Dzień, w którym poczułem się staro

Z upływem czasu nie ma co walczyć. Lata lecą i należy się z tym pogodzić, a nie bawić się jak Krzysztof Ibisz. Problemem może być najwyżej moment, w którym poczujemy, że ząb czasu nadgryza nas coraz większymi kęsami.

Może przesadzam, bo w sumie dopiero przekroczyłem trzydziestkę, ale niedawno poczułem się staro. Właściwie ta starość krążyła dookoła mnie od jakiegoś czasu. Niemniej dopiero teraz pozwoliłem sobie na chwilę refleksji, że jestem już chyba stary. I nie, nie chodzi tu o dostrzeżenie pierwszego siwego włosa na mojej skroni. Bo nie mam siwych włosów.

 

Zresztą – fizyczne starzenie się nie jest dla mnie straszne. Z wiekiem planuję wyglądać coraz lepiej i póki co udaje mi się ten plan zrealizować w pełni. Jest więc szansa, granicząca z pewnością, że ewentualna siwizna jedynie sprawi, że będę przystojniejszy. Jak jakiś Sean Connery czy George Clooney. Albo Ali Agca.

Niestety, dopadła mnie ta wredniejsza forma starości, przejawiająca się w myśleniu „ach, ta dzisiejsza młodzież”. Albo „za moich czasów było lepiej”. Tylko co na to poradzić, kiedy to prawda?

Co konkretnie się wydarzyło, że zacząłem myśleć w ten sposób? Co wreszcie dostrzegłem?

Nie była to coraz większa głupota dzisiejszej młodzieży. Ani jej wulgarny język czy też swoboda obyczajów. Chyba nikt trzeźwo myślący nie spodziewał się czegoś innego? Wychowaniem – czy też raczej karmieniem i ubieraniem – tych dzieci zajmują się osoby niewiele starsza ode mnie, a nierzadko już moi rówieśnicy. Tylko naiwny mógłby myśleć, że wyjdzie z tego coś dobrego.

Nie zdegustował mnie też poziom mediów. To skupienie się na dupie Maryni i tworzenie kółek wzajemnej adoracji, zamiast przekazywania ważnych informacji. Zagubienie po drodze choćby najmniejszej misji przez środki masowego przekazu to naturalny efekt. Urynkowienie czegokolwiek w niezamożnym społeczeństwie zawsze doprowadzi do zwycięstwa ceny nad jakością.

Nie chodzi mi o to, że za moich czasów były lepsze zabawy na podwórku, a dziś dzieci gniją przed kompem. Ani o to, że oglądało się Kaczora Donalda zamiast jakichś pokrak w kablówce.  Ani nawet o to, że – jak głoszą wypływające co jakiś czas durne łańcuszki internetowe – jedliśmy niemyte jabłka, rodzice pozwalali nam na więcej, kłanialiśmy się sąsiadkom i jeździliśmy w samochodzie nie tylko bez fotelika, ale i bez pasów.

Nie.

Po raz pierwszy pomyślałem „za moich czasów byłoby to nie do pomyślenia” gdy zobaczyłem, jak dziś nosi się czapki z daszkiem. Wiecie, o co chodzi? O te amerykańskie czapki, które kiedyś nazywano „bejzbolówkami”. Dziś do dobrego tonu należy mieć daszek duży i idealnie prosty. Jak lotniskowiec.

Gdy ja byłem młodzieżą, pokazanie się w takiej czapce na ulicy było największym obciachem. Oraz solidnym argumentem za stwierdzeniem jakiejś formy opóźnienia umysłowego. Daszek od czapki musiał być odpowiednio wygięty w tzw. kaczorka. Ba, czapki już w sklepie były sprzedawane leciutko wygięte, a potem się to tylko doginało.

Dziś daszek wygląda jak przejechany walcem i jakakolwiek próba zaokrąglenia tej płaszczyzny jest zbrodnią przeciw modzie. Gdy to zobaczyłem, moje pierwsze skojarzenie to było właśnie „ach, ta młodzież – za moich czasów…”.

I właśnie wtedy poczułem się staro.

Co nie zmienia faktu, że w czapeczce z prostym daszkiem wygląda się po prostu idiotycznie.

Zdjęcie: Dino ahmad ali / Flickr