Rzuć wszystko i chodź ginąć za ojczyznę

Wróg stoi u naszych wrót, a my się nie zrywamy. Szabli nie chwytamy. Na koń nie siadamy.

 

W związku z imperialnymi planami Rosji (póki co względem Krymu, ale kto by ich tam zatrzymał) postanowiono spytać Polaków, do jakich poświęceń dla kraju są gotowi. Okazało się, że blisko połowa (49 procent) nie zamierza w sytuacji krytycznej poświęcać dla Polski życia i zdrowia. Niewiele mniej (43 procent) na takie poświęcenie jest gotowe.

Wszystkie gadające głowy, które lubują się w takich wyrazach pisanych wielką literą jak Ojczyzna, Honor czy Patriotyzm, zatrzęsły się z oburzenia. Jakże to – Polacy nie są gotowi poświęcić życia? Co to za Polacy? Wszak mamy długą tradycję rzucania losu życia na sztos czy kamieni na szaniec. Gdy wróg chce zająć ziemię dziadów, należy rzucić się na niego z patriotycznym okrzykiem na ustach i na dnie z honorem lec.

Zastanawia mnie kilka kwestii. Pomijając oczywiście cyniczną uwagę, że na wojnie nie chodzi o to, aby umrzeć za ojczyznę, ale żeby ktoś inny umarł za swoją. Po pierwsze – tego typu sondaże można psu o kant budy potłuc. Czym innym jest spokojna deklaracja w ankiecie telefonicznej, czym innym działanie pod wpływem impulsu. Może w krytycznej chwili w każdym z nas zawrzałaby krew zwycięzców spod Chocimia i pospolite ruszenie nie byłoby tylko w stronę naszej zachodniej granicy? I wtedy nawet ci, którzy za szczyt patriotyzmu uważają złożenie w terminie deklaracji PIT-37 stanęliby ramię w ramię przeciwko wrogowi.

Po drugie – rozumiem, że dla Rozmiłowanych w Wielkich Słowach życie ich rodaków to poświęcenie, na które są gotowi. Ale może warto zmienić nieco perspektywę. Kto chciałby dowiedzieć się, że jego żona / mąż nie żyją? Albo jego dziecko umarło? Albo rodzice zginęli? Niespecjalnie wesoła perspektywa, prawda? Tymczasem zdaniem oburzonych taką informację osłodzą dwa krótkie słowa. Dla Polski.

Nie wiem, jak Wam, ale mnie by to nie pomogło. I sam też nie chciałbym moim bliskim sprawić takiej niespodzianki. Bo może i moim imieniem nazwą kiedyś ulicę, po morzach będą pływać statki z moim nazwiskiem, a dzieci w szkołach mojego imienia będą się uczyć prawdziwej historii. Ale czy to da jakąś satysfakcje tym, którzy zawsze będą zapraszani na uroczystość nadania imienia jako rodzina bohatera?

Idąc dalej tym tropem – skoro według gadających głów ci, którzy chcą zginąć, są jakimiś lepszymi Polakami, to może głupotą jest pozbywanie się ich? Może lepiej, aby ci „lepsi’ mogli żyć i budować Polskę po wygranej (jakżeby inaczej…) wojnie? Tyle się mówi, że w Powstaniu Warszawskim straciliśmy kwiat młodzieży, niedoszłą elitę narodu. A mimo tego nie wyciągamy żadnych wniosków z tej lekcji.

Jak zwykle przy sondażach nie ma możliwości dokopania się do głów ankietowanych. A szkoda. Bo może okazałoby się, że za niechęcią do umierania nie stoi zwykłe tchórzostwo, a zimna kalkulacja. Że jednak lepiej przysłużymy się Polsce żywi, niż martwi.

Teoretycznie nie jest problemem, aby sto procent Polaków zadeklarowało chęć oddania życia za Polskę. Gorzej, gdy w krytycznej chwili wszyscy przeszliby od słów do czynów.

