From komiks to the kuchnia (almost)

Czasy mojej młodości to tak zwana transformacja. Zjawisko to objęło to także komiksy. Kapitan Żbik musiał palić akta na wysypisku, a i tak nie przeszedł weryfikacji. Jego miejsce zajął Batman, który uczył najmłodszych tracheotomii*. Nieważne kto mówił „dymkami”, poważania wśród dorosłych i tak nie miał.Nie ma się czemu dziwić. Pokolenie moich rodziców żyło w świecie bez komiksów dla nich. W młodości może kapitan MO Żbik pokazywał im, jak walczyć z badylarzami. Może Papcio Chmiel mówił, że fajnie być harcerzem. Ale gdy dorośli, musieli zacząć stać w kolejkach, czekać na mieszkanie, wymieniać kartki na benzynę na te na buty albo przenosić bibułę w naszych wózkach. Na komiksy nie było czasu.

Nie było też odpowiednich tytułów. Te pojawiły się dopiero, gdy my nauczyliśmy się już czytać i sami po nie sięgnęliśmy. „Szninkiel”, „Funky Koval” (nigdy go nie czytałem) czy wreszcie mistrzostwo komiksu europejskiego – „Thorgal”. Poważne tematy i odważne sceny** mogły teoretycznie przyciągnąć naszych rodziców. Ale nie musieliśmy już do nich lecieć z prośbą „poczytaj mi”, a i oni musieli zmagać się z demokracją, inflacją czy Blacerowiczem.

A my siedzieliśmy i chłonęliśmy wszystko, jak leci. Komiksowa spuścizna minionego systemu stapiała się w naszych młodych umysłach z falą komiksów zza pociętej już wtedy na żyletki Żelaznej Kurtyny. W tym amalgamacie Tytus pod rękę z Kaczorem Donaldem przekazywali nam podstawowe prawdy, a pilot śmigłowca, kapitan Żbik, Ais czy Wanda (co nie chciała Niemca) mogli żyć razem z Supermanem, Spidermanem czy Punisherem.

Cieszę się, że mogłem wtedy to wszystko poznać. Dzięki temu poznałem, co to komiks dobry i zły. Zrozumiałem, że obrazkowe historyjki mogą podejmować ważkie tematy. I dlatego teraz powoli odtwarzam swój zbiór komiksowy, budując go tym razem z samych klasyków. Głównie z Rosińskiego – stoi więc na mojej półce cały Thorgal, „Legendy polskie”, „Szninkiel” czy „Western”. No, a do tego moja wielka słabość, czyli Wilq. Teraz już wiem, co warto kupować.

Ale w czasach młodości chłonąłem komiksy jak leci. Naciągałem moją mamę na kupowanie mi kolejnych albumów, bo okładka przyciągnęła mój wzrok. Albo bo mam poprzedni tom z tej serii. Albo po prostu – bo w księgarni pojawił się nowy komiks (wtedy nie było ich znowu tak wiele) i po prostu muszę go mieć. Jak z mgły wyłaniają się tylko poszczególne kadry, strzępy tytułów czy cytaty***.

Jednym z takich komiksów był „Hugo” – opowieść fantasy raczej dla dzieci, traktująca o średniowiecznym trubadurze i jego tresowanym niedźwiedziu. Skąd znalazł się na mojej półce – nie pamiętam, choć wydaje mi się, że tu czynnikiem decydującym było wydawnictwo: to samo, które wydawało „Thorgala” (mamo, kup mi…). Jakie przygody miał tytułowy Hugo, czy jego niedźwiedź mówił, czy był tylko silny – nie pamiętam. Jedyne, co utkwiło mi w głowie, to słowa jakiegoś mnicha czy maga, który stworzył przepięknie pachnącą miksturę. Niestety, w smaku specyfik ów przypominał śledzia w czekoladzie.

To określenie zapadło mi w pamięć, jako kulinarny przykład łączenia ognia z wodą. Pomyślcie tylko, jak ohydnie musiałoby smakować coś takiego. Kto byłby na tyle szalony, aby – nawet zaprzęgając dzisiejsze zdobycze naukowe kuchni molekularnej – przyrządzać śledzia w czekoladzie.

Śledzia to nie – ale kurczaka?

I tak dochodzimy do dzisiejszego eksperymentu. Panie i Panowie, przed Wami mój autorski przepis na kurczaka w czekoladzie (no, prawie). Uprzedzam z góry, że przepis jest jak najbardziej rozwojowy – czyli czekam na sugestie, jak go wzbogacić.

