Podróż życia XVI – Pierwszy dzień w Tokio

Stwierdzenie, że stolica Japonii jest niesamowitym miastem, plasuje się w czołówce truizmów. Gdy jest się największa aglomeracją świata, silą rzeczy ilość atrakcji przerasta wszelkie wyobrażenia. A my byliśmy w samym centrum tego miasta.

Tak naprawdę to trudno byłoby wskazać centrum Tokio w europejskim tego słowa znaczeniu. Bo która z dzielnic miałaby być tą najważniejszą? Ueno? Shinjuku? Shibuya? A może Ginza? Każda z nich jest wyjątkowa, więc dla potrzeb mojej opowieści przyjmijmy, ze centrum Tokio leży niedaleko głównego dworca kolejowego. Może jakiś kwadrans spacerkiem na wschód. Powiedzmy, że w naszym hotelu.

Budząc się rankiem w tymże centrum, turysta ma mnogość opcji planowania dnia. Iść do zoo? A może zwiedzać jakieś świątynie? Albo muzeum? Nasz wybór wydawał się być oczywisty.

Zakupy.

W odległości rzutu gwiazdką ninja od naszego hotelu leży Akihabara. Dzielnica – legenda. Tak zwane „electric town”. Miejsce, gdzie ilość sklepów ze sprzętem RTV, AGD i ogólnie pojmowaną elektroniką przekracza wielkości krytyczne. A do tego masa sklepów dla fanów – wszystkiego. Nieważne, czy interesuje cię komiks, przebieranki czy seks. W Akihabarze będziesz mógł wydać każde pieniądze na realizację swojego hobby.

Gdy tak staliśmy u progu tego szaleństwa i patrzyliśmy na mapę, zaczepił nas pewien Australijczyk.

– Hej, ja nie mogę się tu odnaleźć od dwóch dni, może razem damy radę?

I tak spędziliśmy godzinę stojąc i rozmawiając na najróżniejsze tematy – poczynając od wyższości kulturowej i cywilizacyjnej Japończyków, a kończąc na kibolach w Europie (poznaniacy, możecie się ucieszyć – chłopak z Australii słyszał o kibolach Lecha). Okazało się, że nasz nowy znajomy poszukuje jednego sklepu ze sprzętem elektrycznym i elektronicznym, gdzie można kupić dziś to, co reszta świata zobaczy za jakieś dwa lata. Niestety, dysponował jedynie jego adresem, ale nawet dla Japończyka to trochę za mało.

W Japonii adres budynku składa się z nazwy i trzech liczb. Nazwa – to określenie dzielnicy. Pierwszy numer – to określenie osiedla, albo większego fragmentu dzielnicy. Drugi numer – to numer kwartału ulic. Albo dwóch kwartałów. Trzeci numer – to numer konkretnej posesji. Przydzielony najprawdopodobniej losowo. Tak w każdym razie ja interpretowałem adresy i najczęściej takie podejście się sprawdzało. Aczkolwiek nie podjąłbym się szukania konkretnego adresu w Japonii bez wydruku z Google Maps i poznania okolicy w Google Earth.

Zjadacz kangurów odszedł w nieznane, a my powoli zanurzyliśmy się w szaleństwie. Weszliśmy do pierwszego sklepu z brzegu. Żeby zobrazować jego rozmiar, wyobraźcie sobie normalny sklep typu Media Markt czy Saturn. Tak duże było piętro tego sklepu. Jedno z siedmiu. Albo ośmiu, to nie jest istotne. Sam dział z obudowami do iPhone miał jakieś 100 metrów kwadratowych. A takich sklepów jest tam dużo, dużo więcej (choć ten chyba faktycznie był największy). Jedno było pewne – można tam kupić wszystko, poza jedzeniem. Walizki, stosy tabletów, sprzęt fotograficzny, pianina, lodówki… Oczywiście większość sprzętu można swobodnie przetestować.

