Bloger kulinarny rozmyśla o wymarłych zwierzętach

Czy warto wskrzeszać wymarłe gatunki? Czy sklonowanie dinozaura albo mamuta ma sens? I najważniejsze – ile kosztowałaby potrawa z takiego zwierzaka?

W lipcowym numerze „Świata Nauki” pojawił się felieton, którego autor sprzeciwiał się próbom sklonowania mamuta. Argumentował, że takie działanie służy jedynie zaspokojeniu naukowej próżności ludzi, a nie rozwiązaniu realnych problemów ekologicznych.

Już teraz organizacje ekologiczne mają problemy, aby sprostać wymogom ochrony zagrożonych gatunków. Niejednokrotnie decyzję o podziale środków na konkretne działania podejmuje się tak, jak czyni to lekarz na polu bitwy. Ratuje się tych, którzy mają największe szanse na przeżycie. I którzy zapewnią biologiczną różnorodność.  W tej sytuacji klonowanie mamuta, nawet zakończone sukcesem, byłoby jedynie odskocznią od trwającej katastrofy ekologicznej.

Nie do końca zgadzam się z tym poglądem, dlatego ucieszyłem się, gdy w najnowszym numerze „Świata Nauki” znalazłem polemikę z tamtym tekstem. Jej autor przekonuje, że sklonowanie mamuta może przynieść korzyści ekosystemowi tundry w sytuacji globalnego ocieplenia. Ale przede wszystkim próby odtworzenia wymarłych (bądź wymierających gatunków) mogą być dobre nawet przy działaniu jedynie na poziomie DNA.

Przede wszystkim możliwe jest poprawienie genetycznej różnorodności wśród gatunków zagrożonych wyginięciem. Obecnie w małych populacjach nawet intensywne rozmnażanie niewiele daje, ponieważ chów wsobny przyczynia się do przekazywania np. skłonności nowotworowych. Odbudowanie wymarłej puli genów mogłoby zahamować tę tendencję. Ale to nie koniec. Możliwe byłoby także dokładniejsze zrozumienie ewolucji niektórych zwierząt. Skąd pochodzą, kiedy zostały przez nas udomowione…

Tak, tak – okazuje się, że na klonowanie mamuta nie można patrzeć wąsko, jako na przywrócenie owłosionego słonia. Tak jak w przypadku każdej gałęzi nauki, należy dostrzegać szerokie spektrum potencjalnych zysków (przy jednoczesnym określaniu możliwych ryzyk). Nieważne, czy mówimy o klonowaniu mamuta, GMO czy badaniach na komórkach macierzystych.

Być może nie macie świadomości, że takie prace odtworzeniowe są prowadzone również u nas. Nie, nie klonujemy mamutów. Polscy naukowcy starają się odtworzyć DNA tura. Tego samego, którego ostatnia sztuka padła na terenie Polski w XVII wieku.  Dzięki dość dobrze zachowanemu materiałowi w licznych próbkach badacze zsekwencjonowali sporo fragmentów DNA tego wymarłego zwierza.

Po co to wszystko? Badaczom zależy na potwierdzeniu, że właśnie od tura pochodzi nasze domowe bydło. Obecne teorie mówią, że około sześciu tysięcy lat temu udomowiono tura. Dzikie okazy nie przetrwały do naszych czasów, ale każda krowa czy byk nosi w sobie trochę turzych genów. Gdy jecie stek, to prawie tak, jakbyście zjadali wymarłego przed setkami lat potężnego króla tura…

Takie mniej – więcej myśli kłębiły mi się w głowie, gdy postanowiłem poeksperymentować z wołowiną. Po kilku dawnych, nieudanych próbach, nauczyłem się wreszcie przyrządzać ją inaczej niż w wersji „podeszwa”. Nie jest to nawet takie trudne. I choć sam smak krowiego mięsa jest niepowtarzalny, to dusza eksperymentatora popchnęła mnie do przygotowania marynaty z następujących składników:

  • olej (kiedyś jakaś gotująca celebrytka powiedziała, że olej jest podstawą w marynowaniu i tego się póki co trzymam),
  • dwa starte ząbki czosnku (mogą być oczywiście wyciśnięte, ja miałem tarkę pod ręką),
  • niewielki kawałek startego świeżo imbir (choćby Was kusiło – zetrzyjcie, a nie używajcie wyciskarki do czosnku, można ją popsuć, wiem co mówię…),
  • miód (do dziś nie wiem, czy taki skrystalizowany to naturalny, czy jednak na cukrowej podsypce),
  • kilka kropel sosu sojowego (mniej niż pięć, ten smak potrafi zdominować wszystko).

Tym razem powstrzymam się przed oddawaniem ilości składników według układu SI, bo sam eksperymentowałem według starej, naukowej metody „na oko i się zobaczy”. Całość mieszamy w misce, aż wyjdzie papka o zdecydowanie weselszym kolorze niż przy plackach z groszku.

Ilość, którą przygotowałem, wystarczyła na zamarynowanie dwóch kawałków po 200 g każdy. Nasmarować, zawinąć w folię, wrzucić do lodówki. Można na noc, można na pół dnia. Zależy, kiedy uświadomicie sobie, że zapomnieliście zamarynować wołowinę. Ja przypomniałem sobie w sobotę przed porannym bieganiem.

Gdy już wszystkie smaki w tajemniczy sposób się przenikną, pora na smażenie. Wyjmijcie wołowinę z lodówki, aby trochę się ogrzała – wrzucenie takiej lodowatej na patelnię może nie być najlepszym pomysłem. Samo smażenie jest dziecinnie proste. Około 3 minut z każdej strony. Można trochę dłużej, można krócej. Najlepiej po tych sześciu minutach przekroić mięso i zobaczyć, jak się prezentuje jego wnętrze.

A potem pozostaje już tylko spałaszowanie pysznej krówki, jednocześnie rozmyślając nad losem biednego tura. Który wyginął, ale jednak – w jakiś pokrętny sposób – przetrwał. Aby trafić wprost na mój talerz, w towarzystwie buraczkowego puree.

A Wy, macie jakieś nietypowe sposoby na wołowinę? Piszcie w komentarzach!

  • A teraz wyobraźmy sobie jaki był by biznes na ożywionych, wymarłych gatunkach. Te dopiero co wymierajace też mogły by na tym skorzystać.

    • O, to z pewnością. Ale jeśli ten biznes miałby napędzić badania – to czemu nie?