Podróż życia XXV – Odaiba

Gdy przyjechaliśmy do Kioto, mogliśmy wreszcie zobaczyć „naszą” wymarzoną Japonię. Później, w Osace, widząc szklane wieżowce, stwierdziliśmy, że to jest ta stereotypowa, „prawdziwa” Japonia. Gdy wysiedliśmy w Tokio, pomiędzy drapaczami chmur, stwierdziliśmy, że tamto – to było nic. To jest prawdziwa Japonia.

A potem pojechaliśmy na Odaibę.

Jak być może wiecie, w Japonii gruntów jest niewiele – dlatego są takie cenne. Co ma robić zatem metropolia tokijska, gdy chce się rozwijać? To proste – usypuje sztuczne wyspy. Jedną z nich jest właśnie Odaiba.

Pamiętam, że gdy kiedyś spojrzałem na program wycieczki po Japonii w jednym z biur podróży, uwzględniono w nim odwiedzenie tego skrawka lądu u brzegów Tokio – a jedyną atrakcją z nim związaną była wizyta w salonie Toyoty. Nie w fabryce. Nie w muzeum. W salonie.

Chyba rozumiecie, że musiałem tam pojechać?

Dlaczego? Cóż, jeśli założymy, że Japonia żyje już w XXII wieku, to Odaiba powoli zbliża się do końca wieku XXIII. Stężenie nowoczesności i „japońskości” na metr kwadratowy przekracza tam wartości krytyczne. O co chodzi? Już tłumaczę.

DSCF0139

Na Odaibę jedzie się specjalnym pociągiem. Bez maszynisty. W końcu w świetlanej przyszłości, jaka na nas czeka, ludzie nie będą wykonywać takich przyziemnych prac. Pociąg rusza z lądu i przekraczając słynny Most Tęczowy nad Zatoką Tokijską dociera do serca wyspy. Wyspy niedużej, ale już wiem, że następnym razem na jej zwiedzenie zarezerwujemy sobie jakieś dwa dni.

Bo ilość atrakcji na Odaibie potrafi przytłoczyć. Jest centrum gier Sega World, jest salon Toyoty, jest wreszcie charakterystyczna bryła siedziby telewizji Fuji, z tarasem widokowym w kształcie kuli. Bo Japończycy kochają przecież tarasy widokowe.

DSCF0206

DSCF0219

Jest też taki pomnik. Wygląda znajomo, ale nie kojarzę, gdzie go już widziałem. Chyba w Paryżu…

DSCF0220

Wyspa, jak i cała Japonia, jest przyjazna rowerzystom, ale również biegaczom. Po raz pierwszy widziałem wytyczoną między budynkami miejską ścieżkę biegową. Życzyłbym sobie takich rzeczy w Polsce.

DSCF0193

DSCF0183

DSCF0238

Zwiedzając Odaibę nagle natrafia się na stojącego przed centrum handlowym robota. Gigantycznego robota. Może to tylko figurka z jakiegoś anime, ale robi wrażenie. I oczywiście jest obowiązkowym punktem na fotografii każdego turysty.

DSCF0195

Ale po co zachwycać się sztucznym robotem, skoro na Odaibie można też zobaczyć prawdziwe? W tym celu udaliśmy się do Narodowego Muzeum Rozowju Nauki i Innowacji. Pragnę na wstępie zaznaczyć, że wyraz „muzeum” w nazwie jest użyty nieco bezzasadnie. Albo ironicznie.

DSCF0160

Już przy wejściu można spotkać robota normalnych rozmiarów. Potem jest jeszcze lepiej, bo można na przykład pobawić się ze sztuczną foką, stworzoną aby np. oswajać autystyczne dzieci ze zwierzętami. Foka jest miękka w dotyku, reaguje na głaskanie czy wołanie. Potrafi zasygnalizować, że coś się jej nie podoba. Po prostu zachowuje się jak żywe stworzenie…

Jest też pełnowymiarowa makieta jednego z modułów Międzynarodowej Stacji Kosmicznej. Oraz poczet wszystkich ludzi, którzy kiedykolwiek byli w kosmosie. Są multimedialne wystawy o medycynie, genetyce, fizyce… Jest spora makieta miasta przyszłości, pozwalająca zostać na kilka chwil jego obywatelem i poznania problemów, z jakimi będą się zmagać pewnie nasze wnuki.

No i przede wszystkim jest on. ASIMO. Robot od Hondy. Cudeńko, które jakiś czas temu trafiło u nas do serwisów informacyjnych. Na Odaibie można zobaczyć ASIMO z bliska w akcji. Tu nie ma co pisać – poświęćcie te kilkanaście minut na obejrzenie poniższego filmu.

Ten robot robi wrażenie, musicie to przyznać. Poza tym cała prezentacja jest taka… japońska właśnie. Bo kto inny wpadłby na to, aby zmusić arcydzieło myśli inżynieryjnej do tańca?

Ostatnim punktem naszej wizyty w muzeum było planetarium. Uwielbiamy tego typu przybytki i zawsze, gdy tylko mamy okazję, odwiedzamy je w różnych miejscach. Planetarium w Tokio – to musi być coś!

Trafiliśmy na pokaz zatytułowany „Noc jest czuła”. Nie była to żadna podróż do odległych galaktyk, a po prostu pokazanie, jak wygląda rozgwieżdżone niebo, pod którym zasypiają ludzie w różnych miejscach na świecie. Z tego powodu co chwilę lektorka mówiła z delikatnym zaśpiewem „oyasumi” – czyli „dobranoc”.

Wyciągnęliśmy się na wygodnych, rozłożonych fotelach i zaczęliśmy patrzeć w animowane niebo. Na początek Azja południowo – wschodnia. Śpiew ptaków, szmer dżungli.

Oyasumi…

Potem Europa. Berlin albo Amsterdam. Gwar rozmów w kawiarniach, szum jadących samochodów. Nasze oddechy powoli się uspokajały.

Oyasumi…

Brazylia. Fale omywające piasek Copacabany. Trzask ogniska na plaży. Odległa muzyka z baru. Powieki zaczęły nam niesamowicie ciążyć.

Oyasumi…

Gdy opowieść wróciła do Japonii, oboje spaliśmy jak susły.

Oyasumi…

Ciąg dalszy nastąpi…

Nie opuszczamy Odaiby. Zostało nam jeszcze jedno miejsce do odwiedzenia – ale w tym celu trzeba wyjść z muzeum i nieco cofnąć się… w czasie.