Zdjęcie: włodi / Flickr

  • AgnieszkaB

    Ach, czyli o to chodziło…
    Jestem z wykształcenia historykiem. Miałam kiedyś pewien epizod sympatyzowania z ruchem narodowym (bez komentarza, pls…) i gorliwie deklarowałabym, że poszłabym ginąć za ojczyznę, gdybym miała taką szansę. Chciałam też iść do wojska, ale byłam zbyt gruba i było to bardziej marzenie i realna szansa. A teraz? Nie. Po prostu nie. Po latach, z większą wiedzą i jakimś tam bagażem życiowych doświadczeń, z dzieckiem dziesięciomiesięcznym i chłopem ukochanym… nie. Nie ginęłabym za ojczyznę. Spierdalałabym, aż by się za mną kurzyło.
    Czy to naprawdę aż tak chwalebne, by iść do walki i zarobić kulkę w łeb? W imię ojczyzny, serio? Dla mnie to nie do pojęcia, najwyraźniej nie umiłowałam ojczyzny na tyle mocno. I mimo tego, że jestem historykiem i mam bolesną świadomość tego, w jaki sposób toczyły się losy Polski… nie rzuciłabym wszystkiego i nie poszłabym ginąć za ojczyznę. Ojczyzna nie jest dla mnie nadrzędną wartością – tymi są dla mnie życie moich bliskich i moje własne. A to, w jakim miejscu przyjdzie mi żyć, jest zdecydowanie mniej ważne.

    • Cóż, to wszystko jest trochę bardziej skomplikowane. Bo z jednej strony nie mamy (jako naród) takiej swobody, że stwierdzimy „OK, nad Wisłą się nie udało, spróbujemy w innym miejscu”. Emigracja oznaczałaby faktyczne zniknięcie Polski jako państwa. Z drugiej strony można cynicznie (ale nie bez racji) zapytać, czy przetrwanie Polski jest w jakikolwiek sposób obowiązkowe? Czy faktycznie jesteśmy to winni tym wszystkim, którzy właśnie ginęli za tę ziemię, zamiast zadbać o przetrwanie puli genów? Skoro jesteś historykiem i – jak sama piszesz – masz świadomość tragicznych losów Polski, to nie zastanawiałaś się, co tu jest skutkiem, a co przyczyną? Może to nie jest tak, że ze względu na tragiczną historię ludzie musieli ginąć? Może historia była dla nas niespecjalnie łaskawa, bo zbyt wielu Polaków złożyło najwyższą ofiarę, zamiast szukać innej drogi?
      Pamiętam, jak ostatnio przy okazji rocznicy Powstania Warszawskiego, gdy mówiono o tych młodych ludziach, idących w bój, Żona spytała mnie, czy my też byśmy tak potrafili. Odpowiedziałem zgodnie z prawdą – nie wiem, ale mam nadzieję, że nie. Podobnie jak Ty mam rodzinę, za którą czuję się odpowiedzialny. I moja trumna owinięta biało – czerwoną flagą nie byłaby dla nikogo żadnym pocieszeniem.
      Ten wpis łączy się z wczorajszym. Jeśli ktoś koniecznie chce umrzeć za Polskę – spoko. Ale niech mi nikt nie mówi, że ja tez powinienem.

      • AgnieszkaB

        „Skoro jesteś historykiem i – jak sama piszesz – masz świadomość tragicznych losów Polski, to nie zastanawiałaś się, co tu jest skutkiem, a co przyczyną? Może to nie jest tak, że ze względu na tragiczną historię ludzie musieli ginąć? Może historia była dla nas niespecjalnie łaskawa, bo zbyt wielu Polaków złożyło najwyższą ofiarę, zamiast szukać innej drogi?”

        Chyba tak, chyba zbyt wielu uwierzyło, że za ojczyznę należy walczyć przelewając krew. Tylko że medal ma dwie strony. Dla tych ludzi istnienie państwa było jedną z nadrzędnych wartości, a to prawdopodobnie kwestia innej mentalności, innego wychowania oraz innych czasów. Teraz my, młodzi, jesteśmy bardziej kosmopolityczni, mniej zależy nam na państwie, którego niedoskonałości widzimy na każdym kroku – ba, wręcz dostajemy je podsunięte pod sam nos. Widzimy, że gdzie indziej jest lepiej, są większe możliwości. Nie widzimy powodu by umierać za kraj, który zmusza nas do przyjmowania głodowych pensji, nawet jeśli nasi dziadkowie przelali za niego krew, a kulturalny dorobek naszych przodków jest cholernie cenny i piękny. Tak sobie przynajmniej myślę, choć to bardziej złożony problem.

