Starcraft – i jakieś inne gry

Ta gra ma już szesnaście lat. Wczoraj zagrałem w nią po raz pierwszy.

 

Brzydkie to to jest, jak noc w Radomiu. Koślawe jakieś takie. Dwuwymiarowe. Pikselowate. Bez fajerwerków. I drugą dekadę utrzymuje się jako wiodąca religia w Korei Południowej.

Zainstalowałem, odpaliłem, przeszedłem dwie misje… i powiem jedno – wciąga. Może nie tak, jak Warcraft II, gdy grałem w niego jakieś dziesięć lat temu (zazwyczaj gram z poślizgiem). Ale te dwie misje przykuły mnie do ekranu tak mocno, że zrobiłem „sejwa” w trzeciej. Znaczy – wrócę.

To może być jedna z lepiej wydanych dyszek w Biedronce.

Dlaczego właściwie kupowałem grę, która jest starsza niż niektórzy z tych, którzy ją kupią w żółtym sklepie z czerwonym robalem? Bo mam taką manię, że kupuję klasyczne gry, gdy są w jakiejś sympatycznej promocji. Ot tak, żeby mieć. Bo może kiedyś (ta, jasne…) będę miał czas i w nie zagram. Albo dzieciom w spadku przekażę.

I tak ta sterta gier rośnie, rośnie… Poza klasykami są tam też tytuły zupełnie przypadkowe. Lepsze i gorsze. Takie, za które zapłaciłem i otrzymane za darmo. Na płytach i w dystrybucji cyfrowej. Część mam jeszcze z czasów kawalerskich, część Żona wniosła w posagu, część kupiłem już po ślubie. Wszystkie legalne.

Niedawno postanowiłem spisać je wszystkie, aby mieć świadomość co i gdzie mam. Takie zboczenie zawodowe. Powstała lista obejmująca ponad 250 tytułów. Niektóre z nich mam podwójnie (płyta i dystrybucja cyfrowa).

Kojarzę, że grałem w jakieś 50.

W związku z tym postanowiłem poczynić dwa ważne oświadczenia:

Primo: postaram się (słowo – klucz) nie kupować już fajnych, klasycznych gier, choćby były w niesamowitych promocjach.

Drugie primo: znajdę kilka chwil, aby wyciągnąć co jakiś czas ze sterty grę, w którą nie grałem. Aby sprawdzić, czy warto było wydawać kasę.

Co to oznacza? Że jeśli jakaś gra (z tych wiekowych, o których część z Was pewnie nigdy nie słyszała) mi się spodoba, to podzielę się wrażeniami. Nie spodziewajcie się długiej recenzji. Raczej krótkiej rekomendacji. Tak, jak dziś ze „Starcraftem”. Jeśli nie znacie tej gry, to pędźcie do najbliższej Biedronki i nurkujcie w koszu z tanimi grami. Może jakaś jedna sztuka się znajdzie. Nie będziecie żałować.

PS: w sumie podobne oświadczenie mógłbym wydać w sprawie książek, ale nie ma co się starać utłuc dwóch ptaków jednym kamieniem.

Jeśli podobał Ci się ten tekst, polub mnie na Facebooku!