Podróż życia XXVII – sushi i cała reszta

Sobotni poranek zazwyczaj jest leniwy i przyjemny. Ten był najwyżej leniwy. Oto zaczynała się ostatnia doba naszego pobytu w Japonii. Następnego dnia mieliśmy wracać. A przecież jeszcze tyle zostało do zobaczenia! 

Tsukiji. Największy targ rybny na świecie. Miejsce pracy kilkudziesięciu tysięcy osób. To tu odbywają się najbardziej szalone aukcje ryb, na których ceny tuńczyka przekraczają milion dolarów. Aby móc w pełni doświadczyć szaleństwa handlu rybami na taką skalę, najlepiej pojawić się na tokijskim targu w momencie otwarcia. Czyli jakoś tak około 5. Rano.

Jeśli myślicie, że byliśmy na Tsukiji o tak nieludzkiej porze, to znaczy, że nie czytaliście uważnie wcześniejszych wpisów.

Na targu pojawiliśmy się około 10, gdy wszyscy powoli sprzątali już po całym zamieszaniu. Ale też nie pędziliśmy tam po to, aby patrzeć, jak handluje się owocami morza (choć to ponoć świetny widok). Pojechaliśmy tam, bo spotkana w tokijskim ratuszu para Amerykanów doradziła nam zjedzenie tam sushi. Na śniadanie.

Dookoła Tsukiji jest sporo barów, serwujących to najbardziej znane z japońskich dań. Wybraliśmy więc pierwszy z brzegu. Niewielki lokal, może na dziesięć osób (wysokie stołki barowe wokół lady), do którego w kolejce stała z druga dziesiątka Japończyków. Stara zasada mówi, że tubylcy znają się na rzeczy. Ustawiliśmy się więc grzecznie w kolejce i czekaliśmy.

DSCF0275

Gdy przyszła pora na nas, wybraliśmy najprostszy zestaw i chcieliśmy – tak jak japońscy goście – sięgnąć po talerzyk na sos sojowy. Ale mistrz kuchni stanowczo zabronił nam tego robić. Po chwili wylądowały przed nami talerzyki z perfekcyjnie odmierzoną ilością sosu. Pewnie bali się, że biali barbarzyńcy zbrukają ich doskonałe sushi nadmiarem sosu.

DSCF0284

A czy faktycznie było doskonałe? Tak. To było najlepsze sushi, jakie jadłem w życiu. Kropka. Świeża rybka, dobry ryż – no i te proporcje! W Polsce zazwyczaj nie jadamy nigiri (czyli plasterka ryby na kulce ryżu), bo polskie nigiri to mało ryby, dużo ryżu. Tam było odwrotnie. Mała kulka ryżu chowała się pod olbrzymim płatem ryby. Cóż mogę dodać? Było pysznie.

DSCF0287

Jak przez cały nasz pobyt w Japonii każdy posiłek, którego skosztowaliśmy.

Tsukiji to nie była nasz pierwszy kontakt z sushi w Japonii. Wcześniej jednak jedliśmy gotowe produkty, kupowane w sklepach całodobowych (zawsze świeże, smakujące jak u nas w restauracji) lub na dworcach. W bento-box, czyli takim pudełku z jedzeniem, które kupuje się na podróż, trafiło się kilka małych maków. Zawsze niesamowicie świeżych i pysznych.

DSCF9355

Ale czasem bento-box zawierał tylko zestaw drobnych przekąsek i kulkę ryżu. Do dziś nie wiem, czym były wszystkie z elementów poniższego zestawu, ale spałaszowałem go w kilka minut. Wydaje mi się, że kupiliśmy go w Hiroszimie. Warto spróbować pudełek z jedzeniem na różnych stacjach, bo każda z nich oferuje inne specjały. No i przyjemnie jest pędzić shinkansenem i opychać się takimi frykasami.

DSCF9556

A raz nawet skosztowałem sushi z zestawu do samodzielnego montażu.

