Podroż życia cz. II – dworzec w Kioto

Byłem w Japonii już od pięciu godzin i powoli oswajałem się z tym, jak obce jest mi to miejsce. Na ulicach napisy w dziwnym alfabecie. W telewizji niezrozumiała mowa. Życzliwa staruszka, która wskazała nam drogę, potwierdzała to, czego dowiedziałem się w jeszcze w Polsce – że poza Tokio ludzie nie mówią po angielsku. Nagle, pośród tego zalewu japońskich słów, moje czułe ucho wyłowiło jakiś znajomy dźwięk. Coś bliskiego memu sercu, co od czasu do czasu słyszałem w ojczystym kraju.

To burczał z głodu mój brzuch.

Chyba nigdy nie zapomnę mojego pierwszego posiłku w Japonii. Nie dlatego, że był wyjątkowy (choć był bardzo japoński), ale dlatego, że zrobiłem poniższe zdjęcie.

Kanapka ze Starbucksa i mrożona zielona herbata z automatu. Dlaczego to jest takie japońskie? Starbucks, który w Polsce awansował do rangi mekki hipsterów i dodaje milion punktów do lansu, w Japonii jest średnio na co drugim rogu. Małe klitki, kilkupiętrowe lokale – do wyboru, do koloru. Natomiast automaty z napojami występują ze średnią częstotliwością dwóch na każdy róg budynku. Są automaty z napojami, lodami, gazetami, papierosami, mlekiem, bananami…

Kanapkę i herbatę kupiłem po przylocie na lotnisku Narita, pod Tokio – i zjadłem ją natychmiast. Teraz byłem w Kioto. Emocje ustąpiły miejsca podstawowym instynktom, głód wygonił nas na zewnątrz. Robiąc szybką inwentaryzację tego, co udało nam się po drodze na kwaterę zidentyfikować jako jadłodajnie („tam chyba mijaliśmy McDonalda”, „to chyba była jakaś restauracja – drzwi były zamknięte, ale ze środka pachniało jedzeniem”, „to chyba jednak był stolarz”), skierowaliśmy się w stronę dworca. Po kilkunastu minutach dochodziliśmy do imponującego gmachu.

Dworzec w Kioto jest atrakcją sam w sobie. Autentycznie. Władze postanowiły zapobiec odpływowi młodzieży na zagraniczne wakacje i zbudowały dworzec, który ma przyciągać. To drugi największy dworzec w Japonii (a Kioto jest relatywnie małym miastem, z populacją około 1,5 mln). Na dwóch poziomach można się nieźle zakręcić – jednego dnia obeszliśmy go dookoła, szukając sklepu, który był tuż obok miejsca startu. Przejścia, zejścia, schody, perony – gdyby nie idealne, japońskie drogowskazy, byłoby krucho.

Oczywiście, pisząc „dwa poziomy” mam na myśli tylko poziomy przeznaczone na działalność kolejową. Nad nimi wznosi się kilkanaście pięter ze sklepami, restauracjami, hotelem. I masą zakamarków, gdzie można po prostu usiąść z dziewczyną albo książką (prędzej to drugie, Japończycy nie są mistrzami w publicznym okazywaniu uczuć).

Atrakcja atrakcją, ale kiszki coraz głośniej grały marsza. Dokąd pójść? Co zjeść? Wszystko napisane tymi dziwnymi krzaczkami, znikąd pomocy. Przeczucie mówiło nam, że na dworcu znajdziemy coś, czego będziemy pewni, ale z drugiej strony – ile czasu przyjdzie nam tego szukać? Gdy tak głodowaliśmy, czekając na przejściu dla pieszych, postanowiłem zasięgnąć języka. Moją uwagę przyciągnęły dwie pary, stojące przed nami.

– Przepraszam bardzo, wiecie państwo, gdzie tu można coś zjeść?

– O, dzień dobry – szósta godzina w Japonii i już gadam z Polakami. – Zjeść? Chwileczkę… tu niedaleko jest dobra restauracja, z przystępnymi cenami. O, mamy nawet do niej kupon zniżkowy. My już wyjeżdżamy, a państwo od dawna w Kioto?

Jak myślicie, ile potem musiałem czekać, żeby ponownie spotkać rodaków? Coś koło doby.

Poszukiwanie restauracji, która jest „tu niedaleko” („przecznicę, nie, dwie przecznice dalej, po lewej, na piętrze”) wydało nam się zbyt czasochłonne. Śmierć głodowa zajrzała nam w oczy, więc sięgnęliśmy po najbliższe rozwiązanie. Dworcowe restauracje. Po krótkich poszukiwaniach – w końcu dworzec jest atrakcją dla Japończyków, a więc napisy ma głównie po japońsku – udało nam się znaleźć piętra z jedzeniem (były to dwa ostatnie piętra, żeby nie było za blisko). Weszliśmy do restauracji, której wystawa prezentowała się najciekawiej. No właśnie – wystawa. Każda restauracja albo nawet mała knajpka ma obok wejścia szklaną gablotkę, w której prezentuje atrapy serwowanych potraw. W ten sposób od razu wiadomo, czego można skosztować wewnątrz. Zastanawiam się tylko, czy te plastikowe potrawy są robione osobo dla każdego punktu, czy może sklejane ze standardowych elementów składowych?