        • Może warto wreszcie głośno powiedzieć, że Ojczyzna to nie jest jakieś abstrakcyjne pojęcie, ale składowa miejsca i ludzi. I te dwa elementy są ze sobą nierozerwalnie związane. Może wtedy rzucanie się z kamieniami na czołgi byłoby postrzegane inaczej. A i o patriotyzm w czasach pokoju byłoby łatwiej.

  • Maciek G.

    Pytanie czy Ty byś oddał życie za ojczyznę, powinno brzmieć raczej – co Ty robisz dla ojczyzny, aby było w niej lepiej. Jeśli większość Polaków nie angażuje się społecznie, to tym bardziej, nie będą oddawali życia za Polskę.

    Z prostej przyczyny. Poza pracą i konsumowaniem nasi rodacy niczym się nie interesują. Jedynie to co potrafi zdecydowana większość, to krytykować i żądać, że im się należy. Ale, żeby zrobić cokolwiek, choćby śmieci z klatki schodowej uprzątnąć – to co, to nie. W myśl prostej zasady – Twoje? Nie, więc co się martwisz.

    Miarą rozwoju, patriotyzmu, oddania swojego życia za ojczyznę jest to, jak zachowujemy się na co dzień i co robimy, aby w Polsce było lepiej. Jeśli nie dbamy o swoje podwórko, to kto ma się o nie zatroszczyć?

    Wszyscy chcieliby żyć na wysokim poziomie społecznym jak w Australii, Nowej Zelandii, Finlandii czy Kanadzie. Ale dopóki Polacy nie zrozumieją, jakim sposobem te Państwa doszły do tego, co teraz mają, to nadal będzie w Polsce syf. W tych Państwach, podobnie zresztą jak Stanach Zjednoczonych, większość obywateli poświęca cztery godziny dzienne na pracę społeczną.
    Praktycznie każdy jest tam w coś zaangażowany. Jeśli nie angażujesz się społecznie, patrzą na Ciebie jak na zadżumionego. A w Polsce jest na odwrót. Jeśli bawisz się w wolontariat, działasz na rzecz lokalnej społeczność, to jesteś frajerem albo wariatem, bo jak coś można robić za darmo.

    Oczywiście nie jesteśmy w stanie wyobrazić sobie, jakbyśmy postąpili w czasie wojny. Ale zapewne Ty Bartek czy ja, jeśli byłaby taka potrzeba, to nie stalibyśmy z założonymi rękami. Ponieważ jeśli coś starami się robić w warunkach pokojowych dla innych, to tym łatwiej byłoby nam się zaangażować w jakąś pomoc w sytuacjach ekstremalnych.

    • Oj, Maciek, trąciłeś tyle strun swoim komentarzem, że zastanawiam się, czy nie rozwinąć tego w osobny wpis. To wszystko, o czym piszesz, to tematy, nad którymi sam się zastanawiam od jakiegoś czasu. Ba, nie tylko ja – problematyka niskiego kapitału społecznego w Polsce co jakiś czas przewija się w mediach. Nie ograniczałbym tego jednak tylko do braku prac społecznych, bo to jeden z wielu aspektów.

      To smutna prawda (może narzekam, ale trudno), że w Polsce nie ma po prostu tego ducha wspólnoty. Zastanawiam się, kiedy go straciliśmy. Albo – czy kiedykolwiek go mieliśmy. Bo zbicie się w kupę w sytuacji zagrożenia nie jest absolutnie dobrym przykładem. Chodzi o umiejętność działania i współdziałania w czasie pokoju. Bo potem, takie osoby nienawykłe do codziennego patriotyzmu, w sytuacji zagrożenia czują presję i wyskakują z pomysłami typu „zgińmy za Polskę” – bo nic lepszego im do głowy nie przychodzi.

      Co byśmy zrobili? Paskudne pytanie, na które nie ma odpowiedzi. Ale podejrzewam, że nie bylibyśmy bierni. Przy czym zauważ, że ewakuacja to też jest jakaś aktywność. Jak na to spojrzeć, to i za okupacji, i za komuny większość była jednak bierna. Część angażowała się w jakąś formę walki, część uciekła. To, co daje nadzieję, to fakt, że tych uciekających się nie potępia w czambuł. Jedynie wynosi się na piedestał tych walczących.

