Podróż życia XV – japońskie mieszkania

Czytając książki o Japonii, albo oglądając programy telewizyjne na jej temat, często podkreślane jest spore zagęszczenie ludzi w tym kraju. Obywateli sporo, gruntu niewiele – nic dziwnego, że ceny nieruchomości wzrastają na niebotyczne poziomy. A same mieszkania biją rekordy miniaturyzacji.

W Japonii przyszło nam mieszkać w trzech miejscach. W Kioto mieliśmy wynajęte mieszkanie. W Hiroszimie spędziliśmy noc w ryokanie, czyli tradycyjnym zajeździe. W Tokio postawiliśmy na tradycyjny hotel biznesowy. Zaletą wszystkich trzech miejsc było położenie niedaleko centrum i przystępna cena.

Najmilej wspominam Kioto. Nasze mieszkanie, choć rozmiarem nie przytłaczało, było po prostu cale dla nas. Mieliśmy tam wszystko, łącznie z kuchnią i komputerem podłączonym do sieci. A nawet mikroskopijny taras. Mogliśmy wracać, kiedy chcieliśmy, nie było żadnej recepcji, żadnych sprzątaczek. Mogliśmy przygotowywać sobie sami śniadanie (choć i tak szybko przerzuciliśmy się na gotowe kanapki). Pozostawaliśmy w kontakcie z rodziną. Żal było je opuszczać. Gdy wrócimy do Kioto, postaram się wynająć je ponownie.

Jeśli pamiętacie pierwszy odcinek, może kojarzycie moje zdziwienie brakiem śmietnika pod zlewem. Był w pokoju. Ale poza tym dziwactwem nasz apartament był wręcz luksusowy. Nad wanną zamontowano telewizor. Oczywiście rozmiar telewizora (wanny też) był adekwatny do powierzchni mieszkania – tablety mają większe ekrany. Ale można było obejrzeć jakiś japoński teleturniej albo serial. Można było też szczelnie zamknąć łazienkę i przestawić klimatyzację na tryb „suszarnia” i przez noc dokładnie wysuszyć zrobione pranie. A nad spłuczką zamontowano kran, tworząc w ten sposób niezwykle ekologiczne rozwiązanie.

Ryokan w Hiroszimie miał być eksperymentem. Chcieliśmy spędzić jedną noc w miejscu, gdzie śpi się na podłodze (tylko jedną, bo więcej pewnie byśmy nie wytrzymali). Gdzie zdejmuje się buty przy wejściu i tam je zostawia, dalej idąc w niespecjalnie wygodnych kapciach (nierozróżniających lewej i prawej stopy). Tradycyjnie tego typu zajazdy mają duże, przesuwane ściany, wychodzące na klasyczny, japoński ogród. Nasz miał widok na deszczową ulicę.

Chociaż jestem niesprawiedliwy. Taki widok roztaczał się z naszego pokoju dwuosobowego, znajdującego się na końcu korytarza. Gdybyśmy się zdecydowali na pokój hostelowy, może widzielibyśmy kawałek zieleni?

Ale na podłodze (i materacach na niej położonych) spało się całkiem wygodnie. A i sam pokój był dość duży. Gdyby nie minus w postaci wspólnego prysznica i lodówki, zainstalowanych zresztą piętro niżej, mógłbym się nawet przekonać do tego typu rozwiązań.

I wreszcie nasz hotel w Tokio. Biznesowa dzielnica, połowa drogi między główną stacją kolejową a słynną dzielnicą Akihabara. Dwie linie metra w pobliżu. Mówiąc krótko – wszędzie blisko. Tylko rozmiar pokoju… To była „dwójka”. W Polsce kilka razy spałem w pokojach jednoosobowych, które były większe od naszego tokijskiego lokum. Na niewielkiej powierzchni zmieszczono dwuosobowe łóżko, biurko, telewizor, lodówkę, wannę z prysznicem, ubikację – po prostu mistrzostwo efektywności.

Sam hotel nieco trącił myszką, ale nie spodziewałem się Sheratona. Dostaje się to, za co się płaci. Pokój był codziennie sprzątany, ręczniki wymieniane na świeże, pralnia dwa piętra nad nami. A na pocieszenie Małżonka uświadomiła mi, że na booking.com można było zarezerwować jeszcze mniejszy pokój dwuosobowy… to już chyba trzeba w nim spać w wannie.

Planowaliśmy spędzić jeszcze po jednej nocy w hotelu kapsułowym i tzw. hotelu miłości, ale ponieważ nie znaleźliśmy odpowiednich przybytków, to tę opowieść pozostawię na następny pobyt w Japonii.

OK, temat mieszkań załatwiony, to teraz to, co zawsze pojawia się przy rozmowie o Japonii. Toaleta.

Nie jest zaskoczeniem dla nikogo, kto w jakikolwiek sposób zetknął się z opowieściami o Japonii, że sztukę załatwiania się doprowadzono tam do perfekcji. A to wszystko dzięki kosmicznym wręcz ubikacjom. No bo jak inaczej określić widok, jaki zastaliśmy po wejściu do łazienki w Kioto?

O ile piktogramy pomagają zrozumieć przeznaczenie niektórych przycisków, o tyle opisy w alfabecie kanji nie tłumaczą niczego. Przyszła pora na strategię małpy w kąpieli, czyli siadamy i próbujemy. Jeden z zestawów przycisków regulował temperaturę deski, była bowiem podgrzewana. Drugi pozostał dla mnie tajemnicą.

Japońskie toalety to mistrzostwo udziwniania. Sami zobaczcie.

Ale z drugiej strony – człowiek szybko przyzwyczaja się do takich luksusów. I chce więcej. W jednej z restauracji w Tokio poza bidetem, muszla miała także – jakże by inaczej – suszarkę. Natomiast na dworcu w Osace na ścianie obok muszli był przycisk „play” i regulacja głośności. Po jego wciśnięciu ukryte głośniki odtwarzały… dźwięk spuszczanej wody. Po co? To proste – gdyby w publicznej toalecie dopadły mnie jakieś hałaśliwe problemy gastryczne, mogę nie życzyć sobie, aby wszyscy dokoła o tym słyszeli. Najskuteczniej zagłuszać spłuczką, ale to nieekologiczne. Stąd nagrany dźwięk.

I taka jest chyba każda toaleta w tym kraju. Skomplikowany panel tuż obok deski i różnej maści udogodnienia. Wszystko po to, aby korzystający miał pełen komfort. O czymś takim, jak przewijaki dla dzieci w publicznych toaletach nawet nie mówię, ale za to w Japonii widziałem coś takiego, jak „uchwyt” na dziecko. Wchodzisz do toalety z niemowlakiem i musisz go gdzieś zostawić? Jeden ruch ręką i masz miejsce do posadzenia malucha. Bezpiecznie i czysto. A, nie muszę dodawać, że mówię o toaletach dla mężczyzn?

Same kosmiczne toalety wystarczyłyby, żeby zafascynować się Japonią. A przecież tam działo się o wiele więcej. I tylko ta ciasnota…

Ciąg dalszy nastąpi…

A w następnych odcinkach: dzielnica szaleństw, dzielnica wysokich budynków i dzielnica z pandą.

PS: Japonia to Azja, a więc publiczne toalety oferują też klozet w wersji azjatyckiej.