W walce o nowy, lepszy świat

Czy świadomość własnej nieestetyczności nie pozwala Ci spać? Patrzenie w lustro powoduje depresję, a rzut oka za okno wpędza Cię w myśli samobójcze? A może dusi Cię pszaśno – buraczany żywot w tym paździerzowym kraju? Na szczęście tabun dobrych wróżek czuwa nad Tobą, aby codziennie przemieniać Twoje łachmany w suknię balową, a dynię w złoconą karocę.

Zacznijmy od wielkiego świata. Dobrze wiedzieć, że gdy my śpimy, za Wielką Wodą ktoś czuwa, aby nasz wzrok nie spoczął na kimś brzydkim. Sklep Abercrombie & Fitch wyjaśnił, dlaczego nie ma w swojej ofercie ubrań kobiecych w rozmiarach XL i XXL. To dziecinnie proste – nie chcą, aby kobiety z nadwagą nosiły ich produkty. Nie chcą, aby ich marka kojarzyła się z kimś tak nieeleganckim jak otyli.

Ktoś powie – czemu nie? Prywatny sklep, prywatne zasady. Nie lubią grubych, bo nie muszą. A może nawet ich akcja zmobilizuje kogoś do zrzucenia wagi? W sumie nie ma się do czego przyczepić. No, może poza faktem, że wypowiedź przytoczona w podlinkowanym artykule, brzmi jak słowa ostatniego buca. Ale grunt, żeby nazwy sklepu nie przekręcić.

To może być fajna strategia marketingowa. Wystarczy wybrać sobie jakąś mniejszość (albo, jak w przypadku A&F w USA, może to być nawet większość) i zacząć ją dyskryminować. Ja, gdybym miał sieć sklepów, zabroniłbym wpuszczać do środka rudych. Albo łysych. Najlepiej jednych i drugich – argumentując to troską o doznania estetyczne moich klientów. A gdyby okazało się, że jednak niepożądany element może kręcić się po moim sklepie, wypuściłbym całą linię ubrań z wielkim napisem „To nie jest dla rudych i łysych”.

Przy takim podejściu mógłbym spokojnie rozszerzyć mój zakaz na Żydów, czarnych i Cyganów. Mogę nie chcieć ich obsługiwać? Mogę.

Szychom z A&F proponuję otwieranie swoich sklepów na dziesiątym piętrze budynków bez windy. To w naturalny sposób wykluczyłoby najbardziej otyłych z jakichkolwiek wizyt w sklepie. O zakupach mogliby tylko pomarzyć przy torciku czekoladowym. Dodatkową korzyścią byłoby odcięcie dostępu dla wszelkiej maści niepełnosprawnych ruchowo. Przecież oni też są tacy brzydcy…

Niepotwierdzona plotka głosi, że A&F nie przekazuje nawet nadwyżek swoich ubrań na cele charytatywne. Bo nie chce, aby ich ubrania nosili bezdomni, robiący im słaby PR. To są ciuchy dla naturalnej arystokracji i już. Pewnie doszli do takich wniosków, obserwując słowiańskie kobiety z zapadłych mieścin, dumnie paradujące w gumiakach i z torebką LV. Choć nieco brakuje A&F do poziomu Disney’a, który domagał się bezwarunkowego zniszczenia przechwyconego transportu podróbek swoich ubrań dziecięcych. Pomimo oferty celników, że odprują podrobione znaki handlowe i przekażą owe ubranka sierotom.*

Z taką klasą trzeba się urodzić. Wy nie hejtujcie, Wy się uczcie.

Niewykluczone jednak, że przy obecnych trendach A&F będzie musiał poszerzyć swój asortyment. Nie ze względu na inwazję chorobliwej otyłości. Po prostu coraz częściej w mediach promuje się tak zwane „modelki plus size”. Równocześnie z modelkami anorektycznymi – tak, jakby kobiety nie pasujące do żadnego z tych kanonów miały być zgromadzone w obozach za miastem. Patrząc w media, piękna kobieta to albo „Auschwitz glamour”, albo osobnik zdolny zniszczyć Tokio. I właśnie przedstawicielka jednego z tych nurtów modowych zabrała głos w sprawie męskiej fryzury.

