Podróż życia cz. VI – Osaka

Nie wszystko się w życiu udaje. Czasem trzeba z czegoś zrezygnować. Na przykład z polowania na gejsze – bo okazuje się, że pora, kiedy można je spotkać na ulicy, minęła. Po starciu z małpami w Arashiyamie udaliśmy się więc na zasłużony wypoczynek. I zdecydowaliśmy, że następnego dnia wyruszymy do Osaki.

Osaka leży w odległości rzutu pałeczkami od Kioto. Podróż pociągiem zajmuje tam mniej niż pół godziny. I mówię tu o zwykłym pociągu, a nie shinkansenie. Jakkolwiek bardzo chciałem się ponownie przejechać pociągiem – pociskiem, w tym wypadku nie miało to sensu. Dworzec dla shinkansenów jest nieco oddalony od centrum – lepiej pojechać zwykła kolejką prosto do serca Osaki.

I tak też zrobiliśmy. Bezpośrednio po przyjeździe odszukaliśmy informację turystyczną (trochę nam to zajęło), a następnie – uzbrojeni w plan miasta i metra – poszukaliśmy wyjścia z dworca. Wyjść było sporo i musieliśmy się na któreś zdecydować. Szczęściem wybraliśmy to, z którego roztaczał się taki widok.

Dworzec w Osace sprawia wrażenie jeszcze większego do tego w Kioto. I jest równie interesujący. Spędziliśmy w nim godzinę (jeśli nie więcej) – tylko na samym zwiedzaniu. Ale samo zrobienie poniższego zdjęcia zajęło kilka minut.

To jest jedyne zdjęcie mojej Ukochanej, które umieszczam. Jeśli ktoś nie wie – to ta kropeczka na środku. Taki widok roztacza się z tarasu na jedenastym piętrze. A na tarasie odpoczywają ludzie, jedzą posiłki. Jest fontanna umilająca czas, wejście do multipleksu. Wydaje mi się, że w Polsce nawet te niewybudowane dworce na Euro 2012 nie miały mieć takich bajerów. Przypominam też, że mówimy o jednym piętrze jednego dworca. Kiedyś wybiorę się na miesięczną wyprawę po Japonii, zwiedzając jedynie dworce kolejowe.

Przemogliśmy się jednak i zwalczyliśmy pokusę spędzenia całego dnia na dworcu. Odnaleźliśmy stację metra i jako nasz cel obraliśmy zamek w Osace. Pierwszy, który mieliśmy zobaczyć w Japonii. O tym, jak genialnie działa metro w Osace, już wspominałem, więc już po kilku chwilach wysiedliśmy w pobliżu zamku.

Tu gdański lew miał jeszcze papierowy szalik kibica… kilka dni później go stracił

Z zamkiem w Osace jest trochę jak z warszawską Starówką – fajna atrapa, odbudowana po wojnie. Zupełnie różny od zamku w Kioto. Tu za murami jest wysoka na kilka pięter wieża. Przesiąknięta oczywiście duchem nowoczesności – wszędzie oznaczenia dla niewidomych, a zwiedzanie zaczyna się od wjechania windą na najwyższe piętro.

Na niższych piętrach zaprezentowano historię zamku, elementy uzbrojenia, ważne bitwy – to, co zazwyczaj prezentuje się w muzeum. Oczywiście, nie bylibyśmy w Japonii, gdyby nie można było przymierzyć niektórych rzeczy (z drobną opłatą). Japonka w zbroi, robiąca „V” z palców – klasyczne.

Oryginalnym elementem są natomiast mury. Ich wyjątkowość zawiera się w gigantycznych głazach, które – nie wiadomo jak – zostały wykorzystane podczas budowy. Te „kamyczki” ważą dziesiątki ton i są atrakcją samą w sobie.  Niewykluczone, że mają też swoje imiona (to byłoby takie japońskie…), ale tego fragmentu zwiedzania już nie pamiętam. Nie zrobiłem zdjęcia, nie zanotowałem, wyleciało z głowy. Za dużo masła…

Po zwiedzeniu zamku oraz obejrzeniu pobliskiej rekonstrukcji dawnych chat (zdjęcie powyżej) udaliśmy się do przybytku, który nas przyciągnął do Osaki. Do oceanarium. Po drodze kupując w automacie najlepszy izotonik, jaki zdarzyło mi się pić. Liczi z solą. Wyraźny, orzeźwiający smak i dobre nawodnienie – kolejna rzecz, której niestety nie można dostać w Polsce.

