Słomiany wdowiec gotuje, czyli… placki ziemniaczane bez ziemniaków

Eksperymenty kuchenne. To mnie kręci. Gdybym nie był tym, kim jestem, zapewne walczyłbym już o trzecią gwiazdkę Michelina. Zwykły przepis jest dla mnie ograniczeniem, dlatego zazwyczaj łącze kilka przepisów, po czym coś wyrzucę, coś dodam… a potem muszę to zjeść. Zazwyczaj nie jest źle. Zazwyczaj robię to dobrowolnie. Zabawa zaczyna się, gdy eksperymentuję z przymusu.

Gdy poprzednio raz zostałem słomianym wdowcem, przytrafiły mi się pewne – nazwijmy to – niecodzienne przygody. Gdy więc ponownie wpadłem w ten jakże błogi stan, postanowiłem: dość z życiem na krawędzi. Jestem statecznym mężczyzną i nie wypada mi uciekać do Meksyku przed karą za zabicie prostytutki.

A ponieważ tamta historia zaczęła się od zamawiania pizzy na telefon, najprościej było wyeliminować pierwsze ogniwo łańcucha. Żadnego żarcia na telefon. Sam coś ugotuję. Nawet wiedziałem, na co mam ochotę – na placki ziemniaczane. Kwestią do wyjaśnienia pozostawało, jak je zrobić, ale to żadne problem. Książek kucharskich (i blogów kulinarnych) mam pod dostatkiem – kuchnia nie ma przede mną tajemnic.

Jedną miała. Po krótkich poszukiwaniach doszedłem do wniosku, że nie mam ziemniaków.

Wyprawa do sklepu była zbyt ryzykowna – obiecałem sobie przecież, że będę unikał przygód. Poza tym brak ziemniaków nie był problemem. Był wyzwaniem. A ja postanowiłem się z nim zmierzyć. Szybki przegląd szafek i lodówki i po chwili na blacie kuchennym wylądowały takie składniki.

Z góry przepraszam za taką jakość zdjęć. Dopiero zaczynam jako blogerka* kulinarna.

Są to typowe składniki na placki ziemniaczane według przepisu z książki kucharskiej dołączonej do naszego robota kuchennego. Z tą różnicą, że ziemniaki zamieniłem na groszek konserwowy. Chwytajcie za długopisy i notujcie:

  • trzy puszki groszku (to jest ok. 750 g),
  • jedna średnia – a może duża – cebula (i niech mnie kule biją, jeśli znam jej gramaturę),
  • dwa jajka,
  • mąka (coś koło 40 g),
  • płatki owsiane (jakieś 25 g),
  • sól i pieprz w ilościach niewielkich, tylko do smaku.

Spostrzegawczych zadziwić może brak soli i mąki na powyższym zdjęciu, ale zastanówcie się – białe na białym?

Wszystkie składniki wrzucamy do robota kuchennego. Cebulę można obrać, jajka można oddzielić od skorupek. W sumie groszek też będzie dobrze wysypać z puszki.

Całość miksujemy na papkę – najlepiej włączcie jakieś wysokie obroty i wyjdźcie z kuchni na minutę. Albo, jeśli cenicie sobie oszczędność czasu, możecie poszukać patelni i oleju. Efekt końcowy pracy robota powinien wyglądać tak, jak na zdjęciu poniżej (tylko bardziej zielony – oświetlenie w mojej kuchni pożyczyłem z kostnicy, stąd ta bladość na zdjęciach).

OK, składniki zmielone, patelnia wyjęta, olej na niej rozgrzany – pora na smażenie. Jeśli dacie mniej mąki, albo trzy jajka zamiast dwóch, całość zapewne ładnie wyleje się na patelnię. Ja musiałem strzepywać z łyżki takie placki.

Nie zapominajcie o oleju, bo to grozi przypaleniem placków (co też złe nie jest).

I już – gotowe. Miejscami na powyższym zdjęciu widać nawet, że owe placki są zielone. Eksperyment udany – placki ziemniaczane z groszkiem zamiast ziemniaków smakują wybornie. Ja już wiem, że będę je robił dalej. A raczej – że będę z nimi eksperymentował.

A przy okazji – zostałem blogerką kulinarną. Podoba Wam się taka moja rola? A może też lubicie eksperymentować lub macie jakieś pomysły na nietypowe potrawy dla mnie? Piszcie w komentarzach.

* Forma żeńska jak najbardziej zamierzona – zawsze na FB widzę tylko zaproszenia na spotkanie blogerek kulinarnych. To trochę jak z ogłoszeniami o pracę, w których poszukiwana jest księgowa albo ekspedientka. Seksizm w najczystszej postaci, ale nie będę z nim walczył. Od dziś mogę chodzić na takie spotkania.