Podróż życia XXVIII – do widzenia, Japonio…

Ostatnie 24 godziny w Kraju Kwitnącej Wiśni. Wędrówka ze skrajności w skrajność.

Gdy napełniliśmy nasze żołądki przepysznym sushi na Tsukiji, mogliśmy poświęcić się próbie zobaczenia w Tokio tego, na co nie znaleźliśmy czasu przez miniony tydzień. Oczywiście, było to zadanie z cyklu niewykonalnych, ale zawsze warto spróbować.

Zaczęliśmy od poszukiwania jednego konkretnego budynku. Tak, to był ponownie mój pomysł. Na szczęście budynek ów miał się znajdować niedaleko targu rybnego. Jest to słynny Nakagin Capsule Tower. Chciałem go zobaczyć, ponieważ jest to pierwszy na świecie budynek z wymiennymi modułami. Założenie było takie, aby móc dynamicznie zmieniać kształt budynku poprzez wymienianie i przekładanie modułów, tworzących pokoje. Rewolucyjny pomysł, prawda?

Niestety nie dbano o konserwację i nie wymieniano kapsuł, co przełożyło się na zły stan budynku. Obecnie jest on zabezpieczony siatką budowlaną. Na dodatek wśród architektów powszechne są głosy, że budynek jest po prostu brzydki.

DSCF0302

Nie jestem architektem, ale zgodzę się – budynek jest brzydki. Być może za jakiś czas zostanie wyburzony, więc w sumie fajnie, że udało nam się go zobaczyć.

Nasz następny przystanek to dzielnica Roppongi i słynna Tokyo Tower. Do czasu oddania Sky Tree to właśnie Tokyo Tower była najwyższą wieża widokową w stolicy. Wzorowana jest na wieży Eiffla, tylko jest o 30 metrów wyższa… Oczywiście – to też jest nadajnik telewizyjny. Tylko że analogowy. Jak już wspominałem, dla sygnału cyfrowego wymagany był wyższy nadajnik – i tak powstało Sky Tree.

DSCF0316

Przy okazji mogliśmy zobaczyć japoński ślub. Może nie tradycyjny, jak nam się wymarzyło, ale zawsze to ślub, prawda?

DSCF0309

No i jeszcze odkryliśmy tajna siedzibę masonów. Z yakuzą się nie udało, to przynajmniej tu jest sukces.

DSCF0326

Po spotkaniu z nowoczesnością (w pewnym sensie) zapragnęliśmy jeszcze raz rzucić okiem na tę tradycyjna Japonię. Dlatego powróciliśmy do świątyni Meiji. Znajdującej się w samym centrum lasu pośrodku Tokio. To świątynia poświęcona cesarzowi Meiji, który miał wielki wpływ na modernizację Japonii po zakończeniu epoki Edo. Po jego śmierci postanowiono upamiętnić go, budując wielką świątynie shinto. Gdy w czasie wojny alianckie naloty zniszczyły chram, został on po zakończeniu walk odbudowany – dzięki lojalnym Japończykom, co podkreślono na tablicy obok świątyni.

DSCF0335

Do świątyni idzie się leśną ścieżką, aby dotrzeć na plac w samym jej centrum. Tam właśnie mogłem doświadczyć najbardziej tradycyjnego oblicza Japonii.

DSCF0337

Miała tam bowiem miejsce wystawa drzewek bonsai. I to takich, jakich do tej pory nie widziałem. Nawet na zdjęciach. Po raz pierwszy widziałem kwitnące bonsai. Albo grupę drzewek, tworząca miniaturowy zagajnik. Albo splecione drzewka o pniach jasnym i ciemnym. Wszystko to było zachwycająco piękne i – oczywiście jak cała Japonia – perfekcyjne.

DSCF0353

DSCF0350

DSCF0348

DSCF0347

DSCF0343

DSCF0342

DSCF0340

Jednak to, co najmocniej utkwiło mi w głowie i do dziś robi na mnie wrażenie, to były małe tabliczki, umieszczone przy każdym z drzewek. Zapisane oczywiście japońskim alfabetem, ale na każdej z nich widniało jakaś liczba.

– Czy to wiek tych drzew?

– Tak – odparł pan siedzący przy stoliku.

Najmłodsze z drzewek miało 70 lat. Najstarsze – ponad 300.

DSCF0352

Dla tych z Was, którzy lubią obrazowe porównania: Polska nie była jeszcze pod zaborami, gdy ktoś w Japonii zdecydował, że zrobi sobie drzewko bonsai. Przez ten czas przez nasze ziemie przetoczyły się armie trzech zaborców, dwie wojny światowe, kilka powstań – a tam ktoś pielęgnował bonsai. Traciliśmy i odzyskiwaliśmy niepodległość – a tam ktoś przycinał gałązki bonsai. Mijały pokolenia, rodzili się wielcy ludzie, wymierały rody – a tam dbano o to, aby drzewko zachwycało.

I to jest właśnie Japonia. W jednym mieście są roboty z przeszłości i owoc pracy przez kilka wieków nad rośliną. Z pociągu pędzącego 300 km na godzinę można iść bezpośrednio na pokaz tańca gejszy. Pomiędzy stacją metra a szklanym drapaczem chmur stoi mały, drewniany chram, w którym codziennie ktoś prosi bóstwa o pomyślność. Koło automatów ze wszystkim, czego dusza zapragnie, chodzą osoby w jedwabnych kimonach. Gion i Akihabara. Itsukushima i Odaiba. To wszystko – to właśnie Japonia.

DSCF0356

Czy można ten kraj opisać w prosty sposób? Albo stwierdzić, że się go poznało w dwa tygodnie? Z pewnością nie. Ale z pewnością można się w nim zakochać i chcieć do niego wracać.

Takie myśli towarzyszyły nam, gdy z ciężkim sercem następnego ranka oddaliśmy klucze w recepcji i turkocząc kółkami walizek ruszyliśmy na dworzec.  Tym razem zamiast ekspresu pojechaliśmy na lotnisko zwykłym pociągiem osobowym, aby móc jeszcze nacieszyć oczy japońskimi krajobrazami.

DSCF0403

W terminalu, na wielkim ekranie, wyświetlano widoki z całej Japonii. Przy każdym z miejsc, które widzieliśmy na własne oczy, mocniej łapaliśmy się za ręce. Kioto. Miyajima. Hioshima. Tokio. Ale także pokazywano miejsca, do których nie udało nam się dotrzeć I wiedzieliśmy, że zrobimy wszystko, aby naprawić to niedociągnięcie.

DSCF0407

DSCF0424

A potem poruszaliśmy się jak automaty. Do samolotu. Amsterdam. Warszawa. Polski Bus. Gdańsk. I to było wszystko.

I do dziś mam przed oczami tabliczkę, jaką widziałem zjeżdżając schodami do odprawy celnej na lotniku. Ostatni przykład japońskiego dbania o detale, jaki udało mi się zaobserwować.

Przechwytywanie

Nad głową na tablicy napisano „We hope to see you again”. Mamy nadzieję zobaczyć cię znowu.

My też, Japonio. My też.

  • AgnieszkaB

    Oj, musiały boleć serducha. Piękna ta wasza podróż, z przyjemnością się czytało 🙂

    • Bolały… Ale wiemy, że kiedyś tam wrócimy.

      A skoro dobrze się czytało, to nam nadzieję, że inne moje teksty też będziesz czytać z przyjemnością 😉

  • Pingback: Podróż życia – spis treści | Blog do czytania()