Podróż życia VII – Japan Rail

O japońskich kolejach krążą w Polsce legendy. O ich niezawodności, punktualności – ogólnie o tym, że działają dzięki magii. Dlatego postanowiłem, że podczas podróży przyjrzę się, jak jeździ japońska kolej. Ku mojemu zdziwieniu – ona zupełnie nie jeździ. Ona fruwa.

Z taką prędkością (albo i szybciej).

Dziś, moi Czytelnicy, opowiem Wam bajkę.  A dokładniej – opowiem Wam coś, co brzmi, jak bajka, ale nią nie jest. Usiądźcie wygodnie i posłuchajcie…

Za górami, za lasami, za morzami, istnieje kraina, gdzie komunikacja zbiorowa jest bliska ideałowi. Jeździ punktualnie, jest czysta, a obsługa – zaskakuje swoją życzliwością i kompetencjami. Tu właściwie nasza bajka mogłaby się  kończyć, ale chyba lepiej, abym przedstawił Wam kilka bajkowych sytuacji.

Zacznijmy po kolei, od kupna biletu. Jeśli nie lubicie stać w kolejce do okienka, nie macie tego problemu, bo możecie je nabyć w automacie biletowym. A właściwie – w automatach, których sporo stoi na każdym dworcu. Jeśli zaś nie uznajecie interakcji z maszynami i koniecznie musicie ukłonić się przed kolejowym okienkiem… to nic z tego. Okienek jako takich nie zauważyłem. Wszędzie są po prostu kontuary, za którymi siedzą sprzedawcy. Zawsze uśmiechnięci i gotowi służyć pomocą. Znajda najlepsze połączenie, a gdy z jakiegoś powodu zechcecie skorzystać z gorszego – nie będą widzieli w tym nic dziwnego, po prostu sprzedadzą bilet. Po czym zaznaczą na nim, w którym wagonie macie miejsce i o której godzinie jest odjazd. Na koniec wskażą drogę na peron i… pozostawią w szoku przeciętnego Polaka, przyzwyczajonego do „Normalny? Przez Koluszki? Czyjściczypińćdziesiąt!”.

W takim szoku moglibyśmy trwać kilka godzin, ale trzeba iść na peron. To nie Polska, gdzie przyjście minutę później nie musi oznaczać spóźnienia. Ale o legendarnej już punktualności nieco później. Podchodzimy do bramek – mając bilet jednorazowy przechodzimy przez bramki automatyczne. Mając Rail Pass, korzystamy z przejścia koło budki z pracownikiem kolei. On też zawsze udzieli niezbędnych informacji.

Dzięki doskonałym oznaczeniom szybko dociera się na właściwy peron (wszystkie tablice wyświetlają po japońsku i angielsku komunikaty o nadjeżdżających pociągach). Tam ponownie można oniemieć i zatrzymać się w szoku. Peron jest czysty, na środku jest kiosk oraz automaty z napojami. Raz widziałem też zabudowaną poczekalnię.

Ale najważniejsze – jeżeli wybieramy się w podróż shinkansenem, na peronie będą zaznaczone miejsca, gdzie zatrzymują się poszczególne wagony oraz gdzie będą drzwi w tych wagonach. Jeśli jest to inny pociąg, na przykład podmiejska kolejka, będą tylko zaznaczone miejsca zatrzymania drzwi. Po czym je poznać? Po narysowanych na ziemi liniach, wzdłuż których należy się ustawić w oczekiwaniu na przyjazd pociągu. Im większa stacja, tym dłuższe linie (bo więcej osób wsiada). Na dworcu głównym w Tokio są to pełne zakrętów tory.

Tory shinkansena

Tak więc mamy bilet na shinkansen, miejsce w wagonie 7, o godzinie 14:13. Ustawiamy się we właściwym miejscu i możemy być pewni, że o rzeczonej 14:13 drzwi do wagonu 7 znajdą się tuż przed nami. Obserwowanie wjazdu shinkansena na peron to ciekawe widowisko. O ile na trasie pociąg – pocisk w pełni zasługuje na swoją nazwę, o tyle na peronie skład się ledwo toczy. Wszystko po to, aby stanąć w ściśle określonym miejscu. Kolejna różnica między Polską a Japonią. U nas pociąg gna do ostatniej chwili (aby nadrobić opóźnienie), po czym gwałtownie hamuje i gdzieś na peronie się zatrzyma. Tam wszystko jest wyliczone i wymierzone.

Wsiadamy i zajmujemy miejsce, a w tym czasie pracownicy kolei prezentują swój dziwny taniec. Polecam Wam przyjrzeć się kiedyś, w jaki sposób zawiadowca japońskiej stacji pokazuje, że pociąg może odjechać (to zawsze są te same ruchy dłoni). Z kolei konduktor (albo maszynista, nie wiem), stojący na końcu pociągu, wychyla się przez drzwi podczas ruszania i – przytrzymując czapkę – bacznie monitoruje odjazd. Niezmienny rytuał.