I tak spędziliśmy godzinę. Może dwie. W zamknięciu czas płynie inaczej.

Gdy już udało nam się zostawić trochę jenów w sklepie i wyjść z niego, mogliśmy zobaczyć nowoczesną Japonię w pigułce. Zgodną ze wszystkimi stereotypami.

Były więc szklane wieżowce – a w każdym z nich na parterze (a także na piętrach) sklepy dla fanów. I sami fani. Tysiące przelewające się ze sklepu do sklepu. Ludzie wydający pieniądze na przedmioty, które na niezainteresowanych nie robią żadnego wrażenia. Ale dla nich to był cały świat.

Były dziwnie ubrane dziewczęta. Nie, to żadna perwersja. Tak wyglądają w Akihabarze dziewczyny rozdające ulotki. Zresztą stroje cosplay też miały swoje wielopoziomowe sklepy. Gdy weszliśmy do jednego, byliśmy przekonani, że to seks-sklep. Skąpe mundurki uczennic, francuskich pokojówek… Aż nagle zobaczyliśmy strój Vadera. A potem chyba jednego z bohaterów Disney ’a. I to nas przekonało, że to jednak nie jest sklep dla dorosłych.

Były też salony z ufo-catcherami. Nie wiecie co to? Zapewne kojarzycie z wakacyjnych jarmarków i nadmorskich promenad te wyłudzacze drobnych. Za niewielką opłatą można ze szklanego pojemnika starać się wyłowić maskotkę  z użyciem zdalnie sterowanego ramienia. W Polsce widziałem może maksymalnie dwa takie urządzenia obok siebie. W Japonii w jednym salonie znajduje się ich kilkadziesiąt Znajdziecie tam wszystko: maskotki, sprzęt, figurki bohaterów… Najlepsi poławiacze mogą się zmierzyć nawet w teleturnieju!

Ten film to montaż z 40 minut, które nakręciłem – poświęćcie 5 minut, aby zrozumieć, o jakim szaleństwie mówię (jest kilka chwil ciemności, mój błąd niewychwycony przy montażu).

No i są oczywiście seks – shopy. Do których weszliśmy tylko po to, aby zweryfikować kilka legend. I nakręcić filmy z ukrycia.

Ale o tym w następnym odcinku.

Ciąg dalszy nastąpi…

W następnym odcinku: wibratory. I nie tylko.

  • Czekam na te wibratory 😀
    A całkiem na poważnie, musieliście być bardzo zaskoczeni życiem w Tokio. Nigdy tam nie byłam, ale wszystkie relacje które czytam, wszystkie japońskie „rzeczy” do jakich docieram, kreślą mi w wyobraźni obraz całkowicie dziwacznego państwa, w którym nic nie jest niemożliwe 🙂
    Chętnie będę śledzić 🙂

    • Zajrzyj na wcześniejsze wpisy: http://mrcichy.pl/tag/japonia/ – a zobaczysz, że to jest kraj z zupełnie innej bajki. A przy tym bardzo przyjemny do odwiedzenia.

      A wibratory będą już w przyszłym tygodniu. O ile zmontuję filmy:)

      • Aaaaa, myślałam że to pierwszy wpis o Japonii, bo wleciałam prosto z FB i na archiwalne nie zaglądałam. Dziękuję za info 🙂

  • natalia

    Mialam okazję odwiedzić Japonię (między innymi Tokio) tego lata. Teraz, kiedy czytałem Twój wpis , to aż skrecalo mnie w żołądku z zazdrości, tak bardzo chciałabym tam wrócić:)! Jak najszybciej!

    • To dosyć częsta reakcja na wizytę w Japonii. Też tak mam. Dlatego piszę o Japonii – w ten sposób wracam tam choć na chwilę:)

  • Dzięki. Czekam na dalsze części. pozdrawiam

  • Pingback: Podróż życia XXVIII – do widzenia, Japonio… – MrCichy()