Wrzegram, albo Instasień

Zauważyłem, że wśród blogerów jest całkiem fajna moda na cykliczne wrzucanie własnych zdjęć z Instagrama na bloga. Nie wiem, czy publikują w ten sposób wszystkie fotki, czy tylko wybrane, ale to dobry sposób, aby pokazać ten fragment swojego sieciowego życia tym, którzy nie robią kwadratowych zdjęć z filtrem.

Jak już pisałem – Instagram przypadł mi do gustu od pierwszej chwili. Zdjęć robię sporo, to dlaczego nie przepuścić je przez kilka filtrów? Poza tym Instagram jest narzędziem znakomicie zaspokajającym moją próżność. Kilka odpowiednich tagów do zdjęcia i w ciągu minuty pojawia się kilka polubień. Jak tu tego nie lubić?

Dlatego zainspirowany działaniami kilku blogerów postanowiłem pokazać wybrane zdjęcia także Wam, moim Czytelnikom. Może przełoży się to na nowe „lajki”? Z przyczyn raczej oczywistych, ograniczę się tylko do ostatniego miesiąca. Jak pomysł się przyjmie, za miesiąc zrobię nowe podsumowanie.

Jeden obraz to tysiąc słów. Ja jednak moje zdjęcia postanowiłem wzbogacić o krótki opis.

Zdjęcie zamieściłem na początku roku szkolnego. Zrobiłem je dzień wcześniej w supermarkecie, potem nieco obrobiłem korzystając z dostępnych na komórkę aplikacji (głównie Aviary). I wyszło takie ciemne zdjęcie z kolorowymi punktami grafitów. Żeby dzieciom nie było za wesoło.

Miejsce, które musiałem znać i widzieć dużo wcześniej, a jednak mam wrażenie, że odkryłem je dopiero przy robieniu tego zdjęcia. Furtka w murze, prowadząca na balkon nad kanałem rzeki. Kto i po co ją otworzył? Za plecami miałem hotel Hevelius (czyli taki gdański drapacz chmurek) oraz plac, na którym zbierają się głównie miłośnicy napojów wszelakich. Tak, jakby ten kanał rozdzielał dwa światy.

Na marginesie – ten plac aż się prosi o uczynienie fajną przestrzenią miejską. Jest nieco na uboczu, ale to prawie gotowe miejsce na mały, tętniący życiem plac miejski.

Dwa zdjęcia zrobione w Warszawie, w lunaparku, do którego wybrałem się z moją siostrzenicą. Ten gigantyczny dmuchany zamek nazywał się „Disney’s World” czy jakoś tak. Patrząc na te monstra zastanawiałem się, co je powstrzymuje przed powstaniem i uczynieniem z ludzkości swoich niewolników. Ale małej to nie przeszkadzało. Widocznie dzieci nie zwracają uwagi na takie szczegóły. Podobnie jak Chińczycy, którzy wyprodukowali to cudo. Swoja drogą – fajnie jest spojrzeć na świat cudzymi oczami. Tak właśnie postacie z bajek Disneya widzą pracownicy w Państwie Środka.

Gdy zobaczyłem ten autobus, w pierwszej chwili pomyślałem, że ktoś wjechał nim w gigantyczną kałużę wybielacza. Polski Bus w bieli wygląda ohydnie. Niczym – cytując z pamięci mistrza Sapkowskiego – jakaś pieprzona dziewica. Znika pazur, znika obietnica szybkiego i komfortowego transportu do Warszawy. Pojawia się wizja pojazdu mocno ekonomicznego, gdzie nie opłaca się nawet malowanie karoserii. Nie ma napojów, nie ma lodów, toaleta jest odpłatna i są wyłącznie miejsca stojące. A wąsaty kierowca w tureckim swetrze puszcza w kółko „Ona tańczy dla mnie”.

Kolejna zabawa z selektywnym barwieniem w Aviary. Miasto Gdańsk ogłosiło na Instagramie konkurs z okazji dnia bez samochodu (czy innego święta państwowego). Wystarczyło wrzucać zdjęcia o tematyce rowerowej i odpowiednio je tagować, aby wygrać przegląd dla swoich dwóch kółek. Wygrał ktoś, kto na jednym zdjęciu pokazał rower i psa. Mój subtelny artyzm nie został doceniony. Życie nie jest sprawiedliwe. Na pocieszenie zostają mi tylko te praktyczne i eleganckie stojaki rowerowe, których coraz więcej jest w Gdańsku.

Zdjęcie z balkonu ostatniego piętra Olivia Tower, gdzie miał miejsce Salon TEDx Gdańsk. To wydarzenie z pewnością umieszczę w podsumowaniu najważniejszych wydarzeń roku, bo po raz pierwszy (i mam nadzieję – nie ostatni) mogłem przemawiać pod szyldem TEDx. Bonusem do tego zaszczytu był niesamowity widok za oknem. Na balkon wyszedłem już po zmroku i telefon nie robił najlepszych zdjęć. Ale to, pokazujące sąsiedni biurowiec, jakoś wyszło. Mając taki widok za oknem chyba chce się przychodzić do pracy.

Zaczęliśmy od nawiązania do szkoły i tak skończymy. Codziennie staram się zrobić jakieś zdjęcie w drodze do pracy. Wyzwaniem jest, aby to nie było codziennie to samo zdjęcie (choć biorąc pod uwagę mijane przez mnie budowy mógłby to być ciekawy projekt). Tego dnia w wyniku niefartownego zbiegu okoliczności uciekł mi autobus. Zamiast bezproduktywnie czekać 20 minut na następny, ruszyłem na drugi wcześniejszy przystanek, mijając po drodze seks – sklep. Ten lokal co jakiś czas zmienia wystawę i stara się, aby była ona nie tylko zabawna, ale i na czasie. Tutaj nawiązanie do szkoły (a może też nieodległego roku akademickiego), połączenie angielskiego z polskim i schematyczny rysunek stworzyło lekko niepokojące, ale raczej zabawne połączenie. Tylko nie wiem, która szkoła ma takie mundurki.

A Wy – korzystacie z Instagrama? Lubicie robić zdjęcia? Podobało Wam się takie podsumowanie? Piszcie w komentarzach lub na Facebooku.