Podróż życia, cz. III – jak żyć? Z łatwością.

Pamiętam olbrzymi huk. Potem już tylko coś dzwoniło, a przed oczami latały mi kolorowe błyski. Jeszcze przed chwilą stałem na cichej ulicy, w Kioto, wieczorem. Teraz byłem w samym centrum piekła. Wiedziałem tylko jedno – muszę się jak najszybciej stamtąd wydostać. Wrócić z powrotem na cichą, wieczorną uliczkę, zanim zginę w tym zamieszaniu.

Musicie wiedzieć, że Kioto jest dość cichym i sennym miastem. Jak już pisałem, mieszka w nim około 1,5 mln ludzi, więc nie jest to wielkie miasto. Kioto, dawna stolica Japonii, znane jest jako miasto tysiąca świątyń. I faktycznie, dominują tam zabytkowe świątynie, pałace, wszędzie wycieczki szkolne albo emerytów – nie ma za to trąbienia na ulicach, gwarów rozmów czy krzyczących przekupek.

Ale to nie jest do końca prawda. W Kioto nie mówią ludzie. W Kioto mówi miasto.

To, że przejście dla pieszych wydaje dźwięki podczas zielonego światła, jest dla nas normalne. To, że coś mówią do nas schody ruchome – to już nieco mniej. Ale żeby gwizdało na nas zejście do metra? Albo publiczna toaleta w parku? A tak właśnie jest w Kioto. Nie jest to jednak bezsensowna zabawka, ale znak doskonałego przystosowania miasta dla niewidomych.

Przez dwa tygodnie pobytu w Japonii widziałem tylko dwie osoby poruszające się z białą laską, niemniej cała Japonia wydaje się być w pełni przyjazna dla takich osób. W Kioto wzdłuż wszystkich chodników (inna sprawa, że koncepcja chodnika nie przyjęła się w Japonii do końca) są zamontowane płytki prowadzące (w innych miastach może nie wzdłuż wszystkich, ale też jest tego sporo). Na przejściach, przed schodami, na krawędzi peronu – są oczywiście wypustki.

W pozostałych miastach może nie ma płytek prowadzących, ale wypustki to konieczność. Ale to nie koniec. Pismem Braille’a oznaczone jest chyba wszystko. Drzwi w metrze…

…poręcz na schodach…

…czy puszka piwa. Bo przecież niewidomy może chcieć wiedzieć co będzie pił. Dla niewidomych przygotowano nawet plan toalety w parku.

Oczywiście, toaleta też „mówiła”. Niby to były zwykłe piski, ale zwracały uwagę. Tylko dlaczego schody ruchome mówią, abym stanął w obrębie żółtej linii? To jakaś kpina z niewidomych? Nie, to już komunikat skierowany do mnie. Japonia tak już ma – prowadzi za rękę. Jeżeli stanę w obrębie żółtej linii, to nie zachwieję się na schodach, bo moja stopa będzie pewnie stać na schodku.

Nie wiem, czy jest gdzieś drugi tak doskonale oznakowany kraj. U nas zaznaczone są wyjścia ewakuacyjne, szczycimy się gdańskim Systemem Informacji Miejskiej – ale tam ludzie poszli dalej. Dużo dalej.

Na schodach jest zaznaczone, po której stronie się wchodzi, a po której schodzi. Ewentualnie której strony się trzymać.

Podobnie jest na peronie metra – oczywiście więcej miejsca jest dla wysiadających (tak jak na schodach więcej miejsca jest dla opuszczających peron, stację).

Prawdziwą przyjemnością jest tam przesiadanie się między liniami metra. Sam nie wiem, czy lepiej rozwiązano to w Osace, czy w Tokio. W tym pierwszym mieście strzałki prowadzą od opuszczenia jednego wagonu jednej linii na peron dla następnej linii.

Strzałki i opisy są umieszczone nad głowa, ale także powtórzone na ziemi czy na filarach. Nie sposób się zgubić. Jeszcze lepiej rozwiązano to w Tokio, gdzie znaki nie tylko pokazują, w którą stronę należy się udać, ale ile mamy metrów do przejścia. A tablice są powtórzone co dziesięć metrów.

O tym, że po dotarciu na peron kolejowy, a czasem też metra, możemy nawet odszukać, gdzie będą drzwi naszego wagonu, napiszę innym razem. Ale uprzedzam pytanie – tak, na peronie jest narysowana linia, wzdłuż której należy ustawić się, oczekując na pociąg.

Każda linia metra oznaczona jest literą (oraz nazwą), a każdy przystanek na danej linii ma swój numer (i nazwę). A poszczególne tory pokazują, czy metro kursuje w stronę malejących, czy rosnących numerów. No i jest odpowiednie pokierowanie na właściwy peron, czasem nawet na ziemi.

U nas obcokrajowiec musi zapamiętać, żeby wysiąść z autobusu 199 na przystanku „Rzeczypospolitej – Kołobrzeska”, pójść na przystanek „Kołobrzeska”, wsiąść w linię 2 lub 11 i wysiąść na przystanku „Subisława”. Tam – wiadomo, że na linii G (Ginza) wysiadamy na przystanku 12 (Mitsukoshimae) i przechodzimy na przystanek Z09 i wsiadamy po stronie rosnących numerów, aby dojechać do Sky Tree. To autentycznie działa!