W shinkansenie wyróżnia się dwie klasy wagonów – tak, jak u nas. Są wagony normalne oraz tzw. zielone wagony, charakteryzujące się na przykład większą przestrzenią na nogi. My mieliśmy wykupione miejsca w normalnych wagonach i… nie wiem, ile tej przestrzeni musi być w wagonach zielonych, bo w moim było jej bardzo dużo. Nie mam krótkich nóg, a przede mną mieścił się jeszcze plecak. Mogłem się odchylić z siedzeniem do tyłu i prawie leżeć, a i tak nie przeszkadzałem osobie siedzącej za mną. Tak chyba wygląda wyższa klasa w samolocie (chyba – poza ekonomiczną z żadnej innej nie korzystałem).

Wnętrze shinkansena faktycznie wygląda, jak samolot. Fotele mają jednak dwie drobne różnice. Po pierwsze – brak pasów. Po drugie – można je obrócić o 180 stopni. Samodzielnie. Jeśli więc jedziecie ze znajomymi i macie miejsca za sobą, możecie siedzieć twarzami do siebie. Samolotowe fotele mają to do siebie, że montuje się na nich otwieraną tackę na posiłki. Tutaj postanowiono rozsądnie wykorzystać powierzchnię na zamkniętej półce. U nas zapewne pojawiłaby się reklama. W shinkasnenie – jest to plan pociągu.

Widać przy okazji, jakimi wygodami dysponuje pociąg. Są toalety, jest palarnia (oczywiście zakaz palenia poza nią obowiązuje), są nieśmiertelne automaty z napojami. I jest budka telefoniczna. Bo w shinkansenie obowiązuje zakaz korzystania z telefonów komórkowych. Nie, nie są zagłuszane – Japończycy stosują się do takich przepisów, bo mają świadomość, ze rozmowa mogłaby przeszkadzać współpasażerom. Nieco inaczej wygląda to w pociągach podmiejskich i metrze – tam prosi się o powstrzymanie od rozmów. Natomiast w okolicach miejsc uprzywilejowanych (na końcu każdego wagonu jest miejsce dla niepełnosprawnych, matek z dziećmi, kobiet w ciąży i osób starszych) zaleca się wyciszenie telefonu i nieprowadzenie rozmów.

Tak, podróżowanie pociągiem w Japonii może jest wygodne. Nie trzeba się martwić o przegapienie stacji, bo komunikaty są podawane zawsze po japońsku i angielsku. Można się odprężyć, poczytać książkę lub zjeść coś pysznego. Sprzedawanego przez panią z wózkiem bufetowym bądź kupionego na dworcu przed odjazdem. Na każdym dworcu można kupić pudełka z posiłkiem – sushi, warzywa, ryż, mięso. Zawsze na zimno. Zawsze związane z regionem, w którym się jest (i dlatego różne na każdym dworcu). I przepyszne. Nawet pisząc te słowa cieknie mi ślinka na samo wspomnienie tych pyszności…

Ale podróż pociągiem to nie tylko rozkosze podniebienia, to także konduktor. Wszyscy to znamy – trzask otwieranych drzwi do przedziału, „dobrykontrolabiletówdosiadałsięktoś”, minuta kasowania biletów i trzask zamykanych drzwi do przedziału. W Japonii, jak powiedziałem, przedziałów nie ma. Jest natomiast rytuał, który sprawił, że Japan Rail pokochałem od pierwszego dnia.

Otwierają się drzwi do wagonu. Staje w nich młody człowiek w uniformie. Kłania się (nisko!) i coś mówi – zapewne prosi o przygotowanie biletów. Następnie zdejmuje czapkę i – nadal mówiąc – kłania się po raz wtóry. Na koniec, po zakończeniu przemowy (trwającej może dziesięć sekund) zakłada czapkę, kłania się po raz trzeci i rusza sprawdzać bilety. Każdy bilet sprawdza w mgnieniu oka, a dodatkowo zapisuje w notesie miejsca, gdzie bilety już sprawdzał – w ten sposób nikomu nie będzie przeszkadzał w podróży więcej, niż jest to niezbędne. Patrzyłem jak zaczarowany na jego ruchy – jak u robota. Wszystko szybko, sprawnie i z uśmiechem na ustach.

Po sprawdzeniu biletów konduktor staje w tylnych drzwiach i – choć nikt na niego już nie patrzy – kłania się ponownie. I tak robi każdy pracownik kolei – kłania się wchodząc i wychodząc z wagonu. Nawet, gdy nikt nie patrzy. Aha, gdyby konduktor do sprawdzania biletów przyszedł z tyłu, to wejdzie, ukłoni się, przejdzie na przód, ukłoni się trzykrotnie, sprawdzi bilety i wyjdzie, kłaniając się ponownie.

