Podróż życia XIV – nareszcie w Tokio!

Tokio. Największa metropolia świata. Stolica Japonii. Moje marzenie. Ostateczny cel naszej podróży. Pora stawić mu czoła.

Jak być może pamiętacie z pierwszego odcinka mojej japońskiej opowieści, pracownik Japan Rail odradzał nam przesiadkę na głównym dworcu Tokio – ze względu na ryzyko zagubienia się. Tym razem nie mogliśmy uciec przed tym monstrum. Nasza (niestety) ostatnia podróż shinkansenem kończyła się właśnie na tej stacji.

Na szczęście – nie taki dworzec straszny, jak go Japończycy pomalują. Wszechobecne strzałki i drogowskazy poprowadziły nas jak po sznurku do właściwego wyjścia. Poza tym chyba przez ten tydzień tokijczycy przygotowywali się na nasz przyjazd. Jak inaczej bowiem wytłumaczyć wyświetlanie tego w dworcowym holu?

Poczuliśmy się jak w domu. No, prawie.

Wyszliśmy i rozłożyliśmy nasz nabyty z trudem, jeszcze w Polsce, plan miasta (w Empiku nie mają rozbudowanej oferty dotyczącej Japonii, przekonajcie się sami). Po krótkiej próbie zorientowania się w otoczeniu („to chyba nie ten plac”, „odwrotnie to trzymasz”, „po cholerę braliśmy plan Radomia”) zrobiliśmy to, co większość obieżyświatów. Ruszyliśmy przed siebie (uwaga, ten patent może nie sprawdzić się przy zwiedzaniu Wielkiego Kanionu i pola minowego).

Już po kilkunastu metrach miałem stuprocentową pewność, że idziemy w dobrą stronę. Po kilkudziesięciu wyznaczyłem optymalną trasę na mapie. Po kilkuset turkot kółek naszych walizek zwrócił uwagę idącego przed nami Japończyka.

– Potrzebujecie pomocy? – ostatni raz Japończyka tak dobrze władającego angielskim spotkałem na lotnisku po przylocie.

I choć w sumie wiedzieliśmy, dokąd iść, zawsze warto się upewnić. Pokazaliśmy mu adres naszego hotelu, on wyjął iPhone’a i uruchomił nawigację. Widać było, że coś sobie nie radzi, ale nie poddawał się. Zadeklarował pomoc. Już chciałem go uświadomić, że wiem, gdzie jestem, ale Małżonka mnie powstrzymała. Zróbmy facetowi przyjemność, niech nam pomoże.

Miły pan wiódł nas prosto, wzdłuż ulic, a ja zauważałem, że jego trasa nieznacznie  odchyla się od zaplanowanej przeze mnie. Ale nigdzie nam się nie spieszyło. Wreszcie na nieco większym skrzyżowaniu pan wskazał jakąś boczną uliczkę twierdząc, że tędy dojdziemy w okolice hotelu. On się spieszy na metro do domu. W ten sposób udało mu się wyjść z tej sytuacji z twarzą, a my zostaliśmy pośrodku Tokio sami. Dając mu uprzednio grosza na szczęście.

Na szczęście nie tak daleko od naszego celu. Ruszyliśmy wskazaną uliczką, aż wreszcie w jednej z jej bocznych odnóg zobaczyłem małą świątynię shinto. Którą wcześniej widziałem w Google Street View, gdy oglądałem okolice naszego hotelu. A więc to już tu!

Co mogę powiedzieć? W starciu z japońskimi adresami nawet Google jest bezsilne. Nasz hotel był z drugiej strony budynku, niż sugerowały mi to internetowe zdjęcia. Pokierowani we właściwe miejsce przez grupę niemówiących po angielsku robotników dotarliśmy wreszcie do drzwi hotelu, gdzie… czekał na nas uśmiechnięty „nasz” przewodnik. Nie wiem, czy to taka naturalna troska, czy ten grosz przeważył, ale widocznie wreszcie odnalazł na swoim telefonie nasz hotel i przyjechał upewnić się, że trafiliśmy. Później sprawdziłem na planie, że aby tam dotrzeć ów Japończyk musiał się przesiadać i przejść kawałek od stacji metra. Ujął nas tym. Ciekawe, co by zrobił, gdybyśmy gdzieś po drodze wstąpili do baru?

Szybki meldunek, wrzucenie walizek do pokoju i ruszamy w miasto. Zmierzch zapadał, a my postanowiliśmy zobaczyć to, co było najbliżej nas. Budynek tokijskiej giełdy (i tak nieczynnej – niedziela). Pewien znany most, o którym po drodze opowiadał nasz przewodnik. I jakąś malowniczą rzekę. O tej ostatniej chciałbym napisać kilka słów.