Do przygotowania tego nietypowego dania potrzebujemy przede wszystkim kurczaka, oraz składników marynaty (przepis bez marynaty jest niepełny). Zacznijmy od piekła w pigułce, czyli cholernie ostrych papryczek.

Draństwo kroimy na kawałki i razem z pestkami wrzucamy do miski. Niech Was wszyscy bogowie bronią, aby po czymś takim oblizać nóż, palec, albo przetrzeć oko. Najlepiej wszystko dokładnie umyć i wytrzeć do sucha.

Gdy już poradzimy sobie z ogniami piekielnymi, dodajmy odrobinę oleju. Ja dorzuciłem jeszcze węgierską pastę z papryki. Jest odpowiednio ostra i słona zarazem. Poza tym jakoś bezpieczniej posługiwać się nią, niż surową papryką.

A teraz pora na wymieszanie tego wszystkiego z kakao. Takim zwykłym, gorzkim, naturalnym. Możecie sypnąć go od serca. Nie ważyłem składników mojego przepisu, więc wszystko mierzymy metodą „na oko”. Wszystko poza papryczkami, oczywiście – to świństwo trzymamy z dala od oczu.

Gdy całość będzie dość jednolita – gęste kakao z pestkami i skórką papryki – można aplikować naszą marynatę na kurczaka. Uwaga, to jest ten moment, kiedy jeszcze można zawrócić. Wylać marynatę, umyć miskę i przyrządzić kurczaka w ziołami z torebki. Jeśli jesteście dość odważni – posmarujcie mięso i wrzućcie je do lodówki. Na przykład na całą noc, ale można krócej, jeśli ktoś jest niecierpliwym głodomorem.

Gdy w tajemniczy sposób smaki połączą się w jedno, przerzucamy pobrudzone kurczaki do naczynia żaroodpornego i pieczemy. W moim przypadku – 50 minut, jakieś 220 stopni. Można bez przykrycia, wtedy chyba skórka jest bardziej chrupiąca.

I już, gotowe. Jak wrażenia?

Powiem Wam, że to było niezłe. Smakowało jak kurczak, co odkrywcze nie jest. Nie było zbyt pikantne, w skórce dało się wyczuć nutę kakao. Myślę, że tę potrawę trzeba lekko udoskonalić i będzie idealna. A jak to zrobić?

Z tym pytaniem zwracam się do Was. Jakie macie pomysły na podkręcenie smaku tej mieszanki? Wymienić kurczaka na czerwone mięso? Jeśli tak, to jakie? A może lekko osłodzić kakao – cukrem lub miodem? Dodać więcej papryki? Piszcie w komentarzach i na Facebooku. A jeśli nie macie pomysłu, to kliknijcie pod tym tekstem odpowiedni przycisk, aby udostępnić ten wpis swoim znajomym. Może oni pomogą. Liczę na Was!

* Nie czytałem wszystkich komiksów z nietoperzem, ale kilka z nich utkwiło mi w pamięci. Oczywiście był kultowy „Zabójczy żart”, z nieśmiertelnym kawałem o dwóch wariatach uciekających ze szpitala. Ale zapamiętałem też ten, w którym Edward Nigma porywa noworodki ze szpitala i każe Batmanowi je odnaleźć, zanim zginą. Poza sceną w zaminowanym banku krwi była też scena, gdy Batmobil prawie przejeżdża leżące dziecko. A potem okazuje się, że maluch ma coś w tchawicy. Kto czytał, ten musi to pamiętać.

** Nawet nie wyobrażacie sobie, jakie mamy szczęście, siedząc po tej stronie Atlantyku! Wiecie, że nagi biust Kriss de Valnor z albumu „Łucznicy” (w scenie, gdy jest pojmana przez maruderów i leży przywiązana do pnia drzewa, zapewne po zbiorowym gwałcie) w wersji amerykańskiej był ocenzurowany? Po prostu Rosiński (albo jakiś zręczny cenzor) dorysował jej jakąś bieliznę pod spodem…

*** Zabawna sprawa z tym zapamiętywaniem cytatów z komiksów. Jakiś czas temu dostałem zbiór ponownie wydanych „Tytusów”, ponoć bazujących na pierwszym wydaniu. Przejrzenie pierwszej księgi uświadomiło mi, że to, czym zaczytywałem się w dzieciństwie, musiało być wydaniem najmniej drugim, wzbogaconym o kilka plansz. Bo w tym, co stoi teraz na mojej półce, nie ma arcyzabawnego tekstu „Ciągnij bez zwłoki, wyciągniesz zwłoki”.

