Handlowałem kobietami

Są książki, które każą nam inaczej spojrzeć na otaczający nas świat. Które pozostawiają czytelnika w głębokiej zadumie, a nierzadko też smutku. A gdy jeszcze jest to reportaż, nie potrafimy uwierzyć, że to wszystko wydarzyło się naprawdę.

Początek tego wieku. Słoneczna Hiszpania. Jeden dziennikarz śledczy, stawiający na szali całe swoje życie. I handel seksualnymi niewolnicami. Tak w skrócie można streścić książkę Antonio Salasa „Handlowałem kobietami”. Aby zrozumieć, skąd ten tytuł, należy przyjrzeć się sylwetce autora.

Salas to fikcyjne nazwisko hiszpańskiego dziennikarza śledczego, który specjalizuje się w infiltrowaniu opisywanych środowisk. Jednak tematami jego reportaży nie są filateliści albo rybacy. Zaczął mocno, od środowisk hiszpańskich skinów (książka „Dziennik skina”), narażając się nacjonalistom, kibolom i zapewne jeszcze kilku innym grupom, które z chęcią widziałyby go martwego w rowie. Ostatnim dziełem Salasa jest przeniknięcie w struktury palestyńskich terrorystów – a więc wkurzenie kolejnych niebezpiecznych ludzi.

W książce, która wpadła mi w ręce, Salas wszedł w środowisko alfonsów i handlarzy ludźmi. Udowodnił, że na początku XXI wieku, w europejskim kraju, możliwe jest kupienie człowieka. A właściwie całej grupy ludzi. Opisuje szczegółowo mechanizmy wyszukiwania towaru (na przykładzie ubogich kobiet z Afryki) i szlaki przerzutowe. Pokazuje sposoby zmuszania do nierządu – bazujące na konieczności spłaty długu (czyli ceny zapłaconej za kobietę) oraz czarach wudu.

Autor rozmawia też z prostytutkami. Poznaje ich historie, stara się im czasem pomóc. Zaprzyjaźnia się z nimi. Ale przede wszystkim wykorzystuje je jako źródło olbrzymiej wiedzy o seksbiznesie. To właśnie ta wiedza pozwala mu dobrze odgrywać swoją rolę. A przy okazji odkrywa, że swoje ciała sprzedają nie tylko anonimowe kobiety. Także celebrytki świadczą tego typu usługi – oczywiście za odpowiednio wyższą cenę. I bez przymusu.

To nie jest szybka powieść sensacyjna. Nie jest to też powieść z happy endem. To podróż w mrok, gdzie kobieta jest towarem, a mężczyźni to bestie. To zapis zagłębiania się w funkcjonowanie jednej z najbardziej dochodowych gałęzi mafijnego biznesu. Świadomość, że na kilku ujawnionych w książce handlarzy pojawią się kolejni, z zastępami nowych kobiet, nie poprawia humoru.

Przeszkadza też trochę protekcjonalny ton Salasa. Rozumiem, że obserwując to wszystko, mógł stracić wiarę w człowieczeństwo. Ale przecież nie spisywał tego na gorąco, mógł nieco ochłonąć. Tymczasem pod adresem alfonsów, a także wspominanych tu i ówdzie dawnych znajomych skinów, wylewa się rzeka pogardy. Plus rzucona od czasu do czasu chęć mordu, którą autor tylko cudem powściągnął.

Niemniej „Handlowałem kobietami” to książka, którą warto przeczytać. Trzeba tylko przygotować się psychicznie na niezbyt miłe wrażenia. Bo takie historie dzieją się nie tylko w Hiszpanii, ale zapewne też w Polsce. A świadomość tego zmusza do niewesołej refleksji nad kondycją nowoczesnego ponoć społeczeństwa.

Grafika: GABRIELAGOGONEA, licencja CC 3.0.