Podróż życia – część I

Niedowierzanie. To wtedy czułem.

– Ej – krzyknąłem elokwentnie w głąb mieszkania – wiesz, że tu pod zlewozmywakiem nie ma śmietnika?

– Pogański kraj – skwitowała to z uśmiechem Ukochana, wchodząc do mikroskopijnego przedpokoju, gdzie znajduje się aneks kuchenny. – A zauważyłeś, że na ulicach też nie ma śmietników?

Starałem się wydobyć z zakamarków pamięci obraz choćby jednego kosza na chodniku, ale faktycznie – żadnego nie mijaliśmy. Co ciekawe, nie widziałem też ani jednego papierka leżącego na ziemi. Jak to możliwe? Co to za miejsce?

Cząstka mnie powtarzała cały czas „jakoś to będzie, jakoś to będzie”. Oczywiście, myliła się.

Wszystko zaczęło się od problemów z płatnością. Nie pamiętam już, jak bardzo się zdenerwowałem, gdy system zaczął odrzucać moją kartę. Każda kolejna próba zapłaty wymagała ponownej rezerwacji miejsc, a te znikały w zastraszającym tempie. W końcu taka promocja nie trafia się co dzień – ba, nie trafia się co roku! Pamiętam tylko, jak bardzo mi ulżyło, gdy wreszcie udało się zapłacić. Niestety, czas zadziałał na naszą niekorzyść i musieliśmy kupić bilety powrotne jeden dzień wcześniej. Urlop krótszy o dzień! Nie ukrywam, że zepsuło nam to humory. Siedzieliśmy lekko naburmuszeni przez dobrą minutę. Wreszcie rozżalenie zaczęło ustępować.

– Wiesz – zaczęła nieśmiało Najmilejsza – jedziemy do Japonii…

– Nooo – potwierdziłem, jak na kulturalnego i wykształconego człowieka przystało. – Jedziemy do Japonii…

– Jedziemy do Japonii! – od tego momentu krzyczeliśmy to nawzajem. Oto miało się spełnić nasze wspólne marzenie.

Zaczęło się całe przygotowanie – szukanie noclegów, organizacja przejazdów, wybór przewodnika. Czytanie dostępnych książek i spotkania z ludźmi, którzy byli w Japonii (Magda i Tomek – jeszcze raz wielkie dzięki). Co spakować? W które walizki? Czy mamy wszystko? Czy są potrzebne jakieś szczepienia? W tym celu zadzwoniłem do Akademickiej Centrum Medycyny Morskiej i Tropikalnej  w Gdyni.

– Wie pan – usłyszałem w słuchawce głos lekarza – to raczej oni powinni się szczepić przeciwko nam.

Po ogarnięciu takich podstaw dalej poszło już z górki. Upchnąć wszystko do walizek. Pojechać Polskim Busem do Warszawy (po raz pierwszy podczas moich wojaży tym środkiem transportu przydarzyła się awaria po drodze, na szczęście nie wierzę w złe omeny). Z Warszawy wylecieć o nieludzkiej porze do Paryża. W Paryżu pograć na lotnisku na Playstation 3.

Z Paryża polecieć wielkim Airbusem A380 do Tokio. I nie móc po drodze obserwować trasy z kamer pokładowych, bo była noc, do tego niebo pod nami było zachmurzone.

I tak wreszcie, po blisko 20 godzinach od opuszczenia mieszkania w Warszawie, dotknęliśmy kołami japońskiej ziemi, a z pokładowych głośników usłyszeliśmy „welcome to Tokio”. Gdy już przebrnęliśmy przez odbiór bagażu i wszelkie formalności imigracyjne, stanęliśmy w hali przylotów lotniska Narita. Taki nieco brzydszy Dworzec Centralny, myślę sobie, ale nie ma czasu na kontemplację architektonicznych detali. Trzeba znaleźć agenta kolejowego i wyruszyć dalej. Na szczęście nie trzeba było go długo szukać.

Na miejscu odbieramy kupione uprzednio tygodniowe bilety, upoważniające nas do poruszania się pociągami Japan Rail. To ważne – JR Pass nie można kupić w Japonii, trzeba go zamówić przed przylotem. Z naszymi biletami udajemy się do kasy i mówimy, że chcemy się dostać do Kioto. Przemiły pan rezerwuje nam miejsca, podaje bilety, tłumaczy wszystko.

