Ach, ten Trynkiewicz!

Timothy Ferris w swojej świetnej książce „Czterogodzinny tydzień pracy” zalecał rezygnację z oglądania wiadomości (jak również czytania ich w gazetach czy sieci). Zwyczajnie szkoda na to czasu. Jeśli na świecie wydarzy się coś ważnego, to powie Ci tym taksówkarz albo kelner w kawiarni.

Z powodzeniem stosuję tę metodę, jednocześnie unikając jeżdżenia taksówkami i wizyt w kawiarniach. Niemniej czasem jakiś odprysk newsa, którym żyje cały kraj, trafi i do mnie. Stąd wiem, że dziś wszyscy w Polsce dyskutują o niejakim panu Trynkiewiczu.

Człowiek ten jeszcze za poprzedniego systemu dopuścił się ohydnych zbrodni, za które został skazany na karę śmierci. Jednak w wyniku amnestii i przeoczenia prawniczego, na ćwierćwiecze demokracji pan Trynkiewicz opuści zakład karny. Bez zauważalnej resocjalizacji. Sprawa dotyczy nie tylko jego, ale on stał się sztandarem wszystkich, których ta luka prawna obejmie.

 

Obecnie władze intensywnie kombinują, jak zatrzymać pana Trynkiewicza, nie łamiąc obowiązującej w Polsce Konstytucji. Takie zgniłe jajko, podrzucone przez poprzedników. I to wszystkich – 25 lat temu ktoś nie pomyślał, a potem, przez cały ten czas, nikt nie zauważył i nie próbował znaleźć rozwiązania, spychając problem na następców. Spoko, 38 milionów obywateli, 312 tys. km kwadratowych – można nie ogarnąć. Luz.

Ale ja nie o tym.

Przypadkiem trafiłem na program publicystyczny, w którym znany i lubiany pan Redaktor przeprowadzał wywiad ze znanym i lubianym panem Prezydentem. Ponieważ już było po świętach, a nawet po Wielkiej Orkiestrze, a jakoś rozmowę trzeba było zagaić, pan Redaktor spytał pana Prezydenta o problem z przestępcami. Rozmowa wyglądała mniej więcej tak:

– Trynkiewicz wyjdzie na wolność, panie prezydencie.

– Trynkiewicz to problem, panie redaktorze.

A ja sobie pomyślałem, że i dla pana Prezydenta, i dla pana Redaktora, to jednak jest „pan Trynkiewicz”. No, chyba że obaj z nim wódkę pili. Ja wiem, że lata komuny skutecznie wytrzebiły w ludziach zwyczaj „panowania”, ale ponieważ nie udało nam się przez ćwierć wieku znaleźć lepszego zastępstwa dla mówienia per „towarzyszu”, to może wrócić do sprawdzonych wzorców? Zwłaszcza, gdy publicznie mówi się o osobie trzeciej…

Tak mówiono przed wojną (nie, żebym pamiętał, słyszałem nagrania radiowe). Tak można mówić i teraz. Nawet o wychodzącym na wolność więźniu. Rozumiem, że zwyrodniały przestępca, zagrożenie dla ludzi, ale pewien poziom w mediach powinien obowiązywać. Wszak nawet po 11 września w mediach anglojęzycznych mówiono „Mr bin Laden”…

Foto: Aapo Haapanen, Flickr