Podróż życia IX – noc w Gion

Zmierzch powoli nadciągał nad dzielnicę gejsz. Ale my byliśmy tam pierwsi. Zagłębiliśmy się w labirynt małych uliczek, starając się dostrzec chociaż jedną z pań do towarzystwa.

Gejsza nie jest prostytutką. To jedna z podstawowych informacji, jakie pojawiają się przy omawianiu tematyki gejsz. Więc ja tez nie będę się wyłamywał. Ludziom zachodu hasło „pani do towarzystwa” kojarzy się jednoznacznie. Ale dla takich estetów jak Japończycy miłe spędzanie czasu nie musi oznaczać tylko seksu.

I właśnie po to narodziły się gejsze.

Co ciekawe – pierwotnie gejszami byli mężczyźni. Bo gejsza to zbitek słów gei (sztuka) i sha (osoba). Mówiąc w skrócie – artysta. Gejsza ma spore umiejętności artystyczne – potrafi pięknie tańczyć, śpiewać, grać na instrumentach. Zna się na ikebanie i kaligrafii. Potrafi zabawiać rozmową. No i i jest ekspertem w zakresie ceremonii parzenia herbaty, czyli typowo japońskiego rytuału.

Spędzenie wieczoru z gejszą – to niemały wydatek, na który stać tylko zamożne grupy. Dlatego tak nam zależało na upolowaniu prawdziwej gejszy choć na ulicy. Krążyliśmy po deszczowym Gion, ale nigdzie nie było widać choćby skrawka kimona. Wydawało się, że będziemy musieli odejść z niczym.

I wtedy przypomniała nam się kolejna ulotka z informacji turystycznej, reklamująca teatr „Gion Corner”. Według ogłoszenia, można było tam zobaczyć taniec prawdziwej gejszy! Pozostało nam już tylko odnaleźć ten teatr. Co – na szczęście – okazało się być nie takie trudne.

Szczęście było podwójne, bo pojawiliśmy się w teatrze akurat o takiej porze, aby zdążyć kupić bilety na wieczorne przedstawienie. Okazało się, że „Gion Corner” to nei tylko gejsze, ale też szeroko rozumiana japońska kultura. W trakcie spektaklu zaprezentowano (w skróconej formie) ceremonię parzenia herbaty. Pokazano sztukę układania kwiatów. Zagrała tradycyjna, japońska orkiestra. Były też dwa spektakle. Jeden – to był teatr lalek. Drugi – to ludowa komedia, o panu, który podstępem związuje swoich dwóch służących, aby nie wypili jego sake. Służący oczywiście radzą sobie z tym problemem, pojąc siebie nawzajem. Za co dostają od pana w skórę.

Wiecie co? Na żywo to było śmieszniejsze. Musicie pojechać do Kioto i sami to zobaczyć.

Kulminacją przedstawienia był taniec młodej maiko, czyli uczącej się gejszy. Tego nie ma co opisywać, to trzeba zobaczyć.

Z teatru wyszliśmy oczarowani. Na zewnątrz było już zupełnie ciemno i szanse na zobaczenie choć jednej gejszy spadły do zera, ale to nie było ważne. Widzieliśmy gejszę w teatrze. Tańczyła dla nas. To była taka tradycyjna Japonia w pigułce.

Noc była jeszcze młoda, a my odpoczęliśmy po długim spacerze z Johnnie Walkerem. Więc postanowiliśmy powłóczyć się nocą po Gion. Bez oczekiwania na spotkanie oko w oko z gejszą, ale za to z olbrzymią chęcią na chłonięcie atmosfery tego historycznego miejsca.

Niedaleko Gion przepływa rzeka. A za rzeką leży centrum Kioto. Ruchliwa, tętniąca życiem ulica – oraz cała sieć małych, uroczych uliczek, pełnych restauracji i knajp. Postanowiliśmy, że zjemy sobie kolację w jednej z restauracji – najlepiej takiej z widokiem na rzekę.

Po chwili uświadomiliśmy sobie, że nasz zapas gotówki nie jest nieograniczony. Ale to nas nie zniechęciło.

W najbliższym konbini (convinient store – czyli sklep całodobowy, o nich też będzie osobny wpis) postanowiliśmy kupić jakieś danie. A co może być bardziej japońskie od sushi? Zaopatrzyliśmy się więc w dwa gotowe zestawy, które w smaku nie ustępowały niczym tym, jakie można u nas dostać w restauracjach. Do tego kupiliśmy pepsi z automatu. W półlitrowej puszce. Japonia to taki kraj, gdzie pepsi jest w puszkach półlitrowych, a piwo – w 0,3. Odwrotnie niż u nas.

Uzbrojeni w takie smakołyki usiedliśmy na trawiastym pagórku, znajdującym się na placu zabaw obok rzeki. Na drugim brzegu wyświetlano jakieś animacje, których nie miał kto oglądać – bo deszcz, bo późna pora, bo to była tylko próba. Więc siedzieliśmy, konsumowaliśmy i po raz kolejny docierało do nas, że jesteśmy w Japonii. Nie myśleliśmy o tym, jak wydostać się z owego labiryntu ulic i wrócić do domu. Nie przejmowaliśmy się deszczem. Nic nie mogło nam zepsuć humoru.

Byliśmy w Japonii. Marzenie się spełniło. Przygoda trwa dalej.

Ciąg dalszy nastąpi…

W następnych odcinkach: bramy. I następne bramy. Oraz jeszcze więcej bram. Będzie z kilka tysięcy. A do tego: luksus, twarda podłoga i małe pokoje.

PS: Tej nocy miała miejsce jeszcze jedna uczta. Już w naszym mieszkaniu. Obejrzyjcie, posłuchajcie. I nie wierzcie we wszystko, co mówią w sieci – wcale nie było takie dobre…