Stolik obok nas okupowała grupa Amerykanów wraz ze swoją japońską przewodniczką. Ta, widząc nasz zmieszany wzrok prześlizgujący się po karcie dań, doradziła nam, co warto zjeść (na szczęście jej angielski był idealny). Okazało się, że trafiliśmy do miejsca, które serwuje tradycyjne japońskie kotlety w panierce. Takie schabowe, ale jedzone pałeczkami. Do posiłku przysługiwała darmowa dolewka zupy i dokładka surówki – kelnerzy kilkakrotnie podchodzili do nas, ale zdecydowanie odmawialiśmy: porcje i tak były spore, a do tego pyszne, nie chcieliśmy pęknąc z przejedzenia. Wreszcie spytaliśmy sympatycznej przewodniczki, czy te nasze odmowy nie są przypadkiem niegrzeczne.

– Nie – odparła zdecydowanie. – Obsługa z pewnością nie czuje się obrażona waszymi odmowami. W końcu widzi, że nie jesteście Japończykami.

Po raz kolejny – po sugestii przesiadki na mniejszym dworcu – dostaliśmy w Japonii taryfę ulgową. Może nie będzie tak źle?

O japońskim jedzeniu będzie osobny wpis, jeśli nie dwa. Tu tylko garść podstawowych informacji. W knajpach i restauracjach na dzień dobry dostajecie darmową wodę. Czasem jest to zielona herbata. Niektóre lokale mają menu po angielsku, na dodatek ze zdjęciami – więc zamówienie można złożyć jednym palcem (dotyczy to też lokali spod znaku dwóch żółtych łuków). W miejscach innych niż fast foody wraz z zamówieniem dostajecie rachunek. Po skończonym posiłku należność uiszcza się u kasjera w kasie (a nie, jak u nas, przy stoliku). Raczej nie ma co liczyć na płatność kartą. I najważniejsze – nie zostawia się napiwków. A uwierzcie mi, będziecie chcieli, bo poziom obsługi… tak, temu tez poświęcę osobny tekst.

Po jedzeniu pora rozpocząć zwiedzanie. Jedną z największych atrakcji, czyli dworzec, mieliśmy pod nosem, więc tu był nasz start. Wyruszyliśmy zdecydowani zajrzeć w każdy zakamarek i opuściliśmy budynek, gdy zapadła już noc. A i tak zapewne wszystkiego nie widzieliśmy (to przeczucie towarzyszyło nam podczas całego pobytu w Japonii). Małe fontanny, urocze altany, przeszklony korytarz na wysokości dziesiątego piętra (albo i wyżej, nie liczyłem). No i schody.

Oczywiście, atrakcje rozciągają się też poza dworzec. Na placu przed głównym wejściem stoi taka fontanna.

A naprzeciwko dworca pręży się wieża widokowa. W porównaniu z tą, którą przyszło mi zobaczyć potem, dość niska, ale na początek też robiła wrażenie.

Gwiazdy migotały na japońskim niebie, gdy wyruszyliśmy w drogę powrotną na naszą kwaterę. Nagle mój wzrok padł na stojący naprzeciwko dworca budynek. Salon pachinko, jeden z moich punktów na liście „must see in Japan”!

Tytułem wyjaśnienia – pachinko to takie skrzyżowanie jednorękiego bandyty z filpperem. W Japonii hazard jest nielegalny, więc uzależnieni od wydawania własnych pieniędzy Japończycy mogą korzystać z takich przybytków. Gdzie nie wygrywa się pieniędzy. Przynajmniej oficjalnie. Ponoć takie miejsca kontroluje jakuza – japońska mafia. A nagrodę pieniężną można odebrać gdzieś z boku. Tyle niesprawdzonych przeze mnie pogłosek.

A więc mamy przed sobą salon pachinko. Jedno z licznych szaleństw Japonii. Miejsce kontrolowane przez mafię. Po prostu musiałem to zobaczyć. Pewnym krokiem ruszyliśmy w stronę drzwi wejściowych. Gdy tylko się otworzyły, ciszę nocy rozdarł huk, a fala uderzeniowa cisnęła nami o ścianę.

Ciąg dalszy nastąpi, komentujcie też na FB.

W następnych odcinkach: jak mówiło do mnie miasto, co poza dworcem można zobaczyć w Kioto oraz skrzypiąca podłoga kontra ninja. No i instrukcja głaskania płaszczki.