      Jak kiedyś to wszystko sobie w głowie ułożę, to powstanie z tego wpis, albo i dwa…

  • Nareszcie ktoś kogo nie zszokuję mówiąc, że nie zginęłabym za ojczyznę. Bo jednak dużo więcej mogę dla niej zrobić będąc żywa, niż martwa 🙂

    • Mnie szokują ludzie, których szokuje, że ktoś nie chce umierać. Ale tak, jak pisze wyżej Maciek: grunt to przejść od „mogę więcej zrobić żyjąc” do „robię więcej żyjąc”. To jest całkiem fajny patriotyzm 🙂

  • AgnieszkaB napisał(a):
    „Nie ginęłabym za ojczyznę. Spierdalałabym, aż by się za mną kurzyło.” – to miejmy nadzieję, że będzie gdzie uciekać, i ktoś „za nas” zatrzyma nieprzyjaciela przed przekroczeniem kolejne rzeki…

    Maciek G. napisał(a):
    „Z prostej przyczyny. Poza pracą i konsumowaniem nasi rodacy niczym się nie interesują. Jedynie to co potrafi zdecydowana większość, to krytykować i żądać, że im się należy.”
    Taki sobie naród nasze „elity” wychowały. Lepiej nimi miotać i ogłupiać. Jeśli nie chcą walczyć za ojczyznę, to tym bardziej nie pojadą pod Sejm.

    Tylko pamiętajmy, nawet we Francji, z której lubimy się śmiać że tak wcześniej się poddała, nie było kolorowo podczas IIWŚ.

    • Zaintrygował mnie ten fragment o zatrzymywaniu nieprzyjaciela „za nas”. Z jednej strony – wpisuje się to dokładnie w to, co mówię o niskim kapitale społecznym. Ale z drugiej znakomicie rozumiem, że wielowiekowa rola przedmurza może się wreszcie znudzić.

      Co do powiązania walki za Polskę i pójścia pod Sejm – ponad 40% jednak deklaruje gotowość do najwyższych poświęceń. A pod Sejmem pustki… Może taki ofiarny patriotyzm to jedno, a zmęczenie polską polityką i niechęć do jakiegokolwiek mieszania się w nią to drugie? Ciekawe, jaki odsetek gotowych na śmierć chodzi regularnie na wszystkie wybory?

  • „Czym innym jest spokojna deklaracja w ankiecie telefonicznej, czym innym działanie pod wpływem impulsu” – coś takiego chodziło mi po głowie w czasie czytania o tych sondażach.

    Tak samo nie biadoliłabym, ze obecne pokolenie młodzieży jest zdolne tylko do klikania ‚Lubię to’ na FB i zakładania profili z poparciem lub hejtowaniem. Ludzie są zdolni do poświęceń, których w spokojnych czasach nie są nawet świadomi.

    Bardzo podoba mi się wypowiedź Maćka G. My na co dzień oddajemy życie i zdrowie temu krajowi, gdy mimo możliwości wyjazdu, mieszkamy w nim, pracujemy, kupujemy polskie produkty, pomimo nieprzychylnych warunków. To jest codzienny patriotyzm – drobne dobre uczynki, zarażanie uśmiechem i energią, rozwój własny, dbanie o otoczenie, zainteresowanie historią, a nawet trywialne segregowanie śmieci. Wszystko co robimy, może jakoś się przysłużyć budowaniu naszego kraju, choć może zalatuje to sloganem z czasów komuny, a tak czuję 🙂

    • Zauważ jedno – tak pojmowany patriotyzm nie ma w sobie nadal nic z pozytywistycznej pracy u podstaw. To gdzieś głęboko w wymowie jest romantyczne poświęcenie. Poświęcamy się, bo mieszkamy tu, choć moglibyśmy wyjechać. Bo „ten kraj” nic nam nie daje, ale my w nim tkwimy. Bliższa jest mi druga część Twojej wypowiedzi, czyli to zarażanie uśmiechem, sprzątanie, porządne wykonywanie swojej pracy. To jest praca u podstaw. A co najlepsze – takim patriotą można być nawet za granicą, budując dobry wizerunek Polaka.

      • A mnie z kolei bliski jest właśnie romantyzm i uniesienia, może częściowo z racji płci 🙂 W pewnym sensie pozostanie w kraju, gdy jest ciężko, jest właśnie rodzajem poświęcenia dla idei. I nie ma w tym nic złego.

        • Dlatego najlepiej jest odrzucić oceny i po prostu być patriotą na swój sposób.