Podróż życia VIII – Johnnie Walker

Ostatni raz w naszej podróży udało nam się uciec przed nocą z Osaki. Do opuszczenia Kioto zostało jeszcze kilka dni. A my – choć widzieliśmy sporo – nadal nie zboczyliśmy poza trasę dom – dworzec. Przyszła pora to zmienić.

Zwiedzać obce kraje na własną rękę można w dwojaki sposób. Można albo chłonąć atmosferę miejsca, albo ganiać od zabytku do zabytku, póki sił i ochoty starczy. Ten drugi sposób też ma dwa warianty.

Jedni chodzą z książkowym przewodnikiem po wąskich uliczkach, starając się odnaleźć „ten słynny dom, w którym urodził się ten słynny pan, co to wiecie”. Całość przypomina nieco imprezę na orientację, a po kilku godzinach kark wysiada od patrzenia w dół (do książki) i do góry (na elewacje budynków). Drudzy wzorują się na Wojciechu Cejrowskim i wynajmują sobie Indianina do przeprowadzenia przez dżunglę (również betonową). Ponieważ nasz papierowy przewodnik do najlepszych niestety nie należał (na przykład nie mówił nic o małpach w Arashiyamie), pozostało nam tylko znaleźć jakiegoś Indianina. Długo nie trzeba było szukać.

Wśród ulotek zgarniętych z informacji turystycznej na dworcu naszą uwagę przykuła jedna, reklamująca spacer po Kioto z anglojęzycznym przewodnikiem. Zbiórka w określone dni tygodnia, o wskazanej godzinie, koło fontanny przed dworcem. Cena przystępna. Idziemy.

Na miejscu zastaliśmy grupkę niezwiązanych ze sobą amerykańskich turystów oraz jednego starego, pomarszczonego Japończyka w zielonym kapeluszu. Przewodnik przedstawił się jako Johnnie, a ponieważ jest przewodnikiem pieszym, to dodał sobie pseudonim „Walker”. Takie japońskie poczucie humoru. Chyba jedyny raz podczas naszego pobytu w Japonii nie trzymaliśmy się sztywno czasu rozpoczęcia, ale wynikało to ze zwykłej świadomości Johnnie’ego. Gaijin* przecież może nie wiedzieć, co to punktualność.

Gdy wyruszyliśmy, poprzez tunele i wąskie uliczki, mijając dwie zlikwidowane szkoły (demografia jest nieustępliwa) dotarliśmy do jednej z najważniejszych świątyń buddyjskich, gdzie nasz przewodnik przybliżył nam rewolucyjne założenia tej właśnie odmiany buddyzmu – piekła nie ma, wszyscy idą do nieba. I to było wszystko. Wszelkie pytania ze strony grupy („a co z karmą?”, „po co być w takim razie dobrym?”) zbywał krótkim „we all go to heaven”. Prostota tego systemu oświeciła mnie do tego stopnia, że byłem w stanie nawet przetłumaczyć ustawione w różnych miejscach świątyni tablice.

Jankesi nie wiedzieli, o co tu chodzi, a ja wiedziałem. A przecież to oczywiste… Uważaj na stopień.

Ze świątyni udaliśmy się do lokalnego muzeum. Tam można było podziwiać olbrzymia fotomapę Kioto i zabawić się w „znajdź swój dom na zdjęciu”.

Johnnie nakazał nam usiąść na podłodze i zaczął snuć opowieść o dawnych czasach. O pięknych gejszach, biegłych w sztuce umilania czasu. O potężnych szogunach, władających Japonią. O honorowych samurajach, służących swoim panom. O kwiatach wiśni, które kontempluje się wiosną i…

OK, nie mam pojęcia, o czym mówił. Usnąłem. Tak mam, jak siedzę nieruchomo, w cieple, słuchając kojącego głosu. Obudził mnie nagły ruch – wszyscy wstawali i szykowali się do wyjścia. Zdążyłem tylko zauważyć, że siedząca obok mnie Amerykanka też odpłynęła w objęcia Morfeusza.

– Ciekawe było to, o czym mówił – Najukochańsza pojawiła się obok niczym ninja.

– Yhmm – kilka chwil po przebudzeniu moja elokwencja i umiejętność operowania aparatem mowy są na rażąco niskim poziomie.

– Spałeś?

Pokiwałem głową, uznając, że wypieranie się nie ma sensu.

– Potem Ci wszystko powtórzę – powiedziała Żona.

Nie powtórzyła.

Tymczasem wyruszyliśmy na spotkanie z tradycyjnym Kioto. Johnnie prowadził nas po coraz węższych uliczkach i pokazywał przeróżne warsztaty na przykład ręczną produkcję wachlarzy, staruszka zdobiącego porcelanę. Czy wreszcie cukiernię, wytwarzającą kolorowe łakocie.

Spacer przetykany był opowiadaniem o japońskiej religijności, będącej oryginalną mieszanką tradycyjnego shinto i napływowego buddyzmu. Otóż shinto nie dba o zmarłych, więc życiem pozagrobowym zajmuje się buddyzm. Normą jest ślub shinto i buddyjski pogrzeb. Nie ma w tym żadnej sprzeczności, obie religie pokojowo koegzystują, a Japończycy po prostu poszerzyli shintoistyczne wielobóstwo o Buddę. I modlą się bez względu na świątynię.

Johnnie pokazywał buddyjskie kapliczki z pewnym popularnym w Azji symbolem, który dla kultury zachodniej zupełnie zniszczył jeden Austriak…

Zaszliśmy na japoński cmentarz, gdzie rodzina zmarłego spotyka się zwyczajowo co kilka lat, prosząc kapłana o sporządzenie pamiątkowego zapisu z takiego zjazdu. Kapłan, po pobraniu stosownej opłaty, wypisuje datę i szczegóły spotkania na listewce, którą umieszcza się przy grobie. Dlatego japońskie cmentarze wyglądają jak sklepy z nartami.

