Podróż życia XIII – najsłynniejsza japońska brama na świecie

Jest kilka obrazków, których używa się, ilekroć chce się zilustrować artykuł o Japonii. Neony w Tokio. Skrzyżowanie w Shinjuku. Góra Fuji. Bambusowy las w Arashiyamie. O tym wszystkim jeszcze napiszę lub już pisałem. Ale jest jedno ujęcie, które bezapelacyjnie kojarzy się z Japonią i jest chyba jedną z najczęstszych fotografii, jakie przywozi się z Japonii. Brama tori chramu Itsukushima na wyspie Miyajima, majestatycznie wynurzająca się z morza.

Hiroszima przywitała nas deszczem i postanowiła, że na pożegnanie nas nie zrobi wyjątku. Chroniąc się przed wodą lejącą się za kołnierz, poruszaliśmy się skokami. Do sklepu po prowiant na drogę (dzień bez onigiri dniem straconym – ale o jedzeniu opowiem innym razem). Do tramwaju. Na dworzec – gdzie po zostawieniu bagaży w schowku (nasz ryokan opuściliśmy na dobre) i zjedzeniu śniadania w dwóch żółtych łukach wyruszyliśmy podmiejską kolejką przed siebie. Ku stacji Miyajimaguchi, gdzie czekała nas przesiadka na prom.

Japończycy myślą o turystach, dlatego od dworca do przystani promowej jest zaledwie kilkaset metrów, i to z górki (gdybyśmy jechali tramwajem, byłoby to kilkadziesiąt metrów, ale sama podróż trwałaby pół godziny zamiast kwadransa). Niemniej po drodze natrafiliśmy na ewenement na skalę japońską – nigdzie indziej nie widzieliśmy czegoś takiego w Japonii. Przejście podziemne. Nie – prowadzące do metra. Zwykłe przejście podziemne, jakich w Gdańsku pełno. Japonia jednak wie, że ludzie nie są kretami i nie spycha ich pod ziemię, gdy nie jest to konieczne. Tutaj najwidoczniej było inaczej, choć nie rozumiem dlaczego.

Jak już wspomniałem – padało, a właściwie mżyło. Woda utrzymująca się w powietrzu sprawiła, że brama chramu nie była pięknie widoczna od początku naszego rejsu. Raczej stopniowo wyostrzały się jej kontury, a pomarańczowy kolor nabierał intensywności.

Miyajima to mała wyspa, w większości porośnięta lasami. W zasadzie to tylko świątynia i kilkadziesiąt domów, malowniczo upchniętych u podnóża góry. Przybiliśmy do brzegu i natychmiast trafiliśmy w środek jakiejś procesji. Folklor jak się patrzy. W biegu z przystani promowej wyciągałem aparat, aby nakręcić poniższy film.

Dalej ruszyliśmy wzdłuż wybrzeża, w stronę świątyni. Po drodze mijając kolejną atrakcję wyspy – czyli oswojone sarenki daniele. Zwierzęta, które u nas raczej kojarzą się z płochliwością, tam nie boją się ludzi i pozwalają się głaskać. Oczywiście w zamian oczekując jedzenia. Potrafią z niezwykłym uporem domagać się jakiegoś smakołyku. Gdy zrozumieją, że nic nie dostaną, znudzone odchodzą obierając sobie za cel następnego turystę.

I tak, odganiając japońskich krewniaków Bambiego, dotarliśmy wreszcie do chramu oraz do stojącej w morskiej wodzie bramy.

To jest – stojącej, gdy jest przypływ. A ten zdarza się nieczęsto. To może też tłumaczyć, w jaki sposób wieki temu udało się ustawić tę bramę w wodzie. Zazwyczaj jest tam po prostu mokry piach, takie nieco twardsze błoto. Po którym pielgrzymi i turyści idą w stronę bramy.

Co było robić? Podwinęliśmy nogawki i ruszyliśmy za nimi. W końcu to – według samych Japończyków – jeden z trzech najbardziej wartych zobaczenia widoków w ich kraju.

Na ukrytych zazwyczaj pod powierzchnią wody pąklach oraz dokoła filarów bramy leżało mnóstwo monet. Wrzuconych przez turystów przepływających tam łodzią. Japońskie dzieci miały przednią zabawę zbierając te drobniaki i starając się je wrzucić na najniższą, poprzeczną belkę bramy.

