Podróż życia XXIV – Dzień szwendacza

Turysta jadący gdzieś z biurem podróży ma program wycieczki – i jego musi się trzymać. Turysta muzealny ma godziny otwarcia różnych placówek i to one wyznaczają mu rytm dnia. Turystę leżakowego ogranicza chłopak czyszczący baseny. My nie zaliczaliśmy się do żadnej z kategorii, więc mogliśmy pozwolić sobie na spontaniczność. I realizację moich dziwnych pomysłów.

Japońska mafia, tzw. jakuza, jest organizacją przestępczą nieco różniącą się od swoich zachodnich odpowiedników. Tak, Japończycy nawet gangsterów musieli zrobić po swojemu. W Kraju Kwitnącej Wiśni mafia pełni wazną rolę społeczną. Pomaga w czasie klęsk żywiołowych (czasem nawet sprawniej niż władze), zarządza neiruchomościami. Jest sprawnym przedsiębiorstwem, które się nie ukrywa.

Do tego stopnia, że adresy siedzib jakuzy sa powszechnie dostępne. Chyba rozumiesz, do czego zmierzam?

– Dziś odwiedzimy siedzibę japońskiej mafii – mój entuzjazm niespecjalnie udzielił się Żonie.

I pojechaliśmy. Wylądowaliśmy w miejscu, do którego z pewnością nie zachodzą żadne wycieczki. Czyli na najnormalniejszej, tokijskiej ulicy.

– Jeśli gdzieś zobaczysz wkurzonego gościa z tatuażami, to uciekaj – poradziłem Żonie.

Następnie porównałem zapisany na karteczce adres z planem okolicy, jaki tradycyjnie był wystawiony koło wyjścia z metra i poszliśmy na poszukiwania. Przeszliśmy jedną uliczką, drugą… Nie wiem, czego się spodziewałem. Wielkiego neonu? Srogich panów z mieczami samurajskimi? Nic takiego nie rzuciło mi się w oczy. Ale chcę wierzyć, że przeszedłem koło siedziby jakuzy.

To jest właśnie fantastyczne w takim modelu podróżowania. Nie trzeba pędzić od atrakcji do atrakcji. Można zanurzyć się w bocznych uliczkach albo usiąść w narożnej kawiarni i patrzeć, jak ludzie dokądś pędzą. Poczuć rytm miasta.

I móc wreszcie odnaleźć ten cholerny Crystal House. Po niepowodzeniu poprzedniego dnia postawiłem sobie za punkt honoru zlokalizowanie tej budowli. Sprawdziłem dokładnie jej adres w sieci, znalazłem na mapie wziętej ze stacji metra. Nie mogło się nie udać.

Wróciliśmy więc w miejsce, z którego niecałe 24 godziny wcześniej odchodziłem z poczuciem klęski i ponownie ruszyliśmy w gęsty labirynt małych uliczek. Na horyzoncie majaczyły wieże ratusza…

DSCF0002

…a my mijaliśmy kolejne automaty z napojami, aby wreszcie na niego trafić. Crystal House. Coś, co do tej pory widizałem tylko w sieci. Tak samo piękny, jak na obrazku. Tylko już nieco brudniejszy. No i zamiast VW Beetle na podjeździe stał Fiat 500.

DSCF0007

Jeśli poszukacie na mapie tego domu i będziecie pamiętać, że mieszkaliśmy jedną stację metra od Akihabary, to zrozumiecie, że przejchaliśmy dwukrotnie przez pół Tokio, abym mógł zrobić to zdjęcie. To są zalety bycia turystą – szwendaczem.

Oraz dowód na to, że mam fantastyczną Żonę, której ten budynek nie interesował, ale pojechała razem ze mną.

Zdjęcie zrobione, co można robić dalej? Pojechać do Yasukuni. Świątyni, w której oddaje się cześć żołnierzom poległym w czasie ostatniej wojny. W tym także samobójcom kamikaze oraz tym, których międzynarodowe trybunały uznały winnymi zbrodni wojennych. Wizyty japońskich oficjeli w tej świątyni budzą kontrowersje na całym świecie. Ów chram jest też ważnym przybytkiem dla japońskich nacjonalistów.

DSCF0028

Ale tak naprawdę musieliśmy po prostu spędzić nieco czasu w oczekiwaniu na naszą główną atrakcję tego wieczora. Zapadał już zmierzch, dziewczynki w marynarskich mundurkach wracały ze szkoły…

…a my wróciliśmy w miejsce, z którego wygnała nas bieda. Pod tokijskie Sky Tree.

DSCF0128

Tym razem stać nas było na kupienie biletu. I to na oba poziomy. Na dodatek nie było tłumów, więc nie trzeba było czekać, aby dostać się do pędzącej windy.

A następnie wjechać jeszcze wyżej, gdzie na szybie wyświetlano taką animację.

Oraz gdzie znajduje się taki pokój. Niezwykle popularny wśród odwiedzających wieżą Japończyków. Ja nie do końca zrozumiałem tę poetykę, ale ja jestem tylko europejskim barbarzyńcą. Nie można ode mnie oczekiwać zbyt wiele.

DSCF0084

DSCF0094

Jedno było pewne – wyżej w Tokio dostać się nie można. Byliśmy na samym szczycie. Gdzie nie było zbyt wiele atrakcji, więc po kilkunastu minutach zjechaliśmy na niższy poziom.

I tam już coś się działo. Na przykład zamontowano tam szklaną podłogę. Po której z uporem godnym lepszej sprawy skakały wycieczki japońskich dzieci. Tak – skakały. Tak, jakby dzieci chciały sprawdzić, czy szyba je utrzyma. Najwyraźniej nie zastanawiały się, co by oznaczało odkrycie słabszego panelu. Jeśli wierzyć Wolfram Alpha – trochę ponad 8 sekund radości z udowodnienia własnej racji. Zakończone grzmotnięciem w podstawę wieży z prędkością 82 m/s. Ech, dzieci…

DSCF0109

DSCF0046

Patrząc z góry na ciągnące się po horyzont światła miasta, zrozumiałem, że nawet gdybym miał być w Tokio miesiąc, byłoby to za mało. A ten tydzień, który właśnie spędzałem w japońskiej stolicy, ma za zadanie jedynie rozbudzić mój apetyt na powrót w to miejsce. Tak, jak wróciłem do Sky Tree. Tak, jak wróciłem do Crystal House. Tak samo pewnego dnia wrócę do Tokio. Choćby tylko po to, aby móc znowu spojrzeć na nie z góry i cieszyć się jak małe dziecko, że jestem w Tokio.

DSCF0121

Bo wtedy moja radość przewyższała Sky Tree.

Ciąg dalszy nastąpi…

W następnych odcinkach: wycieczka powoli zmierza ku końcowi, ale nieskromnie powiem, że kilka mocnych punktów jeszcze przed nami. Wielkie roboty, małe robociki, stare drzewa i – oczywiście – sushi.