Podróż życia XX – obsługa po japońsku

O japońskich sklepach już nieco wspominałem. Był sklep stujenowy w Osace. Były kosmiczne sklepy w Akihabarze (także pełne sprośności). Ale takiego sklepu, jak Takashimaya, nie widziałem nigdy wcześniej.

W kontekście rozwoju galerii handlowych i supermarketów w Polsce sporo się mówi o tym, że zabijają małe sklepy lokalne. Albo że niszczą miasta, tworząc w samym ich centrum wielkie, zamknięte obszary. Ale nie zauważyliśmy, że przez ten czas z naszego sklepowego krajobrazu zniknęły domy towarowe. Tak, takie jak pokomunistyczny relikt „Domy Centrum”.

Nie, przesławny warszawski VitkAc nie jest, w moim odczuciu domem towarowym.

Natomiast Takashimaya to dom towarowy pełną gębą. Na każdym piętrze stoiska i półki pełne przeróżnych dóbr. Nieoddzielone od siebie ścianami, boksami czy czymkolwiek innym. Na najniższym poziomie, po ziemią, gdzie wchodzi się bezpośrednio z przejścia na stację metra, króluje żywność. Na następnych piętrach zaś…

takashimaya1

… nie będę ściemniał, że wiem, co jest na następnych. My musieliśmy dotrzeć na piąte piętro, na stoisko z wiecznymi piórami. I to jak najszybciej, bo do zamknięcia sklepu został kwadrans.

Na szczęście ktoś wymyślił windy. A dom Takashimaya postanowił przenieść doświadczenie jazdy windą na wyższy poziom.

Gdy tylko wcisnąłem przycisk przywołujący windę, zza filaru wyłoniła się przeurocza pani, która gestem dłoni w białej rękawiczce przywołała nas ku sobie. Do windy już czekającej na nas. Szerokim gestem zaprosiła nas do wnętrza, po czym jeszcze raz rozejrzała się po piętrze i coś zawołała. Być może „odjazd w górę”, a może „mam dwie świeże wątroby, jadę do rzeźni” – nie znam japońskiego.

Następnie windziarka spytała nas, na które piętro chcemy się udać i wcisnęła za nas guzik. Tak, dłonią w białej rękawiczce. Gdy zamykała się wewnętrzna krata w windzie, pani stała przy panelu i wyciągniętą ręką blokowała wyjście, niczym policjant na skrzyżowaniu. Winda ruszyła, a pani odwróciła się do nas i – mówiąc coś bardzo szybko i po japońsku – złożyła głęboki ukłon. Serio, znam się trochę na ukłonach i wiem, że ten był bardzo głęboki. Gdy winda dojechała do celu, pani głośno zakomunikowała, co znajduje się na piętrze, po czym jeszcze raz się ukłoniła i pozwoliła nam wysiąść.

takashimaya

Zaczęliśmy wtedy podejrzewać, że dom towarowy Takashimaya, ze swoją osiemdziesięcioletnią historią, nie jest zwykłym sklepem. I być może w moich bojówkach i koszulce, z plecakiem i aparatem, nie spełniam do końca standardów wyglądu klienta tego przybytku.

Na stoisku z piórami, do którego skierowały nas przemiłe panie z obsługi, był jeden sprzedawca. I właśnie obsługiwał klienta. Choć może obsługiwał nie jest najlepszym określeniem. klient chyba zastanawiał się nad wyborem atramentu albo stalówki, albo jednego i drugiego. Z tego powodu przeglądał olbrzymi segregator, pełen małych karteczek z takim samym napisem, ale w różnych kolorach i grubościach. Przyglądał się każdej kartce, jakby miał znaleźć fałszywą studolarówkę. A sprzedawca taktownie stał i czekał na ewentualne pytania.

Mieliśmy za zadanie kupić konkretne pióro. I konkretne atramenty.

Sprzedawca doszedł do wniosku, że pan wybierający sobie atrament (albo stalówkę) jakoś da sobie radę i zwrócił się do nas.

– Jak mogę pomóc?

– Poszukujemy pióra – tu wymieniłem konkretną markę i model – macie je może w sprzedaży?

– Oczywiście  – beznamiętnie powiedział pan, sięgając za pazuchę i wyciągając stamtąd rzeczone pióro. Białe.

– Mamy też czarne – dodał po chwili, znowu sięgając do wewnętrznej kieszeni marynarki i wyciągając stamtąd drugie pióro.

– A macie jeszcze jakieś inne modele?

– Tylko fioletowy, z limitowanej kolekcji – dodał, wkładając po raz trzeci rękę pod marynarkę, a ja zacząłem podejrzewać, że ciuch kupił na wyprzedaży w Hogwarcie.

Z drugiej strony – nie ma się czemu dziwić? Takashimaya to sklep z najwyższej półki i nie zdziwiłbym się, gdyby sprzedawca nie wyczuł, po co przyszliśmy, w momencie, gdy wysiedliśmy z windy. Ale tak jest z obsługą w całej Japonii. Nie tylko w sklepach, choć tam to najlepiej widać.

Sprzedawcy są pozbawieni tej charakterystycznej do Polski, podpatrzonej w amerykańskich filmach nachalności i nie pytają „jak mogę pomóc” od progu (przed wojną ponoć pytali „jak mogę służyć”, ale komuna i kalka językowa zrobiły swoje). W Japonii sprzedawca jest po prostu w pobliżu i podejdzie, gdy tylko będziesz go potrzebować.

