Cham z Warszawy

Myślicie, że mieszkaniec Los Angeles debatuje z mieszkańcem Chicago o problemach mieszkańców Waszyngtonu? Albo prasa z Hamburga zastanawia się nad berlińczykami? Pytam, bo wydaje mi się czasem, że nie ma ciekawszego tematu niż tożsamość warszawiaków (i jej kryzys).

Tematy okołowarszawskie pojawiają się w mediach ogólnopolskich zastanawiająco często. A to problemy z metrem, a to z lotniskiem. Wiadoma rzecz, stolica – i każde słowo zbędne. Trudno informować o problemach z metrem w Gdańsku albo Wrocławiu. Niemniej mam już drobny przesyt. Od jakiegoś czasu doszedł jeszcze problem mitycznych lemingów z Wilanowa czy złowieszczych słoików (nie będę tłumaczył tych pojęć, bo chyba już się na dobre zagnieździły w języku). Skutkiem tego w minionym tygodniu przez mniej i bardziej poważne tytuły przeszła dyskusja o nowym symbolu Warszawy.

Oto w konkursie na warszawski neon wygrał wizerunek trzech słoików z kreatywnym podpisem „warszawskie słoiki”. Według autorów projektu – neon ma za zadanie pokazać otwartość Warszawy (na przyjezdnych, zwanych właśnie słoikami) oraz odczarować samo słowo „słoik”, uczynić je sympatyczniejszym.

Bardziej kretyńskiego wyjaśnienia nie słyszałem od czasu „może miała trzynaście lat, ale to były inne czasy i artystom wolno więcej”. Jeśli neon ma symbolizować otwartość, to dlaczego słoiki na nim są zamknięte? No i najważniejsze – „słoik” ma dziś znaczenie dość mocno pejoratywne. „Odczarowywanie” go jest równie sensowne, jak oswajanie słów „moher” czy „leming”. A może zróbmy też neony ze słowami „pedał” albo „czarnuch”?  Oczyma wyobraźni widzę cały cykl neonów z hasłami „warszawski leming”, „warszawski pedał”, „warszawskie żydy” – wszystkie odczarowujące i pokazujące otwartość.

Z drugiej strony – szalenie bawi mnie spinanie się „rodowitych” warszawiaków, którzy na owych „słoikach” wieszają psy. Prawdopodobnie dla niektórych najlepiej byłoby zamknąć Warszawę dla wszystkich przyjezdnych i pozwolić w niej żyć tylko tym, którzy siedzą w niej z dziada pradziada (albo od 1945). Hejt, jaki przy byle okazji wylewają ci frustraci każe mi zakładać, że oni sami są genetycznie zamknięci na obcych. Wielopokoleniowy chów wsobny jest tu jedynym wyjaśnieniem.

Można to towarzystwo oczywiście zostawić, aby kisiło się w swoim sosie, ale ponoć niechęć do przyjezdnych jest tym, co warszawiacy zabierają ze sobą na wakacje. Stąd na przykład artykuły w trójmiejskiej Gazecie oceniające charakter warszawiaków. Że to buce skończone. Wywyższają się nad miejscowych. Każdą wypowiedź zaczynają od słów „u nas w Warszawie…”, a za obwodnicą stolicy zaczyna się dla nich trzeci świat. Media rozważają, czy to cecha charakterystyczna dla warszawiaków zasiedziałych, napływowych, czy po prostu to miasto tak psuje ludzi. Czy wszyscy ze stolicy mają słomę w butach, czy tylko co drugi. I czy faktycznie są jacyś lepsi, czy to tylko poza.

Przyznam, że ja też czuję drobny zgrzyt, gdy za nieoficjalny hymn Warszawy robi piosenka „Nie masz cwaniaka”. Która gwarantuje mi ciężkie uszkodzenia ciała za jakąkolwiek, nawet krytyczną uwagę pod adresem stolicy. Ale czy nie jest tak, że widzimy źdźbło w oku bliźniego, a belki we własnym już nie?

W Poznaniu mają powiedzenie „na wschód od Konina Azja się zaczyna”. W Krakowie regionalne mówienie „wychodzę na pole” (zamiast „na dwór”) tłumaczy się prosto – jak ktoś całe życie mieszka we dworze, to wychodzi na pole, a jak ktoś mieszkał na polu (w podtekście „na wsi”), to wychodzi na dwór. Milczeniem pominę antagonizmy Gdańska i Gdyni czy Torunia i Bydgoszczy. Zobaczcie na trójmiejskich portalach, jaka jest opinia o mieszkańcach Kaszub. I to nie tylko o ich zdolnościach za kierownicą. Pewnie w innych miastach jest podobnie – a zawsze pozostaje stary, dobry podział na fajne miasto i obciachową „wiochę”.

Może się okazać, że paskudne zachowanie to nie jest tylko cecha Warszawy. Po prostu może reszta Polski nie zabiera swoich wąskich horyzontów w podróż i nie jest tak bezpośrednia jak warszawiacy. Dobrze byłoby znaleźć magiczny czynnik robiący buca z człowieka – i jeszcze żeby ten czynnik leżał tak daleko od nas, aby nie mógł nas dotyczyć. Ale to tak nie działa. Z chamstwem i brakiem wychowania należy walczyć bez względu na geografię.

  • Gdyby jeszcze Warszawa miała obwodnicę…

    • W wersji szczątkowej coś tam chyba ma, nieprawdaż?;) No coś w stolicy musi rogatki wyznaczać…

      • no jednak ciężko jest z tą „obwodnicą”

  • zapomniałeś o walce zielona góra vs. gorzów.
    oczywiście, że falubaz górą!
    widzew cenię wyżej niż łks!

    a mnie się najbardziej podobał neon +48 22.
    prosty, zgrabny, i wszyscy wiedzą o co CHO.

  • To jest coś co „robi” za oficjalny hymn? heh, dobre, nie wiedziałem 😉

    A tak na marginesie: nie za bardzo rozumiem. Najpierw najazd na warszawiaków, później próba tłumaczenia, że mieszkańcy dużych miast „tacy są” (ta paskudna cecha), by później wrócić do tematu z morałem że jednak nie, to tylko warszawiacy potrafią „swe wąskie horyzonty” zabrać w podróż.

    Ja odwracam kota ogonem. Dla mnie buc jest bucem, niezależnie czy z Warszawy, Krakowa czy Gołdapi. A uważanie że miejsce zamieszkania ma wpływ na kulturę osobistą: uważam wąskim horyzontem myślenia.

    Zgodzisz się?

    • Witaj!
      To nie jest oficjalny hymn. Nawet napisałem to w notce. Używając podchwytliwie słówka „nieoficjalny”:)

      Cholerka, trochę mi zabiłeś ćwieka. Może powinienem dopracować proces twórczy? Pisanie, czytanie dla sprawdzenia, sprawdzenie przez Tajemniczego Edytora – a Ty piszesz „nie rozumiem” i chyba masz rację. Bo ani nie najeżdżałem na warszawiaków, ani nie tłumaczyłem buców tym, że tacy są. Bo tego się nie da wytłumaczyć. Niemniej do wniosków doszliśmy identycznych, tylko że ja nie zawsze lubię pisać jak chłop krowie na rowie, więc ostatnie zdanie brzmi tak, a nie inaczej. Buc to buc, a buców trzeba tłuc. I dodam jeszcze: kto buców nie tłucze, ten sam jest bucem. Taki cytat pasujący do kontekstu.* Czyli fajnie, że się zgadzamy.

      * Mam na myśli oczywiście tłuczenie w sensie metaforycznym, tu się nie namawia do przemocy. Nawet względem głupich.