Zresztą – izotoniki są w Japonii dość powszechne. W większości automatów można nabyć najpopularniejszy chyba japoński izotonik, czyli Pocari Sweat. Tak, sądząc po nazwie można zakładać, że kupujemy pot w puszce. Ale jest to smaczne i w dusznym klimacie (pora deszczowa przyszła prędzej, pisałem o tym wcześniej) znakomicie się sprawdza. No i do tego napój jest w fikuśnym połączeniu puszki i butelki. Do nabycia na każdym rogu – w automacie.

Krótka podróż metrem i znaleźliśmy się w pobliżu oceanarium.  Już mieliśmy wejść do środka, gdy nasz wzrok przyciągnął pewien szyld na budynku obok. Tym razem, na szczęście, nie był to salon pachinko, ale sklep stujenowy. Podobno bardzo ciekawe miejsce – więc nie pozostało nam nic innego, jak tylko spóźnić się na spotkanie z rybkami i wejść do środka.

Sklep stujenowy to japońska odmiana polskiego „wszystko za trzy złote” – z tą różnicą, że ten miał wielkość małego supermarketu. Każdy przedmiot kosztuje tam sto jenów (plus 5% podatku, naliczanego przy kasie). A kupić można sporo – od artykułów szkolnych, poprzez narzędzia, do sztućców i garnków (są też sklepy „three coins”, czyli wszystko za trzysta jenów, ale oferują tylko damskie ubrania i dodatki). W sklepie spędziliśmy trochę czasu, kupując różne drobiazgi. Ja na przykład wyszedłem m.in. z ciekawym notesem, wykonanym z szarego papieru.

Dworzec, zamek, zakupy – nic nie mogło nas odciągnąć od oceanarium. Jednego z najlepszych w całej Japonii. Pełnego niezwykłych gatunków. Trudno powiedzieć o wszystkim, co można było zobaczyć w środku. Są tam pocieszne wydry (które myją głowę zupełnie jak ludzie), towarzyskie delfiny czy zwinne (przynajmniej pod wodą) pingwiny. Oraz rzesza innych większych i mniejszych morskich stworzeń. Jednak gwoździem programu jest olbrzymi zbiornik, po którym krąży rekin wielorybi. Tak dużej ryby w swoim życiu nie widziałem.

Tak gruba jest szyba w akwarium z rekinem

Poza prezentowaniem morskiego życia, oceanarium skupia się na przekazywaniu wiedzy o skutkach globalnego ocieplenia i związanych z tym zagrożeniach. Celem jest, aby zwiedzający – najczęściej dziecko – wyszło z budynku w poczuciu zbliżenia się do morskiego życia i z mocnym postanowieniem dbania o nie. A jak najlepiej zbliżyć się do wodnych stworzeń? Oczywiście, głaszcząc je…

W specjalnym, płytkim basenie krążyły płaszczki i małe rekiny. Każde dziecko czy dorosły mogło ich dotknąć. Oczywiście według ściśle określonego regulaminu. Najpierw należało umyć dokładnie ręce, a następnie dotykać tylko wskazanych miejsc na ciele ryb. Inaczej można im zrobić krzywdę. Wszystko to było napisane (i narysowane – inaczej nie zrozumiałbym nic) na tablicach, rozmieszczonych w całej sali.

Jak każdy może, to ja też. Umyłem ręce i podszedłem do krawędzi zbiornika.

– Poczekaj, nakręcę film – powiedziała Żona, a ja zastygłem z ręką włożoną do chłodnej wody.

Uparłem się, żeby pogłaskać płaszczkę, ale te bestie jak na złość omijały mój koniec basenu. Jak już nawet jakaś się zbliżyła, to zawijała to swoje skrzydło, nurkowała – i tyle ją widziałem. Za to rekiny z przyjemnością podpływały coraz bliżej. I bliżej. I bliżej. Wiem, że teoretycznie były niegroźne, ale nie ma co kusić losu. Z rekinią natura się nie wygra. Trudno, nie pogłaszcze płaszczki, ale nie dam sobie odgryźć palca. Już chciałem zabrać rękę, gdy nagle…

– Jeszcze chwila, trochę za ciemno wyszedł – Najmilejsza właśnie teraz postanowiła zgłębić tajniki naszego aparatu.