Odwiedziliśmy też świątynie shinto. Tam Johnnie zaprezentował, jak należy się modlić, aby bóstwo mieszkające w danym chramie zwróciło na nas uwagę. Trzeba hałasować. Stąd klaskanie i dzwonienie przed rozpoczęciem modłów. Istotne są też ofiary na rzecz świątyni – to zawsze daje przychylność bóstwa (Buddy też). Tradycją jest wrzucanie drobnych do skarbon ustawionych w świątyniach. Można też ufundować świątynny lampion. Nasz przewodnik tak zrobił. A że jest pragmatykiem, zamiast bezsensownej modlitwy umieścił na nim swoją reklamę.

Gdy tak byliśmy zanurzeni w japońskiej religijności i tradycji, Johnnie pokazał nam puste miejsce po jednym budynku.

– A tu była pierwsza siedziba Nintendo – zaczął – ale z czasem była za mała, więc przeprowadzili się do kamienicy obok.

I faktycznie, na domu obok była pamiątkowa tablica. Dziś siedziba wielkiego producenta gier jest na południe od dworca w Kioto (my poruszaliśmy się na północ). A obecni właściciele historycznego domu starają się ze wszystkich sił zapewnić sobie spokój od natarczywych fanów.

Wycieczka powoli dobiegała końca. Jeszcze tylko jedna wąska uliczka i dom „tego znanego artysty, grafika, co to wiecie”. Dokładnie taki sam, jak tuziny innych domów wcześniej i później.

– Johnnie, a po co taka wiązka zawieszona koło drzwi?

– Odpędza zarazy – odparł zdecydowanie przewodnik i tak zahaczyliśmy o japońskie zabobony.

Pan Walker wyjaśnił przy tej okazji, dlaczego przy tylu domach widzieliśmy leżące butelki z wodą. Faktycznie, zwróciły moją uwagę, bo – pomijając jeden stos worków ze śmieciami, przygotowany do wywózki – Kioto to niesamowicie czyste miasto. A tu na każdym rogu walały się plastikowe butelki.

– To po to, aby psy nie sikały – powiedział Johnnie, zostawiając nas i Amerykanów w sporym zdziwieniu. Jak ktoś z Was ma psa, niech proszę przetestuje ten sposób.

I tak dotaliśmy do dużego skrzyżowania, gdzie przyszlo nam się pożegnać z naszym Indianinem. Przeprowadził nas przez dżunglę małych, drewnianych chatek, za co serdecznie mu podziękowaliśmy (kilak ukłonów załatwiło sprawę). A na koniec Johnnie dał nam dobrą radę – wystarczy pójść trochę ulicą w górę i dociera się do przepięknej świątyni na wzgórzu.

Świątynia? Czemu nie. Dwa onigiri (obłędna przekąska, o której napiszę przy okazji japońskiej kuchni) później wspinaliśmy się stromą ulicą. I uwierzcie mi, „wspinaliśmy się” nie jest określeniem przesadnym. Ulica przerodziła się w uliczkę, a następie w deptak. Z tłumami turystów i pielgrzymów oraz szkolnych wycieczek. Nie zabrakło też miejscowych ubranych w tradycyjne kimona.

Po wyczerpującej wspinaczce wreszcie dotarliśmy na szczyt. Kiyomizudera. Zabytkowy zespół świątynny górujący nad Kioto. Pagody, bramy, dziewczyny w kimonach…

…i ten widok. Który byłby jeszcze lepszy, gdyby nie deszczowe zachmurzenie. Ale do tego już się przyzwyczailiśmy.

Stwierdziliśmy, że na dziś dosyć świątyń i zwiedzania, pora wracać. Wystarczyło tylko zejść z góry, przekroczyć rzekę i przemaszerować ćwierć Kioto. Pestka. Tylko szybki rzut oka na mapę…

– Zejdziemy tą ulicą, skręcimy w prawo, następnie – palec zatrzymał się nad jednym napisem.

Spojrzeliśmy po sobie, a następnie w niebo. Między nami, a naszą kwaterą, leżało Gion. Historyczna dzielnica gejsz. Zanim tam dojdziemy, zapewne będzie już wieczór. Pora, gdy gejsze wychodzą na ulice.

Złożyliśmy mapę, sprawdziliśmy zapasy i stan naładowania baterii w aparacie. Po czym, niczym para lwów idąca na łowy, niespiesznym krokiem zaczęliśmy schodzić ze wzgórza.

Ciąg dalszy nastąpi…

W następnym odcinku: picie sake ze związanymi rękami i uczta na brzegu rzeki. Oraz przepiękny taniec młodej gejszy.

* Gaikokujin to po japońsku „cudzoziemiec”. Gaijin ma takie samo znaczenie, ale dosłownie oznacza „obcy” i jest dość pejoratywnym określeniem, jakim Japończycy obdarzają cudzoziemców.

  • Dzięki za wpis.
    A tak bliżej o co z psami i butelkami chodzi?

    • Napisałem wszystko, co wiem. Przewodnik powiedział tylko, że to na psy. I już. Też tego nie rozumiem, ale mówimy o japońskich psach, to może tłumaczyć wiele 🙂
      A te butelki leżały chyba na każdym rogu i przy każdym murku. Taki lokalny przesąd?

      • Szukałem w necie jakiś informacji o tych butelkach, ale nie znalazłem nic. Ciekawe co oni mieli na myśli.

        • Zabobon. Albo jakaś tradycja w Kioto.