Bowiem myliłby się ten, kto sądzi, że Japonia to tylko sushi. To cała masa pysznych dań. Można tam się zachwycić wszystkim, nawet fast foodem. Serio. Tym bardziej, że w Japonii mamy masę „podróbek” znanej nam restauracji innej niż wszystkie z dwoma łukami. Na przykład na poniższym zdjęciu widzicie kanapkę z jednej z takich sieci. Była to jedna z najpyszniejszych i najgenialniejszych kanapek fastfoodowych, jakie jadłem w życiu. Ale nie napiszę Wam, z czym była, bo może kiedyś uda mi się ten pomysł sprzedać w Polsce… to zielone cudo do picia – to orzeźwiający napój melonowy.

DSCF9443

Być może kojarzycie tę zieleń z naszej wyprawy do lasu bambusowego w Kioto. Tam zaserwowano nam go na ulicy (twierdząc, że to zielona herbata) razem ze słodkim ziemniakiem w posypce z czarnego sezamu. Prosta i pyszna przekąska uliczna, a nie jak u nas – w kółko hot dogi i hot dogi…

DSCF8640

A skoro już temat zielonej herbaty został poruszony – w Japonii jest ona wszędzie. Nie tylko dostajecie ją w restauracjach (czasem za darmo, jak wodę), nie tylko można ją kupić w każdym automacie, ale też jej smak jest obecny w wielu produktach. Na przykład lodach. Albo ciastkach. A nawet znanych nam markach, jak choćby Oreo czy KitKat.

DSCF9843

Japońskie słodycze czy przekąski, jakie niejednokrotnie kupowaliśmy w sklepach całodobowych, to osobny rodzaj atrakcji. Niby można się sugerować tym, co jest narysowane na opakowaniu, ale nie zawsze uda się trafić. Dzięki temu co wieczór można mieć dreszczyk emocji. Zazwyczaj z miłą niespodzianką.

A skoro już o tym, co można w sklepach całodobowych kupić – alkohol. O ile sake nie przypadło mi do gustu. O tyle piwo w Japonii jest całkiem smaczne. I to takie normalne piwo, typu Sapporo albo Asahi, a nie „z lokalnego browaru”. Ta ostatnia marka urzekła mnie piwnym połączeniem, o którym nigdy bym nie pomyślał, że może mi smakować. Jestem raczej przeciwnikiem mieszania piwa, tym większym szokiem było dla mnie, że zasmakowałem w piwie z sokiem pomidorowym! W Polsce można kupić piwo Asahi (choć chyba warzone w Czechach), ale takiej puszki jeszcze u nas nie widziałem. Jeśli gdzieś Wam wpadnie w oczy, dajcie znać.

DSCF9233

No i jest jeszcze ramen.

Bulion z długim makaronem oraz dodatkami, takimi jak tofu, glony, mięso, jajka, szczypiorek… W sumie ile barów, tyle dodatków. A bary z ramenem występują w Japonii częściej, niż u nas Biedronki. Jest to jedyna znana mi zupa, którą je się pałeczkami (choć kilkakrotnie dostaliśmy do niej też łyżkę) i choć każdy kucharz przyrządza ramen po swojemu, to za każdym razem smakuje on wybornie. Do tego jest niedrogi – cena miski zaczyna się od około 500 jenów. Jeśli ktoś w Polsce zdecyduje się na otwarcie baru z dobrym ramenem – będzie miał moje pieniądze.

Trudno opisać wszystko, czego skosztowaliśmy przez te dwa tygodnie. Ale zaręczam, że wszystko było przede wszystkim świeże i pyszne. A to jest chyba w jedzeniu podczas podróży najważniejsze. Jeśli pojedziecie do Japonii, nie zastanawiajcie się nad tym, co zjeść. Postarajcie się spróbować wszystkiego. Nie będziecie zawiedzeni.

Ciąg dalszy nastąpi…

W ostatnim odcinku: zanim wyjedziemy, zobaczymy jeszcze coś, co odwróci o 180 stopni spojrzenie na tokijskie szaleństwo.

PS: a tytuł tego wpisu jest jednocześnie wpisem świetnej książki, o której może kiedyś napiszę.