– OK, pospiesz się – powiedziałem i wtedy to poczułem.

Coś niesamowicie oślizgłego, kojarzącego się ze starą galaretą, dotknęło moich palców. To nie było miłe wrażenie. Spojrzałem w dół i zobaczyłem płaszczkę, która oddalała się od mojej dłoni. Szybko wyjąłem rękę z wody. Wystarczy! No, może jeszcze raz, dla pewności… Idziemy dalej – jak najdalej stąd. Najlepiej wprost do obowiązkowego punktu przy każdej japońskiej atrakcji turystycznej, czyli sklepu z pamiątkami. Z którego – poza tradycyjnym magnesem na lodówkę – przywieźliśmy coś praktycznego. Mały nóż do masła. W kształcie pyska kapibary… Kupilibyśmy jeszcze więcej (ech, te uśmiechnięte, pluszowe wydry), ale musieliśmy pamiętać o ograniczeniach w bagażu lotniczym Zwiedzanie sklepu to też element podziwiania oceanarium. Dopiero informacja o zamykaniu oceanarium wygoniła nas za drzwi, w mrok portu w Osace.

Niespiesznym krokiem przeszliśmy w stronę metra, a następnie udaliśmy się do jeszcze jednej dzielnicy. Planowałem odnaleźć dzielnicę sklepów z elektroniką, ale najwyraźniej dobrze ukryła się przed moim wzrokiem. Z tym szaleństwem miałem zmierzyć się dopiero w Tokio – i to po wielokroć.

Było już dobrze po 22, gdy zdecydowaliśmy, że pora na powrót do Kioto. Aby nie skusił nas ponownie dworzec, tym razem pojechaliśmy do miejsca, gdzie zatrzymują się shinkanseny. Tak jak wspominałem – nieco dalej od centrum, ale chcieliśmy się ponownie przejechać pociągiem – pociskiem. No i zupełnie nam się nie spieszyło, dlatego poświęciliśmy czas na dojazd do dalszego dworca (musieliśmy przejechać prawie całą Osakę). Ograniczała nas jedynie ważność całodniowego biletu na metro – niczym Kopciuszek przed północą powinniśmy opuścić podziemną kolejkę.

W ten sposób po 23 weszliśmy na dworzec. Shinkanseny kursują co godzinę, więc nawet gdyby jakiś nam uciekł, spokojnie pojedziemy następnym (a przy okazji zwiedzimy kolejny dworzec). Wypadałoby jedynie zarezerwować sobie miejsce siedzące na tę piętnastominutową podróż.

– Przepraszam, o której godzinie będzie najbliższy shinkansen do Kioto?

– Jutro, o siódmej rano – ta odpowiedź obowiązkowo uprzejmego pracownika Japan Rail zmroziła mi krew w żyłach.

Jednak Japonia nie jest całodobowa. Chyba trzeba zacząć rozglądać się za noclegiem w Osace…

Ciąg dalszy nastąpi…

W następnych odcinkach: jakimś sposobem wracamy do Kioto i zwiedzamy kilka świątyń (bo co innego można robić). Nieco później chodzimy po błocie, gonimy sarenki, a bieda powoli zaczyna zaglądać nam w oczy. A ja przypominam, że jestem na Facebooku.

  • Uffff. Już się bałem, że bajka o Japonii się skończyła.
    Dzięki za Osakę.

    • Bajka? Bajka to będzie w następnej części, w przyszłym tygodniu. Wiem co mówię, tekst już jest u Tajemniczego Edytora 🙂
      Jak się podoba, to się cieszę. Można udostępniać innym 🙂

  • kiedyś może opowiem o moim wyrobionym nawyku- sprawdzania OSTATNIEGO połączenia 😉

    • No jasne, że tak się robi – ale w Polsce. W Japonii, gdzie masz całodobowe bary i całodobowe sklepy na każdym rogu możesz zakładać, że shinkanseny też są całodobowe. A potem się dziwisz…

      • zaskoczę cię- nawyk wyrobiony podczas pobytu w wiedniu 😉

        • Wiedeń. Tam wiedziałem, kiedy odchodzi ostatni pociąg do Bratysławy. I biegłem na niego, bo nas zamknęli w Belwederze 🙂