Tak więc jeśli będziecie się wybierać do Japonii z zamiarem jeżdżenia do kraju, zainwestujcie w JR Pass. Nie jest to tania rzecz – za tygodniowy karnet normalny trzeba zapłacić około tysiąca złotych – ale opłaca się, bo ceny biletów jednorazowych są wysokie (jak dla Polaków). Wystarczy wpisać „JR Pass” w Google i wybrać dowolnego agenta handlującego biletami. Ceny są z grubsza takie same, różnice mogą być tylko w zależności od wybranej waluty płatności i kosztów kuriera. My nasze bilety kupiliśmy przez agenta w Paryżu i po dwóch dniach FedEx dostarczył mi je do rąk – tak więc mogę polecić francuskie biuro sprzedające JR Pass. Pamiętajcie tylko, że poza JR w Japonii są też inni przewoźnicy i na ich liniach te karnety nie obowiązują. Nie można też nimi jechać na dwóch liniach shinkansenów, ciągnących się przez cały kraj. Ale po co tak jechać? Wtedy omija się Kioto, Osakę…

No właśnie – Osaka. To tam zakończyłem ostatnio moją opowieść. Staliśmy na dworcu Shin-Osaka, dochodziła północ, a my staliśmy zdziwieni faktem, że shinkanseny nie jeżdżą całą dobę. Skoro w Japonii są całodobowe sklepy (i to na każdym rogu), to i pociągi – pociski powinny tak funkcjonować. Co robić? Szukać hotelu w Osace? Zwinąć się w kulkę na podłodze dworca i tam zdrzemnąć?

Oczywiście nie. Po prostu wybrać pociąg podmiejski, łączący Kioto i Osakę. Tak tez zrobiliśmy, uwieczniając w tym nocnym pociągu naszego lwa. Do mieszkania wróciliśmy około 1 w nocy i – zmęczeni dniem pełnym wrażeń – zasnęliśmy od razu. A za oknem, w mroku japońskiej nocy, czaiły się nowe przygody…

Lew na chwilę przysiadł na miejscu uprzywilejowanym…

Ciąg dalszy nastąpi.

W następnych odcinkach: tańcząca gejsza, uczta na brzegu rzeki oraz smutna historia tysiąca żurawi z papieru.

PS: Ci z Was, którzy dotarli do tego momentu, dostąpią poznania wielkiej tajemnicy – nie wszystko jest takie różowe. Poniżej unikatowe zdjęcie, pokazujące, że w Japonii też mogą się spóźniać pociągi. Bo jest awaria na torach. Podejrzewam, że w wyniku tej sytuacji połowa kierownictwa Japan Rail popełniła honorowe samobójstwo.

  • hmmm, daleko JR do naszej starej, dobrej PKP. daleko im jeszcze. 😀

    • Podobało mi się, jak to mi napisał mój znajomy Amerykanin, który dwa razy korzystał z PKP – japońskie koleje są dziesięć razy lepsze od polskich. Rozumiesz? Tylko dziesięć! I to mówi człowiek z zewnątrz…

  • Pingback: lista piątkowa XIII | Warszawski Kredens()

  • Ja Shinkansenem nie jeździłem, ale miałem niedawno przyjemność jeździć chińskimi kolejami. I tymi tradycyjnymi (czyli jeżdżącymi 300-350 km/h) i Maglevem (Vmax = 431 km/h). Spostrzeżenia podobne, nie było tylko jedzenia na peronach.

    W Chinach stacje kolejowe traktowane są jak lotniska. W sensie czeka się w poczekalni, a na 15 minut przed odjazdem przez bramki wpuszczają na peron. Chodzi o to, że w dużych (jak na polskie warunki) miastach jak Suzhou (tak ponad 2 mln ludzi) nie zatrzymują się wszystkie ekspresy, więc zamieszanie przy przejeździe 200-300 km/h byłoby duże. I rzeczywiście też są linie z numerami wagonów – ludzie nie tłoczą się na peronie tylko karnie ustawiają jak w sklepie. Nie ma tłoku, każdy przecież wejdzie… 🙂

    • Wygoda, punktualność i sensownie zestawione połączenia. To już wystarczy. Duża prędkość to miły dodatek.

      W Japonii dworzec to dworzec, na peron można wejść zawsze, o ile ma się bilet. Ale wchodzi się na dwie minuty przed odjazdem, nie trzeba czekać w napięciu jak na PKP 🙂

  • Paweł

    Lew w Japonii zdjęcia rewelacyjne. Ukłon za świetny pomysł

    • Dziękuję. Po prostu musieliśmy mieć coś gdańskiego, co łatwo pokazać na zdjęciu. Stąd lew 🙂

  • Pingback: Podróż życia XIII – najsłynniejsza japońska brama na świecie | Blog do czytania()

  • Pingback: Podróż życia – spis treści | Blog do czytania()

  • Pingback: Z życia wzięte: komunikacja | MrCichy()