Wzięliśmy ze sobą do Japonii mały woreczek pełen jednogroszówek – ot, tak, żeby móc komuś dać polską monetę na szczęście. Wyjęliśmy po groszu, podrzuciliśmy, monety gładko wylądowały na wskazanym miejscu. Nie rozumiem, co japońskie dzieci w tym widziały. Nasze grosze zapewne leżały tam do następnego przypływu – albo leżą nadal.

Plan zwiedzania był dość napięty, bo musieliśmy złapać prom powrotny, aby zdążyć na pociąg podmiejski i przesiąść się na shinkansen. Miyajima jest jednak tak urokliwa, że postanowiliśmy zajść jeszcze do jednej świątyni. Późniejszym promem też zdążymy. Te małe domki i ściany zieleni zafascynowały nas do tego stopnia, że nawet mżawka nam nie przeszkadzała.

Wszystko co dobre, kiedyś się kończy. To lekcja wyniesiona z pobytu w Kioto. Nasz jednonocny pobyt na południu Honsiu też dobiegł końca. Teraz wydarzenia zaczęły przypominać film puszczony od tyłu. Z Hiroszimy do Osaki shinkansenem. Tam przesiadka na shinkansen do Tokio. Z postojem w Kioto, gdzie po raz ostatni mogłem rzucić okiem na to niesamowite miasto. I dalej na północ.

Drobna dygresja – opisując Japan Rail nie wspomniałem o pewnym szczególe, pokazującym perfekcję Japończyków w podejściu do klienta. Zamawiając JR Pass otrzymuje się mapę głównych linii kolejowych oraz rozkładów jazdy najważniejszych shinkansenów. Na mapce są zaznaczone miejsca, w których warto wyjrzeć przez okno, aby podziwiać zapierające dech w piersiach widoki. Niech się PKP uczy… Oczywiście zaznaczone jest też, gdziem można zobaczyć górę Fuji – a nawet wskazane jest, po której stronie pociągu usiąść. Niestety, jadąc w obie strony jakoś ją przeoczyłem. Najwyraźniej wszystkie bóstwa i demony shinto uznały, że moje barbarzyńskie oczy nie powinny podziwiać Fuji – san.

Gdy w głośnikach usłyszałem „next station – Tokyo”, poczułem delikatne mrowienie na karku. Ale ponieważ już i tak się rozpisałem o mojej podróży, o Tokio nie będę pisał. Po prostu było fajnie i już.

Nie, no żarcik taki. Oczywiście ciąg dalszy nastąpi…

W następnych odcinkach: japońskie jedzenie, japońska obsługa, japońskie noclegi, oraz o budowaniu mostów w poprzek i wzdłuż rzeki.

  • どうもありがとうございました

    Niech żyje wujek Google translator 🙂
    Pogoda kiepska, ale wrażenia gorące.

    • Udało mi się to przeczytać bez Tłumacza! Jeszcze coś tam z hiragany pamiętam:)

      Miyajima to niesamowite miejsce. Chciałbym tam kiedyś wrócić, gdy nie będzie padało, aby pochodzić po tych zielonych wzgórzach. Ale gdyby jednak padało, to też płakał nie będę. Tam można po prostu usiąść i patrzeć przed siebie. To była taka chwila oddechu w bardzo zabieganym dniu (bo wydostanie się z Hiroszimy i podróż do Tokio mieliśmy skrupulatnie zaplanowane).

  • Kama

    Dwie uwagi, bo nie mogę inaczej- to nie są sarenki tylko daniele. Nalezą do jednej rodziny- jeleniowatych, ale to dwa różne gatunki. To tak jakby bizona i żubra wrzucić do jednego worka. I też dlatego daniele dają się głaskać- są łatwiejsze do oswojenia niż sarny.
    I kwestia niezwykle rzadkich przypływów- są tak samo częste jak i odpływy 😉 Dopływając na Itsukushime lub Miyajime, jak kto woli, woda sięgała O-Tori tak jak na popularnych zdjęciach. Po kilku godzinach można było pod nią podejść, tak jak Wy to zrobiliście.

    Pozdrawiam! 🙂

    • Na zwierzakach się nie znam, więc przyjmuję uwagę i poprawiam 🙂

      A co do odpływów i przypływów – wiem, że są tak samo częste. Po prostu mieliśmy pecha, że nasz kilkugodzinny pobyt na wyspie był w czasie, gdy wody akurat nie było. A może to nie pech, a właśnie fuks?