Podróż życia XII – Book Off w Hiroszimie

Hiroszima przywitała nas deszczem. Padało, gdy szliśmy z dworca na tramwaj. Padało, gdy ciągnęliśmy nasze bagaże z tramwaju do tradycyjnego, japońskiego zajazdu, gdzie mieliśmy nocleg. Padało, gdy wyruszyliśmy na zwiedzanie. A potem przestało padać i zaczęło lać.

Hiroszima leży w delcie rzeki, dlatego tamtejsze grunty utrudniają budowę metra. Z tego powodu miasto – w przeciwieństwie do innych japońskich miast – nie zrezygnowało z tramwajów. I to jest pierwsze, co pamiętam z Hiroszimy. Mały tramwaj, stojący na odstawnym torze. Oraz dwuosobowa załoga każdego pojazdu – motorniczy i sprzedający bilety konduktor, ze stanowiskiem pośrodku wagonu.

Ponieważ przyjechaliśmy popołudniem, spieszyliśmy się, aby zdążyć przed zamknięciem muzeum i zamku, które chcieliśmy zwiedzić. Stąd z tramwaju popędziliśmy co sił w nogach do ryokanu, czyli tradycyjnego, japońskiego zajazdu (taki hostel z przesuwanymi ścianami i spaniem na podłodze). A stamtąd – do muzeum poświęconemu bombie atomowej. Dobre planowanie noclegów zaprocentowało – to było raptem kilka minut spaceru.

Jak już pisałem – muzeum zrobiło na nas wstrząsające wrażenie i sami nie wiemy, kiedy zleciał nam w nim czas. Skutkiem tego zrezygnowaliśmy ze zwiedzania zamku i bez pośpiechu, w silnym deszczu, podziwialiśmy park, szukaliśmy hipocentrum i rozmawialiśmy o horrorze, który spotkał to miasto.

A potem oczywiście zanurkowaliśmy w wąskie uliczki w poszukiwaniu czegoś do jedzenia i wieczornych atrakcji. Niestety, poza olbrzymim, zadaszonym pasażem handlowym, nie udało nam się nic znaleźć. Postanowiliśmy więc wrócić do naszego ryokanu – tym bardziej, że następnego dnia czekała nas wczesna pobudka i dalsza podróż.

Gdy już dochodziliśmy do zajazdu (co poznałem po kładce przerzuconej nad ulicą oraz niesamowicie wąskich przystankach tramwajowych), wpadł nam w oczy Book Off. Przyjemność, której nie mogliśmy sobie odmówić.

Book Off najprościej przyrównać do naszych antykwariatów, ale byłoby to porównanie niepełne. Book Off to sieć sklepów, sprzedających używane książki, komiksy, płyty z muzyką, filmy, gry komputerowe… W każdym razie tak wyglądał Book Off, który był niedaleko naszego mieszkania w Kioto. Abyście mieli jednak świadomość, o czym mówimy, wyobraźcie sobie te wszystkie dobra zgromadzone w pomieszczeniu powierzchni średniego Empiku. A to pomieszczenie jest jednym z dwóch pięter.

Mówimy o całej masie używanych dóbr kultury, sprzedawanych po śmiesznie niskich cenach. Książka potrafi kosztować sto jenów. Czyli około trzech złotych. Polski instynkt zadziałał bezbłędnie – jak jest promocja, to trzeba skorzystać. W Kioto kupiliśmy np. kilka książek disnejowskiego Kubusia Puchatka, oczywiście po japońsku. Do tego kilka innych pozycji, podręczników do nauki języka, kilka książek po angielsku. Nie wiem, jak to się działo, ale zawsze jeszcze dostawaliśmy rabat – rzędu 50%.

Book Off w Hiroszimie był większy. Miał trzy albo cztery piętra. I oferował o wiele więcej. Nie tylko używane gry, ale też używane konsole. Telefony komórkowe. Zegarki. Biżuterię. Torebki. Wszystko oczywiście w prawie doskonałym stanie, bo Japończycy dbają o swoją własność. Musieliśmy wejść – nawet jeśli nie na zakupy, to dla zobaczenia tego cuda.

Ten Book Off faktycznie był inny. W dziale z torebkami zauważyłem słynne logo LV. W zegarkach męskich – Omega, Rolex, Breitling. Przeceniona biżuteria obejmowała na przykład Tiffany’ego czy Cartiera. Wszystko oryginalne (w Japonii walczą z podróbkami). Pomimo przecen oczywiście wszystko było poza moim zasięgiem, ale… gdyby stwierdził, że chcę wcześniej świętować urodziny (oraz Boże Narodzenie), to powrót do Polski z wymarzoną Omegą nie byłby taką wyrwą w budżecie, jak kupno jej w kraju.

Stałem i podziwiałem te wszystkie cudeńka, a dokoła mnie rozbrzmiewał wielogłos sprzedawców, witających i żegnających klientów. O poziomie japońskiej obsługi będzie osobny wpis, ale w skrócie – gdy ktoś wchodził do sklepu, najbliższy mu pracownik głośno i wyraźnie krzyczał konbanwa (dobry wieczór). Ten okrzyk podejmował następny sprzedawca, stojący już nieco dalej. I następny. I następny… Powitania, pożegnania roznosiły się falami po całym sklepie. A ja stałem i stwierdziłem, że Omega jeszcze nie, ale Nautica?

Pozostało mi tylko sprawdzić ceny tego zegarka w Polsce. Co mogłem uczynić jedynie korzystając z wi-fi w zajeździe. Gdy tam dotarliśmy, było już za późno, aby wracać do sklepu. A następnego dnia rano moja wyprawa na zakupy mogłaby opóźnić całą podróż. Zacząłem jednak dedukować. Skoro w małym, przytulnym Kioto były tylko książki i muzyka, a w nieco większej Hiroszimie były takie skarby, to co będzie mnie czekać w Tokio? Wystarczy tylko znaleźć tam Book Off i kupię sobie upatrzoną Nauticę.

Nie będę Was trzymał w niepewności. Book Off w Tokio znajdował się w słynnej, elektrycznej dzielnicy Akihabara. I nie sprzedawał zegarków. Ale wtedy tego jeszcze nie wiedziałem.

Po zjedzeniu kolejnej uczty z gotowych dań, nabytych w całodobowym sklepie na rogu, układaliśmy się do snu na materacach, leżących na podłodze. Następnego dnia mieliśmy wreszcie wrócić do Tokio. Ale najpierw czekał nas jeszcze jeden punkt obowiązkowy.

Za oknem deszcz bębnił o wszystko, na co tylko udało mu się spaść.

Ciąg dalszy nastąpi…

W następnych odcinkach: sarenki, ostatnia podróż shinkansenem i niesamowicie miły Japończyk. Oraz panda.

  • btth

    haha, mieliśmy podobnie. upatrzyliśmy sobie śliczną figurkę mangową w yellow submarine w hiroshimie, po czym stwierdziliśmy, że nie będziemy jej targać jeszcze 2 tygodnie w plecakach, a nuż jej się coś stanie, i kupimy ją w sklepie tej sieci w Tokyo. potem naszukaliśmy się jej parę dni w stolicy, oczywiście ze skutkiem marnym… wniosek: w hiroshimie jest wszystko 🙂

    • Szukam kogoś, kto jedzie do Hiroshimy 🙂 Albo kogoś, kto zafunduje mi bilet… Prawda jest taka, że tamten Book-Off był chyba największym z tych, do których trafiliśmy.

  • Pingback: Weekendowy wypad: Hogwart – MrCichy()