Podróż życia cz. V – oko w oko z potworem

Od kwadransa wdrapywaliśmy się krętą ścieżką się na leśne wzgórze, wypatrując uważnie czyhającego na nas zewsząd zagrożenia. Pot zalewał mi oczy, koszula kleiła się do ciała w wilgotnym, tropikalnym powietrzu. Nagle dostrzegłem źródło niebezpieczeństwa, na ścieżce, tuż za zakrętem. Błyskawicznie opuściłem wzrok, w myśl zasady „jak cię nie widzę, to nie istniejesz”. Dopiero wtedy dotarło do mnie, że nie widząc potwora, stojącego dumnie kilka metrów nad moją głową, jestem zupełnie zdany na jego łaskę. I wiedziałem, że nią mogę na nią liczyć.

Godzinę wcześniej

Jeżeli wyobrazicie sobie powyższe zdjęcie muśnięte Photoshopem, będziecie mieć przed oczami jeden z popularniejszych obrazków, jakimi ilustruje się Japonię (oprócz stojącej w wodzie bramy świątynnej i neonów w Tokio). Arashiyama. To chyba najsłynniejszy las bambusowy w Japonii. Wyznaczono w nim ścieżkę, aby możliwa była kontemplacja jego piękna. Japończycy są bowiem niesamowitymi estetami i przykładają dużą wagę do obserwowania piękna.

A las faktycznie jest piękny. Specjalnie przygotowana ścieżka wiedzie pomiędzy wysokimi drzewami, spomiędzy których padają promienie słońca. To znaczy – padałyby, gdyby nie padało coś innego. Wspomniałem Wam już, że Japonia postanowiła przywitać nas przyspieszoną porą deszczową. Nie przeszkadzało nam zachwycać się pięknem wysokich, smukłych drzew. Do czasu aż na jednym z nich zobaczyliśmy to.

Nie twierdzę, że po kilkudziesięciu godzinach w Kraju Kwitnącej Wiśni byłem ekspertem od wszystkiego co japońskie. Ale jednego byłem pewien – Kioto to ciche, spokojne, czyste i zadbane miasto. A tu taki przejaw wandalizmu. Oczywiście, odruchowo założyłem, że jest tam napisane coś w stylu „Kioto pany” albo „Osaka miszcz”, ale równie dobrze mogły to być słowa jakiejś modlitwy. Jeśli jednak wydrapano tam „Japoniaaa, biało – czerwoni” (w rzeczywistości ich piłkarzy określa się mianem „Blue samurais”), to był to jeden z dwóch przejawów wandalizmu w Japonii, jaki udało mi się zobaczyć. Tymczasem szliśmy przez las, sącząc zielony napój, podziwiając Japonki w tradycyjnych strojach i starając się zrobić nietypowe zdjęcie maskotce, którą zabraliśmy ze sobą.  Powiem Wam, że takie sadzanie naszego gdańskiego lwa wzbudzało żywe zainteresowanie wśród Japończyków.

Las, niestety, nie ciągnął się kilometrami. Dość szybko się skończył, a naszym oczom ukazał się… nie, nie las krzyży. Po prostu cmentarz. W okolicy lasu bambusowego, a nawet na jego terenie, mieszkają ludzie, są świątynie, jest cmentarz. Po prostu toczy się życie. No, może z wyjątkiem cmentarza. Aczkolwiek Japończycy są gotowi też na wskrzeszenie swoich zmarłych. Dlatego, aby po wyjściu z grobu nikogo nie męczyło pragnienie…

Tak jak pisałem – automaty są wszędzie. Chyba tylko w świątyniach ich nie widziałem, ale to wynika zapewne z mojej nieuwagi. Są w metrze, na ulicach, w pociągu – to i przy cmentarzu ich widok nie dziwi. Pośrodku lasu. Przy automacie obowiązkowo znajduje się kosz na śmieci. Bo kosze na ulicy można uświadczyć tylko przy automatach i sklepach całodobowych.

Las się skończył, a do wieczornego polowania na gejsze w Kioto było jeszcze dużo czasu. Na dodatek nie byliśmy w centrum Kioto, gdzie z pewnością znaleźlibyśmy jakąś świątynię do zwiedzania. Co robić?

– Czy jest tu coś jeszcze ciekawego?

– Według internetów kilkaset metrów na południe stąd jest jakiś ciekawy, zabytkowy most.

– Chodźmy zatem obejrzeć most. Podobno ładnie wygląda, gdy kwitną wiśnie.

Nie kwitły. Zamiast tego padało. Nie powiem, aby most był porywającą atrakcją, choć jestem w stanie sobie wyobrazić, że podczas kwitnienia wiśni widok zapiera dech w piersiach. No, ale most zobaczyliśmy, co można jeszcze zrobić?

– Czytałem, że gdzieś za mostem jest rezerwat małp – zacząłem. – Ale nie wiem, jak daleko i czy warto.

