5 oznak nadchodzących świąt, czyli idą święta, idą święta…

…każda buzia uśmiechnięta. Gdy tylko zacznie się grudzień, wiele rzeczy dokoła przypomina o zbliżających się świętach. Kiedyś to były roraty i kalendarz adwentowy. Dziś są nowe czasy.

A nowe czasy wymagają nowych symboli. Zapomnijcie o lampionach i roratach. Wyrzućcie z pamięci informacje o pomarańczach płynących z Kuby. Nie myślcie nawet o Kevinie samym w domu. W XXI wieku adwent oznacza…

Ludzi narzekających na „Last Christmas”

Jasne, to jest piosenka o wrednej babie, która złamała serce Jerzego Michała i prawdopodobnie dlatego został gejem. Traktowanie jej jak kolędy jest równie bystre jak używanie „Murów” jako hymnu rewolucji. Albo „Windą do nieba” jako piosenki weselnej. Niemniej – to taka gra. Nikt nie lubi, wszyscy puszczają, w grudniu po prostu trzeba usłyszeć te dzwoneczki i smętne „uuuu”. Dobrze, że nie ma przy tym obowiązku oglądania teledysku.

Można uniknąć hitu Wham!, ale nie można uniknąć ludzi, którzy narzekają na niego. Zawsze znajdzie się ktoś, kto wrzuci w sieć demota z hasłem „Sezon na ‘Last Christmas’ rozpoczęty”, będzie się wymądrzał, jak bardzo nieświąteczna jest to piosenka, albo wstawi klip z YouTube na Fejsa z komentarzem „zaczęło się”. Przed takimi ludźmi nie można uciec, bo poza okresem świątecznym to mili ludzie, którzy tylko sporadycznie udostępniają w sieci zdjęcia chorych dzieci, opuszczonych piesków czy filmy z rosyjskich kamer samochodowych.

Świąteczne sklepy

Wydaje się, że świąteczne dekoracje sklepowe towarzyszą nam od zawsze. I to jest prawda. Nawet za komuny na wystawie pojawiały się jakieś bombki czy towarzysz Mikołaj. Potem nastało bogactwo i do bombek dołączyły choinki, lampki, neony, renifery, aniołki, szopki… Co doprowadziło do wojny między poszczególnymi sklepami – nasza choinka jest dłuższa, nasza grubsza, nasz renifer kręci główką, nasz aniołek szczerze się śmieje (choć ma w zadku zasadzony gigantyczny świerk).

Wystawy sklepowe toczą między sobą zimną wojnę

Ilość rzadko kiedy przechodzi w jakość, a gdy stało się jasnym, że każdy wyścig zbrojeń prowadzi do patowej sytuacji, potrzeba było wyprzedzić uderzenie przeciwnika. Stąd nerwowe wyczekiwanie sklepikarzy – czy już można? Zawsze po okresie „witaj szkoło” jest ta chwila wahania. Czy atakować bombkami? Czy jednak poczekać do starosłowiańskiego Halloween i ryzykować, że ten drugi hipermarket wystartuje pierwszy? Gotowe plany ułożenia towaru na świątecznych półkach leza zamknięte w kasach pancernych niczym strategie wojenne. Wszyscy czekają na pierwszą bombkę na wystawie niczym na pierwszą gwiazdkę.

Raz widziałem nawet lezące obok siebie na półce czekoladowe Mikołaje i zające wielkanocne. Choć może po prostu nikt tych Mikołajów nie zdążył przepakować w zajęcze sreberka.

Jarmarki świąteczne

Nie wszystko, co przyszło do nas zza Odry, jest złe. Poza nazizmem i piętnastoletnimi golfami są przecież kebaby czy filmy Teresy Orlowsky. Oraz jarmarki świąteczne. Każdy, kto uczył się w szkole pięknej mowy Goethego czy Schillera wie, że Weinachtsmarkt jest dla naszych sąsiadów tak samo ważny, jak Adventskranz*. Każde większe (i pewnie mniejsze też) miasteczko w Niemczech ma taki jarmark bożonarodzeniowy. A na nim małe, przyprószone śniegiem domki, stojące dokoła gigantycznej choinki albo lodowiska pełnego roześmianych malców.