Wiem, u nas to nie jest konieczne, bo na cały kraj przypada tylko jedna linia metra, ale pomyślcie, jak wygląda poruszanie się po podziemiach Dworca Centralnego? Albo szukanie odpowiedniego tramwaju / autobusu po opuszczeniu pociągu? W Hiroszimie drogowskazy kierują na tramwaj i do najbardziej znanej atrakcji turystycznej.

W Tokio na każdej stacji metra jest jej szczegółowy plan, z oznakowanymi wyściami. A obok – długa lista, którym wyjściem należy udać się do danego budynku, parku, świątyni. Oczywiście, w Tokio napisy są po japońsku, angielsku, chińsku i koreańsku.  Żeby było łatwiej.

W Tokio średnio co kilka przecznic postawiono plany dzielnic, na których można odnaleźć to wszystko, co najważniejsze. I tylko jeden raz taki plan był zniszczony przez wandali (co akurat nie uniemożliwiało jego odczytania).

A jeśli ktoś jest miłośnikiem imprez na orientację i mapę uznaje za złamanie zasad – żaden problem. Osaka przy wyjściu z metra pozwala się zorientować w kierunkach świata,

Poziom organizacji życia jest tak duży, że nawet uliczni grajkowie rozkładają na chodniku linę w półokrąg, wyznaczając, dokąd może podejść widz. Jest to mądre także z tego względu, że widz podejdzie wtedy blisko – i nie będzie blokował reszty chodnika. A i kapelusz do wrzucania drobnych będzie na wyciągniecie ręki…

Niemniej – „mówiące” do mnie miasto to było tylko Kioto. Które poza tym było cichym i spokojnym miejscem, bez krzyków, głośnej muzyki czy trąbiących kierowców. Było takie, dopóki nie wszedłem do salonu pachinko. Hałas, gwizd, dzwonienie i brzęk tych wszystkich maszyn, w połączeniu z mrugającymi światłami, dosłownie wbijał w ziemię. Dźwiękoszczelne drzwi sprawiły, że na zewnątrz nie podejrzewaliśmy istnego pandemonium dźwiękowego, jakie było w środku. Dla potwierdzenia – filmik z podobnego przybytku w Hiroszimie. Choć tam na ulicy było nieco gwarniej, i tak słychać różnicę. I uwierzcie mi – filmik nie oddaje całej grozy sytuacji.

To był szok. Na szczęście krótkotrwały. Gdy udało nam się umknąć z oka (ucha?) cyklonu, natychmiast udaliśmy się na zasłużony spoczynek. To było trochę za dużo wrażeń, jak na jeden dzień.

Ciąg dalszy nastąpi. Komentujcie na FB, a najlepiej polubcie tam mojego bloga, aby nie przegapić następnych odcinków.

W następnych odcinkach: bramy, swastyki i bambusowe graffiti. Oraz regulacja głośności spłukiwania w toalecie.

  • hm,
    w wiedniu to jest tak, że jak się dojeżdża do jakiegoś węzła komunikacyjnego,
    to pojawia się odpowiednia informacja, że jest węzeł,
    na jakie kolory metra można się przesiąść, czy na jakie linie tramwajowe, czy też autobus.

    wrocław ostatnio wprowadził coś takiego, że mając bilet 24h,72h i miesięczny
    – w cenie biletu można przemieszczać także pociągiem.
    (kiedyś to było za dodatkową opłatą, tylko do biletów miesięcznych- trzeba było specjalny znaczek dokupić)
    http://www.wroclaw.pl/pociagiem_z_biletem_mpk.dhtml
    a w wiedniu mając bilet na wszystko, można też właśnie było jeździć wszystkim- od metra po pociąg, co zdecydowanie ułatwiało przemieszczanie się między odległymi częściami miasta.

    jak sobie jeszcze inne takie „podejrzane” udogodnienia przypomnę (nie tylko wiedeńskie),
    to je dopiszę.

    • We Wrocku nie byłem, w Wiedniu byłem 14 lat temu (ech, szybko zleciało…). W wielu miejscach jeszcze nie byłem, ale patrząc na te, które udało mi się odwiedzić, nie sądzę, żeby było jakiś miasto LEPIEJ zrobione pod tym względem. Może być co najwyżej tak samo dobrze. Co do przesiadek – metro w Tokio mówi przed danym przystankiem, na jakie linie można się na nim przesiąść. Oczywiście mówi po japońsku i angielsku.

      Jeden bilet to świetna sprawa, Trójmiasto nie może się go doczekać od dawna (i pewnie jeszcze długo mieć go nie będzie). Ale co mi po jednym bilecie, jeśli w samym centrum Gdańska nie ma wyraźnych oznaczeń co i jak, tylko jakieś tablice? Naklejki na ziemi – to jest to.

  • Co by nie mówić … szoking. Wiadomo, Japonia to już XXII a może i XXIII wiek, ale poznając ją bliżej, m.in. dzięki Twoim wpisom, człowiek widzi różnicę między nami a światem. Choćby tym dalekim.
    czekam dalej

    • Wiesz co, też patrzyłem na to przez pryzmat „my a oni”. Teraz widzę, że właściwszy jest punkt widzenia „oni a reszta świata”.

  • Pingback: Peron we Wrzeszczu jak nowy | GDAŃSK Z DOŁU()