– Pojedziecie do centrum Tokio – mówi płynnie i pewnie po angielsku i jest to jeden z niewielu takich przypadków – i tam możecie przesiąść się na shinkansen do Kioto.

Shinkansen! Słynny pociąg – pocisk! Wiedziałem, że będziemy nimi jeździć, ale na lotnisku dopadła mnie jakaś dziwna fala ekscytacji.

– Ale lepiej przesiądźcie się stację za Tokio – dodał przemiły pan. – Tokio to duży dworzec, a stację dalej nie zgubicie się. Macie 17 minut na przesiadkę, to Wam wystarczy.

Czyli na dzień dobry przemiły pan potraktował nas jak idiotów, którzy nie będą potrafili przesiąść się z pociągu na pociąg. Ale zapewne wie, co robi. Niewykluczone, że po podziemiach tokijskiego dworca głównego wałęsają się tłumy turystów, którzy nieopatrznie postanowili właśnie tam się przesiadać. Postanowiliśmy więc zaufać profesjonaliście i zrobiliśmy, jak nam kazał.

Przejazd japońskim pociągiem to temat na osobny wpis, a może dwa. Dość powiedzieć, że szczęka opadła mi kilkakrotnie. Ale wreszcie, po przejechaniu nieprzyzwoicie wielu kilometrów w nieprzyzwoicie krótkim czasie, dotarliśmy do Kioto. Uzbrojeni w mały wydruk z booking.com oraz plan Kioto z dworcowej informacji dla Japończyków, rozpoczęliśmy poszukiwania naszego lokalu. Wreszcie, gdy dotarliśmy na miejsce, gdzie gąszcz małych uliczek wykluczał dalsze kierowanie się tylko moją kobiecą intuicją, przyszła pora na pierwszy kontakt z tubylcem.

Napotkana staruszka pieliła kwiaty w doniczce przed wejściem do swojego domu. Miała bojowego jamnika. I nie mówiła ani w ząb po angielsku. Na szczęście mój wydruk był też po japońsku, wiec przemiła pani, po chwili zastanawiania się i domofonowej konsultacji z koleżanką, wzięła rower i pokazała, żeby iść za nią.

– American? – spytała, a ja przypomniałem sobie, że dla Japończyków każdy biały na początek jest Amerykaninem.

– Iie, Poorando-jin (nie, Polak) – rok nauki japońskiego nie poszedł na marne, myślę sobie.

– A, Poorando… – mówi pani, po czym wystrzeliwuje z siebie jeszcze kilka słów z prędkością karabinu maszynowego, zakończając całość sylabą „ka”, co oznacza zadanie pytania. Super. Tu przyszła pora na kolejne błyśnięcie znajomością jej języka.

– Nihon-go wakarimasen (nie rozumiem po japońsku).

Pani pokiwała ze zrozumieniem głową, ale na szczęście już docieraliśmy do naszego lokum, więc krępująca cisza nie utrzymywała się długo. Podziękowaliśmy, kłaniając się nisko – dokładnie tak, jak podpatrzyliśmy u Japończyków.

Klucz czekał na nas w skrytce koło drzwi, zabezpieczonej szyfrem. Po otwarciu drzwi mieszkania natrafiliśmy na nierealistycznie wysoki próg oraz zapisaną prośbę o zdjęcie butów przed wejściem dalej. Krótki rekonesans ujawnił małą łazienkę, mikroskopijną toaletę i średniej wielkości pokój. Niby wszystko tak samo jak u nas, ale jednak w powietrzu wyczuwało się, że coś tu nie gra. Tknięty przeczuciem popędziłem do korytarza i zajrzałem do szafek znajdującego się tam aneksu kuchennego. Zajrzałem i nie wierzyłem własnym oczom.

– Ej – krzyknąłem elokwentnie w głąb mieszkania – wiesz, że tu pod zlewozmywakiem nie ma śmietnika?

Ciąg dalszy nastąpi.

To pierwszy z odcinków, opisujących moją wyprawę życia. Poza opisem samej podróży, będę zamieszczał też wpisy pokazujące niektóre z elementów codzienności w Japonii. A w następnych odcinkach między innymi: co myśli karmiona małpa, jak smakuje pot z butelki i co wyjdzie z połączenia Myszki Miki z wibratorem. Oraz – jak szybko po przylocie do Japonii można usłyszeć język polski.

PS: jak ktoś jeszcze nie wie – komentować można też na Facebooku.