List w butelce i inne media społecznościowe

Lubię sieć. Może czasem bez wzajemności, ale nie zrażam się tym. Lubię ją i to, co ona oferuje. Za ogrom zgromadzonej wiedzy, za szybkość działania, za wszechobecność. I za to, że nie zniszczyła relacji międzyludzkich. Przeciwnie, podtrzymuje je i wzmacnia.

Nie bardzo wiem, jaki przedrostek postawić przed końcówką „-holik”, więc powiem oględnie – jestem fanem mediów społecznościowych. Wszelakich. Był czas, że rejestrowałem się chyba na wszystkim możliwych stronach. Wiele z nich nie przetrwało próby czasu, tak jak Blip. Niektóre nie przetrwały próby mojej pamięci i może gdzieś tam sobie istnieją. Tylko że mnie to już nie obchodzi. Tak, na ciebie patrzę, Flakerze.

Na Facebooka trafiłem, gdy w Polsce nie było jeszcze naszej-klasy. I wtedy nie rozumiałem jeszcze, po co mi to. Potem kilkakrotnie na niego wracałem, porzucałem go. Stwierdzałem, że akurat Google ma lepszą usługę (nieważne, czy był to Wave, Buzz czy Google+). Aż pewnego dnia wróciłem na dobre. Dzień bez lansu na Facebooku dniem straconym.

Co nie zmienia faktu, że na Google+ też tkwię i czasem się tam pojawiam. Cenię sobie dyskusje, jakie tam się toczą, choć ostatnio jakbym mniej ich widział. A to powoli staram się wrócić (po raz kolejny) na Twittera. Chyba z nie najgorszym skutkiem. Może moje wpisy nie trzęsą giełdą, ale całkiem sprawnie idzie mi wyrażanie się w 140 znakach. No i wróciłem na Flickra, bo po drobnych zmianach jest super!

Dzięki nowemu telefonowi odkryłem też kolejne serwisy. Niektóre traktuję tylko jako narzędzie – LubimyCzytac.pl czy Endomondo służą mi jedynie do notowania tego, co robiłem. Ale na przykład Instagram mnie zachwycił.

 

Wprawdzie, jak to ujął mój kolega „czyli…robisz kwadratowe zdjęcia?”, ale co on tam wie! Te filtry są autentycznie fajne i aż się proszą o użycie przy kolejnym zdjęciu kota, hamburgera czy kubka z kawą. poza tym – skoro mam wpis na Facebooku zilustrować fotką, równie dobrze może to być fotka lekko wyretuszowana.

Od kilku tygodni staram się używać Pinteresta, ale tu chyba statystyka jest przeciwko mnie. Zdecydowana większość użytkowników to kobiety, co sprawia, że nie jestem targetem. Nie umiem tego używać, ale jestem otwarty na wszelkie wyjaśnienia.

No i jest jeszcze Foursquare! Nie mam zielonego pojęcia, po co jest Foursquare. Póki co zostaję burmistrzem poszczególnych przystanków komunikacji miejskiej (oraz mojej pracy).

Ale jakiś miesiąc temu odkryłem coś, co bardziej jest projektem artystycznym, niż serwisem społecznościowym. Rando. Dostępne tylko przez telefon komórkowy. Idea prosta jak konstrukcja cepa. Robimy zdjęcie. Zdjęcie trafia do okrągłej ramki. Wysyłamy zdjęcie w świat – wyświetli się tylko u jednego, losowo wybranego użytkownika. W zamian dostajemy jedno zdjęcie od innego, losowo wybranego użytkownika. Można tylko sprawdzić położenie geograficzne.

Nie wiem czemu, ale to wciąga. Lubię patrzeć, gdzie trafiają moje zdjęcia (najczęściej do Korei). I lubię dostawać zdjęcia (najczęściej z Korei – serio, Koreańczycy są silną grupą w Rando). Żadnych „lubię to” czy „udostępnij”. Nawet nie wiem, od kogo konkretnie jest dane zdjęcie. To trochę przypomina listy w butelce. Wrzucam je do morza i ktoś je kiedyś znajdzie. Ja też co jakiś czas wyławiam butelkę i… no właśnie. Czasem mi się spodoba, czasem wyrzucę od ręki.

Najlepsze było, jak raz dostałem zdjęcie napisanego długopisem na przedramieniu „Have a nice day”. Stwierdziłem, że to niezły pomysł. Też to napisałem na kartce oraz dołożyłem adres mojego drugiego bloga. Okazało się, że zdjęcie trafiło… w okolice Gdańska.

Poszczególne serwisy będą się pojawiać i odchodzić, ale Rando zostanie u mnie chyba na dłużej. Nie bawię się tym codziennie, ale raz na jakiś czas lubię wrzucić butelkę z listem do wody. Ot, tak dla podtrzymania relacji z ludźmi.

A Wy – bawicie się w Rando?

Jeśli podobał Ci się ten tekst, polub mnie na Facebooku!