– Zobaczmy – zdecydowała Najmilejsza – skoro mój mąż chce oglądać małpy, idziemy oglądać małpy.

Stanęliśmy więc na brzegu i wyciągnęliśmy mapę. Natychmiast zjawił się koło nas młody Japończyk, który całkiem niezłą angielszczyzną zapytał, czy może nam pomóc.

– Gdzieś tu podobno jest rezerwat małp – zagadnąłem. – Nie  wie pan, jak to daleko?

– Małpy? Tak, są tutaj – młodzieniec pokazał tablicę stojącą kilka metrów ode mnie – o, za tą tablicą. Tą z małpą.

I tak rozpoczęliśmy wspinaczkę na niezwykle stromą i wysoką górę.  Mając w pamięci niezwykle kolorowe tablice ostrzegawcze, wypatrywaliśmy wszędzie małp. Uprzednio chowając jedzenie i pamiętając, że gdy tylko zobaczymy jakąś, nie wolno nam nawiązywać kontaktu wzrokowego.

Idziemy, idziemy… a małp nie ma. Ani jednej. Deszcz je wypłoszył czy co? Zagadnęliśmy idących z naprzeciwka turystów, czy tu faktycznie są jakieś małpy.

– Ależ są, całkiem sporo – uśmiechnęli się. – Po prostu musicie iść jeszcze jakiś kwadrans tą ścieżką. Chyba jakąś jedną widziałem przy automacie z colą.

I tak rozpoczęła się mozolna wspinaczka na strome wzgórze. Gorące powietrze, wilgotne od ciągłych deszczy, nie ułatwiało zadania. Gdy kwadrans później myślałem, że przyjdzie mi umrzeć pośrodku tego lasu, na skarpie nad nami coś się poruszyło. Spojrzałem w górę.

– Małpa! – krzyknąłem do Żony, starając się jednocześnie odwrócić wzrok od zwierzaka.

I wtedy zrozumiałem, że w ten sposób ani nie nacieszę się widokiem małpy, ani nie zauważę, jak skoczy mi na kark. Jak tu podejść do góry, nie prowokując ataku? Przede wszystkim – zdecydowanie. Bez wahania postanowiliśmy dokończyć wspinaczkę i po chwili staliśmy na polanie, przed małym domkiem, do którego zapraszał nas pracownik parku. A na ziemi siedziało stado makaków.

W środku można było chwilę odpocząć i kupić karmę dla małp. Bo tylko z domku, zza krat, można było je karmić. Oczywiście, nie mogliśmy sobie odmówić tej przyjemności. Ukochana powiedziała, że kupując karmę zastanawiała się „ciekawe, kiedy jakaś tu podejdzie”.

Dokładnie to samo myślały małpy.

Taki widok nas uraczył, gdy tylko odwróciliśmy się od lady. Zdjęcie nie oddaje do końca atmosfery – jest na nim tylko jeden makak. A tam było ich kilka. Wszystkie w tej samej pozie.

A jak się karmi małpy? Dokładnie tak.

Na karmienie tych nienasyconych głodomorów moglibyśmy wydać każde pieniądze. Na szczęście opamiętanie przyszło w porę i postanowiliśmy wracać do Kioto. Łatwo powiedzieć, zrobić trudniej. Trzeba zejść z góry pełnej małp. Małp, które kojarzą nas z jedzeniem… i są wszędzie.

Jedna z nich robiła nawet za postument dla turystycznej lunety, co widać na zdjęciu powyżej. Zapewne chciała pobierać opłatę w orzeszkach za możliwość popatrzenia sobie z góry – a widok faktycznie był niesamowity.

Powoli, rozkoszując się widokiem, jak i faktem schodzenia (zamiast wdrapywania się), opuszczaliśmy rezerwat. Dokoła nas skakały makaki, ale nie domagały się jedzenia. Starając się nie patrzeć żadnej z nich w oczy, cieszyłem się w duchu na myśl, że już do końca wyjazdu nie będę musiał spotykać się z dzikimi stworzeniami.

Kilkadziesiąt godzin później

Dwa rekiny zataczają kręgi, zbliżając się do mnie z każdą minutą. Mam tylko nadzieję, że moja Ukochana zdąży, zanim znajdą się w zasięgu ręki. Staram się czekać nieruchomo. Patrzę Żonie błagalnie w oczy.

– Pospiesz się, proszę – szepczę bezgłośnie.

W tej samej chwili czuję, że coś otarło się o moją rękę. Szept zamiera mi na ustach.

Ciąg dalszy nastąpi…

W następnych odcinkach: jedziemy do Osaki (czyli Japonia jednak nie jest całodobowa)! Jedziemy do Hiroszimy (i prawie kupujemy zegarek od Cartiera)! Jedziemy do Tokio (czyli szaleństwo)! Komentować można na FB!