogą przyprawić o ból glowy. Krzyki? Owszem, są. Ale zawsze te same.

Estetyka gry po prostu nie przetrwała próby czasu*. Dziś nawet „Saper” wygląda ładniej. A jak z rozgrywką? Może ona utrzymała się pomimo upływu czasu?

Niestety, też nie. Przynajmniej u mnie. Może wyrosłem już z radosnej rzezi i potrzebuję najlżejszego choby powodu do zabicia. A może nie potrafię czerpać radości z brzdkich wyścigów, na dodatek z kiepskim modelem jazdy. To już nie to. Za długo żyję, zbyt dużo widziałem. Gdy teraz zainstalowałem „Carmageddon”, mógł mnie wciągnąć, bo nie miałem nic lepszego do roboty. Jednak gdy na horyzoncie pojawił się jakiś szalony plan (zakupy, sprzatanie domu, patrzenie w sufit), gra poszła w odstawkę. I już do niej nie wróciłem.

Zmusiłem się do przejechania kilku tras, wmawiając sobie, że już za moment zabawa wkroczy przez rozwalone drzwi. Nic takiego nie nastąpiło i gdyby nie silniki i wrzaski bólu, słyszałbym cykanie świerszczy, Bez sentymentów odinstalowałem „Carmageddon” i zapewne nie wrócę do niego, o ile nie ukryto w nim mapy dotarcia do pirackiego skarbu.

W swoim czasie był to kamień milowy – przynajmniej jeśli chodzi o pikselową jatkę. Wbrew wszelkim obawom psychologów i gadających głów – nie wyrosłem na psychopatę. Tak więc poza tym, że się brzydko zestarzał, to nie wykonał swojego zadania.

A Wy – graliście w „Carmageddon”? Jesteście dzięki niemu krwawymi psychopatami? Jeśli tak, to pewnie już szykujecie swoje noże na mnie…

* Uspokajam tych, którzy podejrzewają, że przy każdej grze retro będę głośno krzyczał „Brzydal”. Mam też zainstalowane gry, które całkiem ładnie się prezentują. A nawte takie, które celowo są brzydkie – i dzięki temu są całkiem miłe dla oka. Ale o nich przy innej okazji.

Jeśli podobał Ci się ten tekst, polub mnie na Facebooku!