I pomoże, nawet gdy nie zna angielskiego. Pamiętam pewne młode dziewczę w Book Offie w Kioto. Gdy wreszcie udało mi się wyjaśnić, czego szukam (książki dwujęzycznej – trudno się to tłumaczy łamaną mieszaniną angielskiego i japońskiego), dziewczyna na migi przekazała mi, abym poczekał. Poszła za regał, a ja dostrzegłem, że sięga po swój telefon. Dzwoniła po pomoc? Nie wiem, ale po chwili wróciła, a na ekranie iPhone’a miała napisane koślawym angielskim, że nie maja tego w sprzedaży.

Nawet sprzedawca w sklepie całodobowym, takim jak Family Mart czy Lawson zachwyci swoim podejściem do pracy. Nieważne, o której godzinie byłem w sklepie, nigdy nie widziałem, by któryś z nich nudził się za ladą. Zawsze coś poprawiają na półkach, robią porządki, a gdy już wydadzą człowiekowi resztę, to obowiązkowo spakują zakupy w torbę (nad wyraz efektywnie i równo), zakleją ją i podadzą z uśmiechem. Nigdzie w Polsce nie natknąłem się na sklep z takim poziomem obsługi.

Zresztą – sklepy całodobowe to kolejny genialny wynalazek Japonii, trochę jak automaty na każdym rogu. Sklepy te też są na każdym rogu i o każdej porze można w nich dostać świeże jedzenie. To strasznie rozleniwia – gdy wracając do mieszkania w Kioto czy hotelu w Tokio o 1 w nocy mieliśmy ochotę na przekąskę, po prostu zachodziliśmy do sklepu. W Polsce zderzyliśmy się z brutalną rzeczywistością – całodobowych sklepów jest mało, a jeśli są, to tylko monopolowe.

A skoro już zacząłem temat automatów, to o nich też należy powiedzieć kilka słów. To, że są na każdym rogu, to prawda. Tylko trzeba dodać, że są tam w znacznych ilościach. U nas takie automaty stoją w miejscach o dużym ruchy. W Japonii widać je nawet w wąskich uliczkach dzielnic mieszkaniowych, oddalonych od centrum. Najczęściej oferują napoje gazowane, ale są też automaty z mrożoną kawą, mlekiem, bateriami, papierosami… A ceny w nich nie są znacznie wyższe od sklepowych. Automaty uzależniają, tak jak sklepy całodobowe.

O obsłudze w każdym miejscu Japonii mógłbym się wyrażać tylko pochlebnie. Sprzedawca od drzwi wita klienta głośnym i wyraźnym „dzień dobry” – w supermarkecie czy na straganie z pamiątkami. Zawsze zapakuje zakupy. Doradzi, gdy jest potrzebna pomoc. I będzie się uśmiechał. Zresztą to nie tylko domena sklepów, wystarczy choćby wspomnieć koleje japońskie…

Kupiliśmy pióro i atramenty, rezygnując z opcji pakowania na prezent (przed oczami obojgu nam stanęła scena z „To właśnie miłość”, gdy Rowan Atkinson wspina się na wyżyny sztuki sprzedaży dla Alana Rickmana) i ponownie skorzystaliśmy z opcji jazdy luksusową windą. Pani już na nas czekała. Znowu wciśnięcie guzika, krata, ukłon, komunikat, ukłon… Jeśli gdzieś w Polsce są takie windy, dajcie znać. Chcę znowu poczuć się wyjątkowo.

Gdy opuszczaliśmy mury domu Takashimaya i na powrót zanurzyliśmy się w tunelach metra, obiecałem sobie, że muszę tam wrócić i bliżej przyjrzeć się takiemu modelowi handlu. Niestety, będę to musiał zrobić przy następnej wizycie w Japonii. Ale to, co widziałem, zrobiło na mnie wrażenie. Nie trzeba tam nic kupować, aby przejechać się windą czy zobaczyć pana ze wszystkimi piórami pod marynarką. Tego się nie da kupić. Za resztę (czyli pióro), zapłaciliśmy kartą Mastercard.

Bo przecież w portfelu nie mieliśmy gotówki.

Nie wiem czemu stwierdziłem, że świetnym pomysłem będzie pojechanie metrem jedną stację dalej i poszukanie bankomatów pomiędzy salonem Cartiera a sklepem Prady. I tak, drogi Czytelniku, z pustym portfelem wylądowaliśmy w Ginzie, najbardziej luksusowej dzielnicy Tokio.

Ciąg dalszy nastąpi…

W następnych odcinkach: strach, przerażenie, niedowierzanie, szok, luksus i banany. I moje miasto, które ponoć nigdy nie zasypia.

Zdjęcie elewacji domu Takashimaya: shamam / Flickr, na licencji CC BY-NC-ND 2.0

  • fakt, że nie ma pięciu pięter, nie ma windy, ale ma ciekawą historię: http://www.halatargowa.wroclaw.pl/

    • Takashimaya wygrał obsługą. Winda to był tylko pretekst do pokazania tej obsługi:) Owszem, nietypowych miejsc handlowych jest sporo na świecie, ale po prostu nigdzie nie natrafiłem na takich sprzedawców, jak w kraju Kwitnącej Wiśni…