  • Wymieniając PRL-owskie komiksy, zapomniałeś o „Stawce większej niż życie”. Kapitan Kloss w wersji komiksowej był żelazną pozycją tamtych czasów, sam miałem ileś zeszytów…

    • Nie zapomniałem, ale gdybym miał wymieniać wszystko, to zabrakłoby miejsca na kurczaka:) „Kapitan Kloss” oczywiście był, choć nie cały. Teraz szukam wymówki, aby kupić sobie komplet, bo była reedycja.

  • thorgal!
    i niektóre przygody asterixa.
    no i oczywiście kleks.

    trafiłam też na jakiś polski komiks- kryminalno-szpiegowsky- ale zupełnie nie pamiętam tytułu i autora 🙁

    • W mojej świadomości Asterix był nieco późniejszy, ale Kleks – no oczywiście, że był! Podobnie jak duet Kajtek i Koko / Kajko i Kokosz. Wszystko elegancko stało na półce. Teraz też stoi, ale pachnie nowością.

      A jakiś kryminalno – szpiegowski polski komiks to był pewnie niejeden. Ja sam kojarzę jakiś dziejący się w Acapulco, gdzie chciano ukraść złoty skarb czy coś takiego:)

      • kajko i kokosza nie lubię, jakoś mi „nie podchodzą”.
        tak samo jak nie lubię tytusa, romka i atomka- no bo jakoś nie.

        z tego szpiegowsko-kryminalnego – pamiętam scenę na lotnisku, jakieś przebieranki i sztuczne wąsy.

        myślę, że co najwyżej mogłabym obecnie przeczytać ponownie thorgala.
        z asterixa podobaly mi się fragmenty.
        bardzo love calvin&hobbes- ale oni są już zupełnie z innej bajki.

        jest kilka książek, które mocno się zapisały w mojej pamięci, i kiedyś sobie może uzbieram taką półkę pod hasłem: #wspomnień-czar.
        i co prawda nie komiksowy: ale kryminalno-szpiegowski JUŻ stoi na niej: https://pl.wikipedia.org/wiki/Sobowt%C3%B3r_profesora_Rawy

  • a właśnie, tak przy okazji, spróbuj przy okazji upiec np. kawałek schabu.
    i smart tip: wierzch wysmaruj miodem 😉 zobaczysz, czym to się skończy 😉

    • Ty mów do mnie, jak do faceta: jaki kawałek, ile czasu piec, w jakiej temperaturze… jaki miód, jak dużo, w którym momencie. I jakiś hint proszę, czym to się skończy. Bo taka zagadka nie brzmi zachęcająco 🙂

      • mięsiwo smarujemy miodem PRZED wstawieniem do piekarnika.

        kawał taki duży- jaką dużą chcesz mieć pieczeń…

        pieczenie schabu jest najprostszą rzeczą na świecie.
        trzeba natrzeć cały kawałek mięsa kminkiem, majerankiem, tymiankiem i pieprzem. skropić oliwą. włożyć do lodówki na całą noc lub na minimum 2-3 godziny przed pieczeniem,
        trzeba zrobić w schabie nożem dziurki-kieszonki, w które należy włożyć ząbki czosnku, tak, aby całkowicie schowały się w mięsie.
        a dokładnie wystarczą ze 4 ząbki czosnku, pocięte na paski, i w kilku miejscach włożone do naciętego schabu.
        piekarnik nagrzewasz do 180, wrzucasz schab do brytfanki, podlewasz wodą (niecałą szklanką).

        no i właśnie przed wrzuceniem do piekarnika- z wierzchu smarujesz schab miodem.
        dzięki temu zyska ciekawą skórkę i aromat.

        pieczemy ok. 2 godzin, w sumie poczujesz zapach pieczeni. i to cała filozofia.

        jemy na ciepło lub na zimno- wedle uznania.

  • w ogóle miód się nadaje do wielu rzeczy- np. jak masz naleśniki na słodko- to podgrzewasz je na maśle z miodem- i wtedy robi ci się taka fajna karmelowa otoczka do tych naleśników. mru.