Podróż życia XXIII – Shibuya

Co zrobić, gdy człowieka najdzie nagle ochota na seks? Niekoniecznie płatny i przygodny, może być z własnym partnerem. Co wtedy zrobić? Lepiej znaleźć jakiś dach nad głową, bo seks pod chmurką jest zdecydowanie przereklamowany.

Shibuya. Kolejna dzielnica Tokio, do której trafiliśmy. O mocno handlowym charakterze. Nie przyjechaliśmy tu jednak na zakupy, choć miło było popatrzeć na ciekawie wyglądające sklepy.

DSCF9948

DSCF9945

Zwłaszcza jeden z nich przykuł naszą uwagę…

DSCF9941

Zwabieni nazwą weszliśmy do środka, gdzie znaleźliśmy… zwykły sklep z prezerwatywami. Żadnych udziwnień, niczego japońskiego. No, chyba że niezwykłość tych gumek była w ich opisach, ale ten żart pozostał poza naszym zasięgiem.

DSCF9962

Natknęliśmy się też na drugi przypadek wandalizmu w Japonii. Nie wiem, czy pamiętasz, ale na pierwszy natknęliśmy się w bambusowym lesie w Kioto. Tutaj zniszczono plan okolicy – jakich wiele jest w całym Tokio, ku uldze zagubionych turystów. Kto go zniszczył? Nie mam pojęcia. Obecność w okolicy młodych ludzi w luźnych spodniach i z deskorolkami sugerowałaby stereotypową odpowiedź, ale równie dobrze to może być jakaś dziwna atrakcja turystyczna.

DSCF9951

No dobrze, ale przecież nie przyjechaliśmy tutaj, żeby zobaczyć popisaną tablicę i sklep z prezerwatywami. Przygnała nas tutaj chęć zobaczenia przejść dla pieszych.

Tak, wiem, jak to brzmi.

Stacja Shibuya jest dość popularnym przystankiem w Tokio. Codziennie tłumy ludzi pędzących do pracy, szkoły czy po prostu przed siebie przelewają się przez jej drzwi. I muszą jakoś przekroczyć otaczające ją ulice. Dlatego wokół niej pełno jest gigantycznych przejść dla pieszych.

Nie, słówko „gigantycznych” nie jest przesadą. Zresztą zobacz.

DSCF9957

Dopiero montując ten film zdałem sobie sprawę, że zwykłe przejście dla pieszych jest w Japonii atrakcją turystyczną. Ludzie z całego świata przyjeżdżają do Tokio, siadają w kawiarni niedaleko dworca Shibuya i obserwują tysiące ludzi przechodzących przez jezdnię (na jednym cyklu świateł).

No cóż, Japonia…

Zapadł zmierzch, więc mogliśmy przystąpić do realizacji następnej części planu. Poszukiwań tzw. love hotels, o które pytaliśmy wolontariuszki w ratuszu.

Europejski umysł podpowiada Ci w tym momencie, że szukaliśmy hotelu z pokojami na godziny. I masz rację. Różnica jest jednak w estetyce i przeznaczeniu. W naszej części świata takie przybytki to często obskurne motele, do których jedzie się z kochanką lub przydrożną prostytutką (moją wizję świata ukształtowały amerykańskie filmy). W Japonii do takich hoteli spokojnie chodzi się z żoną (bo prostytucja i tak jest w Japonii zakazana).

Widzisz, japońskie mieszkania są nie tylko małe, ale też nierzadko zamieszkałe przez kilkupokoleniową rodzinę. Seks natomiast to jedna z podstawowych potrzeb ludzkich i trudno zrezygnować z jej zaspokojenia, bo teściowie za ścianą oglądają „Familiadę”. Aby jednak nie przeszkadzać im w niedzielne popołudnie, można z żoną pójść do hotelu miłości i za rozsądne pieniądze wynająć pokój na godziny. Teściowie mają spokój, a młodzi mają chwilę odprężenia.

Moja żona była obok mnie, więc wizyta w hotelu nie powinna budzić żadnych podejrzeń.

Tym, co jeszcze różni japońskie hotele na godziny od tych z amerykańskich filmów jest podejście do klienta. Wiadomo – Japończyk jest osobą nieśmiałą, ale klientem wymagającym. Dlatego recepcja jest często zautomatyzowana lub widać tylko dłonie recepcjonisty – aby nie peszyć gościa. Ale za to pokoje potrafią być urządzone w najdziwniejszych stylach tematycznych – by dogodzić najbardziej… hm, „wyrafinowanym” gustom. Kręci Cię styl Ludwika XIV? A może statek kosmiczny? Albo – bo co innego może być w Japonii – Hello Kitty? A Hello Kitty w wersji sado – maso?

I właśnie takich przybytków szukaliśmy. Chcieliśmy zobaczyć najbardziej kiczowaty pokój, przeznaczony do niczym nieskrępowanego seksu.

Zanurzając się w coraz węższe alejki, chodziliśmy od hotelu do hotelu, oglądając na zdjęciach pokoje, jakie mieli w swojej ofercie. Niestety, wszędzie królował styl „pokój dwuosobowy w europejskim stylu”. Żadnego różowego futerka na ścianach, żadnych maskotek nienaturalnej wielkości, żadnych postaci z kreskówek. Nuda. Zwykłe pokoje hotelowe. Takie same, jak ten, w którym się zatrzymaliśmy.

A – jak mówi stara reklama – skoro nie widać różnicy, to po co przepłacać? Dlatego z najbliższej stacji metra udaliśmy się do naszego tokijskiego pokoju… no i chyba nie sądzisz, że nie przerwę opowieści w tym momencie?

Ciąg dalszy nastąpi…

A w następnych odcinkach opowiem o przemykaniu pod nosem mafii, kolejnej windzie i tańczącym robocie.