Mam doświadczenie tylko z gdańskim jarmarkiem, ale podejrzewam, że w odniesieniu do wielu takich imprez w Polsce można sparafrazować reklamę Old Spice. Spójrzcie na jarmark w Niemczech. A teraz w swoim mieście. Jeszcze raz na niemiecki i znowu na swój. Szkoda, że ten w Polsce nie jest tym niemieckim. Pomysł jest fajny, ale ta tradycja zaszczepia się u nas niestety wolniej niż wsadzanie świeczki do wyrzeźbionej dyni. Stragany z „oscypkami” czy rękodziełem stojące na mrozie nie przyciągają. A szkoda.

Kevina mimo wszystko

Dawno, dawno temu ktoś postanowił zrobić film o zaradnym dzieciaku. Miała to być ciepła, rodzinna historia. Wyszedł – moim zdaniem – jeden z najbardziej brutalnych filmów w historii. Opowieść o małym sadyście, który nie waha się przed paleniem, kłuciem i cięciem dwóch włamywaczy, a to wszystko dla własnej przyjemności. Ktoś postanowił, że osadzenie tej krwawej jatki w scenerii Bożego Narodzenia złagodzi pokazywany horror i tak powstał film, bez którego w Polsce nie ma świąt.

Święta bez małego sadysty to nie święta

Z „Kevinem” jest trochę jak z „Last Christmas”. Znany na pamięć, dawno nieśmieszny, będący przedmiotem narzekania przez lata. Ale gdy pewnego razu Polsat postanowił nie emitować tej rzezi – lud się zbuntował. Społeczeństwo obywatelskie uznało, że karp nie będzie smakował bez widoku małego socjopaty. Kevin po prostu musi być trzynastym daniem, tak jak suchar w Familiadzie podkreśla smak niedzielnego rosołu. I teraz nikt nie odważy się usunąć przygód małego sadysty ze świątecznej ramówki (czego nie można powiedzieć o innym świątecznym hicie: „Szklanej pułapce” czy jej wielkanocnym odpowiedniku, „Dźwiękach muzyki”).

Kolejki

Panie – za komuny, to były kolejki! Stało się, bo gdzieś rzucili karpie, gdzieś pomarańcze. Albo po prostu trzy losowe osoby ustawiły się w szeregu, a reszta dołączała. Gdy odstało się swoje, trzeba było kombinować, aby zrobić dwanaście dań wigilijnych tylko z octu i musztardy. Oznaczało to nieludzką ilość godzin przy przygotowywaniu kolacji, spędzanych w kuchni przez nasze matki (równouprawnienie wtedy oznaczało prawo do jazdy traktorem przez kobietę, a nie angażowanie się mężczyzny w prace domowe).

Potem przyszedł dobrobyt i wszystko można kupić. Absolutnie wszystko. Nie trzeba ręcznie lepić pierogów, piec ciast, zabijać karpia czy obierać pomarańczy. Zamawiasz, płacisz, masz kolację wigilijną. Tylko że coraz częściej oznacza to przygotowywanie tej kolacji już w połowie grudnia. Bo potem nie będzie można nic zamówić w cukierni, bo skrzaty pracujące w firmach kateringowych muszą mieć czas na zrobienie pierogów i uszek… A na sam koniec i tak będziesz stać w kolejce. Tym razem do kasy w supermarkecie. Gdzie nie kupisz tylko tej atmosfery domowego krzątania się przy przygotowywaniu świąt.

* Taki wieniec, który zawiesza się w adwencie na drzwiach. Opowiadanie o świątecznych zwyczajach jest obowiązkowym elementem nauczania języka obcego tak, aby niezbyt przydał się w dorosłym życiu.