Nie była malownicza ani trochę, ale po raz pierwszy zobaczyłem ciekawe rozwiązanie. Nad rzeką przerzucony był most samochodowy. Jeden z fragmentów rozcinających Tokio autostrad (budowanych na palach, aby nie blokować ruchu miejskiego, czyli głównie pieszego). Co było niezwykłe to to, że ów most biegł wzdłuż rzeki, dokładnie nad jej nurtem.

W sumie – czemu nie? Skoro od tej rzeczki miasto się odwróciło, to czemu nie wykorzystać jej w taki sposób? Wtedy dotarło do mnie, że można całkiem zręcznie budować w mieście autostrady. Aczkolwiek najlepszy przykład takiego podejścia miałem dopiero zobaczyć za jakiś czas.

Noc, nieznane otoczenie i zmęczenie po intensywnych dwóch dniach (w ciągu 36 godzin z Kioto przez Hiroszimę do Tokio) zapędziły nas do hotelu. Jeszcze tylko krótkie zakupy w całodobowym sklepie i wreszcie mogliśmy się zamknąć w naszym pokoju. Planować trasy, wyznaczać miejsca do zwiedzenia – słowem: opracować podbój miasta. Ale przede wszystkim spokojnie wyciągnąć się na łóżku i…

– Kochanie – powiedziałem stojąc pośrodku naszego pokoju – rezerwowaliśmy pokój dwuosobowy, prawda?

Ciąg dalszy nastąpi…

W kolejnych odcinkach: krótki przegląd naszych japońskich noclegów. Dla zorientowanych – tak, będzie też o ubikacji. Czyli Star Trek w toalecie, telewizor w wannie i regulacja głośności obok muszli klozetowej.

  • nieskromnie powiem, że ja bywam tak uprzejma 😉

    ale to dłuższa opowieść.

    • W takich chwilach nie trzeba być skromnym. Ja we Wrocławiu nie byłem, więc taka życzliwość spotkała mnie dopiero w Japonii.

      • myślę, że uprzejmość to stan umysłu, a nie miejsce zamieszkania.
        aczkolwiek fakt, że dużo uprzejmości mnie spotkało i spotyka we wrocławiu.

        zresztą ja mam kota na tym punkcie, bo uważam, że uprzejmość nic nie kosztuje.
        i naprawdę wiele rzeczy można.

  • Kasia

    Jak dostaliscie sie z Narity (?) do centrum? Ktorym pociagiem najtaniej? 🙂 Gdzie mieszkacie (jesli polecacie)? (hotel!) No I… do kiedy? Ja lece juz w przyszlym tygodniu, bedziecie jeszcze? 🙂

    • Kasiu, witaj! Podróż, którą opisuję, miała miejsce na przełomie maja i czerwca. I powiem, że niesamowicie Ci zazdroszczę, że lecisz do Japonii.

      Z Narity do centrum jechaliśmy Narita Expres – bo zaraz po wylądowaniu odebraliśmy JR Pass. Jeśli masz zamiar wypuścić się poza Tokio, to wierzę, że już je masz. W przeciwnym wypadku, jeśli zostaniesz tylko w stolicy, zaopatrz się na Naricie w dwudniowe bilety na metro – my tak zrobiliśmy i zadziałało. Poruszaliśmy się tylko metrem jednego operatora, ale to wystarczyło.

      Najtańszy pociąg – JR oferuje taki, nie pamiętam nazwy, ale w biurze JR wszystko Ci powiedzą. Tylko że najtańszy oznacza najwolniejszy… Ale jeśli nie spieszysz się na shinkansena (my się spieszyliśmy), to oczywiście możesz kierować się ceną.

      Hotel – to był Horidome Villa w dzielnicy Nihonbashi, jakieś pół godziny spacerkiem od dworca głównego w Tokio. Znaleziony przez booking.com – przy wyborze kierowaliśmy się nie tyle ceną (choć też była istotna), co położeniem i…wielkością pokoi (o tym w następnym wpisie).

      A jeśli jeszcze nie wiesz, co można zobaczyć w Japonii, obowiązkowo wejdź na japan-guide.com i tam znajdziesz literalnie wszystko.

      Zazdroszczę Ci (wiem, że już to pisałem) i służę dobrymi radami (kilka się znajdzie), więc jeśli masz jakieś pytania, to śmiało pisz na blog@mrichy.pl 🙂

  • Pingback: Podróż życia – spis treści | Blog do czytania()

  • Pingback: Wpół do weekendu #32 – Wielkie Jabłko | MrCichy()