Podróż życia X – czego nie widziałem w Kioto

W Kioto niesamowite było to, że cały czas miało się wrażenie przebywania w małym, prowincjonalnym mieście. Które miało blisko 1,5 mln mieszkańców. Ta swojskość była bardzo przyjemna. Niestety, wszystko co dobre, kiedyś się kończy.

Przyjeżdżając do Kioto, mieliśmy wielkie plany. Chcieliśmy tyle zobaczyć! I faktycznie – udało nam się sporo zobaczyć (chyba czytaliście poprzednie wpisy?), ale… no właśnie. Został nam w Kioto tylko jeden dzień, a nasza lista „Miejsca, które koniecznie musimy zobaczyć, no, chyba że się nie uda” nadal miała sporo niewykreślonych pozycji. Mieliśmy pojechać do pierwszej stolicy – Nary, zobaczyć Kobe, odbudowane po trzęsieniu ziemi. Chcieliśmy wrócić do Osaki i wjechać na taras widokowy koło dworca. Chcieliśmy odwiedzić zamek ninja, w niedalekiej miejscowości. No i w samym Kioto pozostały dwie największa atrakcje – Złoty Pawilon i Srebrny Pawilon. Tyle punktów i tylko jeden dzień. Jak to pogodzić?

Najprościej. Zrezygnować z oglądania tego wszystkiego i znaleźć coś nowego. W ten sposób wybraliśmy się do Fushimi, dzielnicy Kioto, aby zobaczyć pewien bardzo charakterystyczny chram shinto, poświęcony bóstwu Inari. Jest ono odpowiedzialne za ryż, płodność, powodzenie i przemysł. W całej Japonii jest mu poświęconych około 32 tysięcy chramów (licząc tylko te obsadzone kapłanami). Ten w Fushimi jest główną świątynią.

Tu jedna istotna informacja o chramach shinto. Ich charakterystyczną cechą są bramy torii, przez które należy przejść, aby dotrzeć do świątyni. Z najsłynniejszą z takich bram jeszcze się spotkamy – w Miyajimie. Ale zasadniczo każda z nich wygląda dość podobnie.

Czasem są tez malowane na pomarańczowo – i to jest jedyny kolor, w jakim je widziałem (pomijając naturalne barwy). Torii są często stawiane przez wiernych jako wota. Prowadzi to do sytuacji, jaką widzieliśmy na przykład w Kioto, gdzie bramy stoją prawie jedna za drugą.

Wracając zaś do Fushimi, podsumujmy – Inari jest bóstwem opiekuńczym dla przemysłu i powodzenia. Odpowiada też za pieniądze. Fushimi jest główną świątynią Inari w Japonii. Bramy torii mogą być stawiane przez wiernych. Naturalnym jest więc, że wielu przemysłowców stawia sobie za cel postawienie swojej bramy w Fushimi. Bardzo wielu przemysłowców.

Dziesiątki tysięcy.

Posłańcem Inari jest lis, stąd liczne jego przedstawienia w świątyni. Nawet tradycyjne tabliczki, na których zapisuje się prośby, mają kształt lisiej głowy.

Ale i bez lisów ta świątynia zapiera dech w piersiach. Jak okiem sięgnąć, wszędzie ciągną się pomarańczowe bramy. Można przez nie przechodzić i przechodzić – a one się nie kończą.

Oczywiście nie ma pełnej dowolności. Bramy stawiane są za zgodą świątyni i po uiszczeniu opłaty według wywieszonego cennika.

Chram Inari to główna atrakcja Fushimi, nie dziwi więc, że nawet dworzec kolejowy ma pomarańczowe elementy.

Wracając do domu zaszliśmy jeszcze do jednej buddyjskiej świątyni, którą mijaliśmy codziennie, a nie mieliśmy czasu nigdy do niej zajrzeć.

I tak upłynął nam ostatni dzień w Kioto. Prawdą jest, że trochę na własną prośbę go sobie skróciliśmy, ale zazwyczaj późno wracaliśmy do domu i późno z niego wychodziliśmy. A przecież trzeba się jeszcze spakować, kupić pamiątki i zaplanować dalszą podróż! W naszym przypadku oznaczało to sprawdzenie połączeń do Hiroszimy tak, aby możliwy był krótki postój w Himeji, mieście z najpiękniejszym zamkiem w Japonii. Okazało się, że shinkanseny nie są zbyt dobrze dostosowane do naszego pomysłu… Ale szybki rzut oka do sieci pokazał nam, że sam zamek jest obecnie w generalnym remoncie, część powierzchni jest niedostępna, a główna wieża jest zasłonięta rusztowaniem. To ułatwiło sprawę.

Następnego dnia rano przyszło nam pożegnać się z fantastycznym miastem, jakim było Kioto. Z tymi zacisznymi uliczkami, tysiącem świątyń i taką prowincjonalną atmosferą – przypadło nam do gustu. Po prostu dobrze się tam czuliśmy. Ale przyszedł czas rozstania i od tej pory mieliśmy oglądac już tylko wielkie, nowoczesne miasta.

Po raz ostatni przeszliśmy trasą z naszego japońskiego mieszkania na nowoczesny dworzec. Odnaleźliśmy peron, z którego odjeżdżał pociąg do Osaki – tam czekała nas przesiadka na kolejny ekspres i kilka godzin jazdy do Hiroszimy. Co nas tam czeka? Czy spodoba nam się tam tak bardzo, jak w Kioto? Czy uda nam się wszystko zobaczyć?

Punktualny jak zawsze shinkansen bezszelestnie podjechał na swoje miejsce. Zanim zdążyliśmy zająć miejsca, pociąg ruszył i już wkrótce pędził 300 km na godzinę.

Kioto zostało za nami.

Ciąg dalszy nastąpi…

W następnych odcinkach: Hiroshima wita nas najpierw deszczem, a następnie ulewą. Śpimy na podłodze. A potem… potem zaczyna się szaleństwo.