Dlaczego mnie nawracasz?

Nasz najcudowniejszy ze światów jest pełen ewangelizatorów. Nie mówię tu o osobach, które za wszelką cenę chcą z Tobą porozmawiać o Biblii. Mówię o tych beznadziejnych przypadkach, które nie spoczną, dopóki Cię nie przekonają do własnych racji.

Nie jest istotne, jaka idea za nimi stoi. Mogą wyznawać cokolwiek – wegetarianizm, bezstresowe wychowanie dziecka, Apple, bicie dzieci, Androida, jedzenie mięsa, papierowe książki… Jak tak na nich spojrzeć, to ich wiarą może być dowolny aspekt naszego życia.

 

To samo w sobie nie jest jeszcze problemem. Nie jest nim także to, że osoby te mają w życiu pasję, której potrafią poświecić się bez reszty. To autentycznie budujące, że w dzisiejszym cynicznym i pozbawionym wartości świecie znajdują się tacy ludzie.

Szkoda tylko, że tę energię przekuwają w dręczenie innych. Może jeszcze mógłbym na to spojrzeć z dystansu, gdyby ci ewangelizatorzy byli mili i taktowni. Jednak najczęściej odkładają oni dobre maniery na półkę i traktują mnie jak skończonego debila. Który swój styl bycia opiera na całkowitej niewiedzy.

Jeśli powiem, że jem mięso, to spytają, czy wiem, co się wyprawia w rzeźniach.  Albo lepiej – czy widziałem jakiś film z rzeźni. Uzywam Androida. A próbowałem coś zrobi na sprzęcie z jabłuszkiem? Używam Windowsa. Czy wiem, jak fantastyczny jest Linux? Czytam książki na „kundelku”? Jem parówki? Chodzę do kościoła? Nie mam dzieci?

Swoją drogą – trzeba mieć bardzo smutne życie, aby oglądać filmy z rzeźni

I tak w kółko. Jeśli tylko odstaję od ich wizji szczęśliwego życia, zakładają, że z pewnością jestem za głupi albo za mało doświadczony, aby wstąpić na drogę oświecenia. Muszą się upewnić, że wiem, jakie szczęście odrzucam (lub w jakie nieszczęście się wpędzam), a potem dla pewności jeszcze kilka razy spróbują mnie nawrócić.

Aby uniknąć niebezpieczeństw generalizacji – znam normalnych wegetarian / użytkowników Apple / rodziców / osoby bijące dzieci. Takich, którzy nie będą mnie na siłę ciągnąć do własnego raju. Ani nie zwątpią nawet na chwilę w moją znajomość świata. Zaryzykowałbym nawet twierdzenie, że w moim otoczeniu jest ich więcej, niż tych nawiedzonych.

Ale co z tego, skoro to ta hałaśliwa mniejszość mocno stara się podtrzymywać wszelkie negatywne stereotypy?

Drodzy apostołowie jedynie słusznej drogi – ja Was nie nawracam. Nie staram się pokazać Wam, w jak wielkim błędzie żyjecie. Wiecie czemu? Bo to Wasze życie, które mam głęboko w dupie. Proszę, miejcie i Wy w dupie mój sposób życia. Będzie nam się wszystkim lepiej żyło.

Foto: Eusebius@Commons / Flickr

  • AgnieszkaB

    Oż kurna, tak bardzo się staram olewać innych ludzi, tak bardzo! Ale do szewskiej pasji doprowadza mnie, gdy ludzie karmią swoje dzieci niezdrowymi produktami i są święcie przekonani, że robią dobrze. Słodzone soki, czipsy, ciastka… nawet dla trzylatków. To tak naprawdę jedyna kwestia, która mnie boli autentycznie i chciałabym, żeby zajęto się tym problemem.
    Każdy inny… od pewnego czasu staram się nie wnikać w to, co, kto, gdzie i jak. Ale z drugiej strony, gdy się pisze blog, trudno uniknąć tego „ewangelijnego tonu” 😉

    • Po prostu niektórym nie jesteś w stanie wytłumaczyć. A nerwy to karanie siebie za głupotę innych.

      • AgnieszkaB

        I chyba trzeba odpuścić, żeby zachować zdrowie psychiczne 🙂

  • Barbara

    Amen! Podpisuje się pod tym co napisałeś.

    • To jest nas dwoje:) Amen!