Wyprawa życia, cz. IV – ja, ninja

Następnego dnia po przeżyciu eksplozji dźwięków w salonie pachinko moje uszy nadal zwijały się z bólu na wspomnienie tego wydarzenia. Na szczęście w mieszkaniu panowała błoga cisza – jedynymi dźwiękami były poranne ptasie trele, przebijające się przez szum klimatyzatora. Wstawał nowy dzień, a wraz z nim odwieczny problem urlopowicza – co dziś będę robić?

Kioto. Dawna stolica Japonii nazywana miastem tysiąca świątyń – i nie jest to nazwa mocno przesadzona. A poza tym pałac cesarski i zamek szoguna. Moc atrakcji dla każdego zamiłowanego w zwiedzaniu historycznych budowli.

Ponieważ na zwiedzanie pałacu należy umówić się z wyprzedzeniem (a i tak ogląda się go jedynie z zewnątrz), a świątynie są do siebie z grubsza podobne, udaliśmy się na zamek. Oczywiście, zahaczając po drodze o pół tuzina świątyń – w Kioto inaczej się nie da, serio. Jedna z nich była nawet kościołem chrześcijańskim. Jedynym, na jaki natrafiłem w Japonii.

Poszukiwania zamku nie trwały długo, bo atrakcje turystyczne, są przejrzyście zaznaczane na mapkach oferowanych w informacji turystycznej (tu dobra rada – szukając informacji turystycznej, nie rozglądajcie się za znanym z Europy znakiem „i”, szukajcie znaku zapytania). Zamek Nijo w Kioto był jednym z dwóch zamków, jakie udało mi się zobaczyć w Japonii. Był jednak nietypowy – nie miał wysokiej wieży, a za grubymi murami krył się po prostu taki większy bungalow. Z papierowymi ścianami. I słowiczą podłogą.

Szogun bowiem bardzo bał się, że jego przeciwnicy naślą na niego płatnych zabójców. Musiał się jakoś zabezpieczyć, a ponieważ kamery przemysłowe i czujniki ruchy w dawnej Japonii nie były zbyt popularne, kazał położyć w korytarzach specjalną podłogę. Taką, która gwiżdże przy każdym kroku. W tym celu pod deskami wbito gwoździe, które pod wpływem nacisku pocierają o inne elementy… nie będę się zagłębiał w szczegóły – podłoga gwiżdże. I nazywa się podłogą słowiczą. Jeżeli ktoś z Was ma w domu trzeszczący parkiet, może też spróbować zrobić z niego atrakcję.

– Zobacz – zawołałem Ukochaną, kontemplującą właśnie salę audiencyjną szoguna – jak stawać delikatnie, przy ścianie i na palcach, to nie gwiżdże!

Mógłbym zabić szoguna! Poczułem się jak prawdziwy ninja. I nawet nie przeszkadzały mi pobłażliwe uśmieszki mijających mnie wycieczek szkolnych. A właśnie – w Japonii dzieci jeżdżą na wycieczki szkolne także w weekendy. I to takie ze zwiedzaniem. Za moich czasów to było nie do pomyślenia – nawet gdyby to miał być tzw. „piwak”…

– Faktycznie – usłyszałem radosny głos Małżonki. Spojrzałem na jej delikatny chód po wiekowych deskach. Ona też właśnie została ninją.

Oprócz treningu dla cichych skrytobójców zamek oferował też piękne widoki japońskiego ogrodu. Skały, woda, zieleń, deszcz. Tak, deszcz, bo w tym roku sezon deszczowy postanowił wystartować nieco wcześniej (tego zdania użyto nawet w japońskiej telewizji śniadaniowej, przy nauce angielskiego) i przez cały nasz pobyt w Kioto padało. Po kilkanaście razy dziennie – ale były to małe kapuśniaczki, po których momentalnie się wysychało. Taka pogoda opuściła nas dopiero w Tokio.

Skoro udało się być ninja, to może warto spróbować też być gejszą? Taka myśl przeszła nam przez głowę, ale aby móc się zbliżyć do prawdziwej gejszy, musieliśmy nieco poczekać. Historyczna dzielnica Gion w Kioto jest swoistym zagłębiem gejsz, ale na nie poluje się po zmroku. A tu ledwo minęło południe! Co robić?

Na szczęście przed wyjazdem z kraju spisałem dość długą listę „must see in Japan”, którą rozbudowałem o wszelkie możliwe atrakcje, dostępne w odwiedzanych przez nas miastach. Wprawdzie musiałem ją okroić z takich pozycji jak las samobójców, a niektóre punkty, jak kupno autentycznego miecza samurajskiego muszą poczekać na następny raz, ale i tak owa lista wyznaczała ramowy plan zwiedzania. To dzięki niej w poszukiwaniu jednego budynku przejechaliśmy potem prawie całe Tokio w poprzek. Dwa razy. I to przez nią omal nie zmiażdżyła mnie fala dźwiękowa w salonie pachinko. Tak, lista była szalenie przydatna.

Szybki rzut oka do małego, czarnego notesu i już wiedziałem, co zrobimy.

– Chodź – powiedziałem do Ukochanej – idziemy na dworzec.

Po drodze zaliczyliśmy obowiązkowy punkt każdego prawdziwego turysty. Czyli McDonald’s. W każdym kraju ta sieć oferuje jakąś kanapkę regionalną. U nas to jest WieśMac. W Japonii nazywa się to Filet – O – Ebi i jest po prostu krewetkoburgerem.

Całkiem smacznym, musze przyznać. Jednak to, co prawdziwie trafiło w mój gust, to mała torebka opisana „butter soy souce”. To taka posypka o smaku masła. I sosu sojowego. Niby nic, ale doskonale pasuje do frytek. Poza tym – drobna różnica – w japońskim fast foodzie nie czeka się na realizację zamówienia przy ladzie, jak u nas. Dostaje się zamówione picie, stojący, blaszany numerek, a obsługa donosi resztę do stolika. Z uśmiechem i ukłonem.

Na dworcu wsiedliśmy do kolejki podmiejskiej, która może bardziej przypominała małe metro. Oczywiście była niesamowicie punktualna, jak wszystko w Japonii. Po przejechaniu kilku przystanków wysiedliśmy pośrodku cichej, podmiejskiej dzielnicy  i udaliśmy się zachód. Mijając rozliczne stragany z pamiątkami i jedzeniem stwierdziliśmy, że warto coś przekąsić. Kupiliśmy coś takiego.

Wedle słów sprzedawczyni to była zielona herbata z lodem. Podejrzewam, że „green tea” to były jedyne słowa, jakie pani potrafiła powiedzieć po angielsku. Napój podejrzanie pachniał arbuzem i dopiero potem zidentyfikowałem go jako napój melonowy. Choć niewykluczone, że z dodatkiem herbaty. Natomiast przekąska, którą widzicie obok, to słodki ziemniak w czarnym sezamie. Pyszne! I niestety niedostępne w Polsce.

Piliśmy zielony napój, pogryzaliśmy czarnym ziemniakiem… gdy nagle pociemniało. Niebo zasłaniały drzewa. Pnie były tak blisko siebie, że można było tylko się między nimi przeciskać. Korony niknęły nam z oczu na wysokości kilkunastu – kilkudziesięciu metrów.

Staliśmy pośrodku bambusowego lasu.

Ciąg dalszy nastąpi… komentować można też tutaj.

W następnych odcinkach – jak napisać na bambusie „Polska gola”, co pije nieboszczyk oraz spotkanie oko w oko z potworem, któremu nie patrzy się w oczy. A także zburzona siedziba Nintendo i wychowywanie psa za pomocą…magii.