Anja Rubik w swoim felietonie dla pisma, które pokazuje też kobiety o pełniejszych kształtach, napisała, że dorosłemu mężczyźnie nie przystoi strzyżenie się na krótko. No, chyba, że jest w wojsku. Albo jednak nie jest dorosły. W każdym innym przypadku krótkie strzyżenie lub sztucznie stworzona łysina jest absolutnie passe. Kojarzy się z niedojrzałością bądź dresiarstwem. Prawdziwy mężczyzna ma bujne kędziory, które z zaangażowaniem trefi co rano (chyba, że coś tam klaszcze za borem). Używa przy tym nie tylko grzebienia czy szamponu. I na świecie już to rozumieją, tylko nad Wisłą jest jakiś opór materii. Bo Polak musi się strzyc na zapałkę, nieokrzesaniec jeden.

Internetowi hejterzy nie pozostali dłużni i – zapominając, że argument ad personam po prostu nie przystoi – wytknęli modelce pociągłą, końską twarz. A wystarczyło jedynie uderzyć w podobną poetykę, co sama Rubik. Moim zdaniem pięknej kobiecie nie wypada mieć sterczącej miednicy. No i niedopuszczalne jest, aby celebrytka miała nierozwiązany problem logopedyczny bądź uciekała przed ortodontą.

Złośliwości na bok. Pani Rubik może lubić wplatać (a nawet zaplątywać) swoje szczupłe palce we włosy ukochanego, ktoś inny woli delikatne kłucie szczeciny na głowie. Jak to mawia Robert Górski – jeden lubi, jak mu Cyganie grają, drugi, jak mu nogi śmierdzą. Mi ktoś kiedyś powiedział, że prawdziwy mężczyzna jest zawsze o krok za modą. Czyli, mówiąc eufemistycznie, ma to wszystko w dupie, bo w życiu mężczyzny włosy (o ile nie są na zaczeskę bądź rude) to najmniejszy problem.

Przypominają mi się też słowa śp. Stephena Covey’a, autora „Siedmiu zasad skutecznego działania”. Napisał on, że ogolił się celowo na łyso. W ten sposób, gdy inni tracą rano czas na mycie włosów i ich czesanie, on już może pracować dla swoich klientów. To też jest jakiś punkt widzenia. Ale w świecie Anji Rubik funkcjonalność ma rolę służebną wobec piękna. Krótkie włosy są brzydkie i trudno dla nich znaleźć usprawiedliwienie. Polscy mężczyźni muszą się jeszcze tyle nauczyć, zanim zostaną wpuszczeni na światowe salony. Póki co niech tkwią skoszarowani nad Wisłą, brzydale.

Zostawmy modelkę i zejdźmy na jeszcze niższy poziom. Z „międzynarodowy, ale jednak nasz”, na „zupełnie swojski”. Celebrytka Magda Gessler weszła w konflikt z podsłupskim hotelem, gdzie nocowała podczas realizacji swojego programu. Wedle przekazów medialnych, zachowywała się, jakby nie zjadła Snickersa – m.in. chcąc zapłacić za pobyt w barterze. Recepcjonistka, która ostatecznie doprowadziła do uregulowania rachunku, wyrasta na nową bohaterkę mas – bo pokonała samą Magdę Gessler.

Nie jest nam dane poznać racje i wersje wszystkich stron, bo prawnicy i doradcy pani Gessler zasugerowali jej powściągliwość w komentowaniu tej sprawy. Trochę szkoda, bo w ten sposób dysponujemy tylko jednostronną relacją. I nie dowiemy się, jak restauratorka odnosi się do zarzutu przywitania stróża hotelowego ciepłym „co się kurwa gapisz”. Może kuchenne rewolucje pociągają też za sobą kuchenną łacinę? Szkoda też, że żaden z dziennikarzy nie pociągnął wątku interwencji u hotelarza w sprawie pani Gessler samego prezydenta Słupska.

Pomimo zakazu celebrytka jednak przemówiła. Na przykład uraczyła wszystkich przecudnym, geograficznym bon motem „mnie się ciągle wydaje, że jestem w Europie, a jestem po prostu w Polsce”. Jakie to śliczne, prawie jak ciągłe mówienie o Polsce per „ten kraj”. Na szczęście gwiazda TVN nie siedzi z założonymi rękoma w tej brzydkiej, azjatyckiej Polsce. Zakasuje rękawy i działa. Chciałbym zwrócić Waszą uwagę na inny fragment wypowiedzi restauratorki (podkreślenie moje):

Moją misją jest wnoszenie do naszej zgrzebnej rzeczywistości dobrego smaku(…)

Ponieważ o pani Rubik było mniej, niż o A&F, to wypadałoby analogicznie postąpić z panią Gessler. Dlatego napiszę tylko krótko: pani Magdo, dziękujemy! Naprawdę nie trzeba!

* Tytułem uzupełnienia – ruch Disney’a był podyktowany wyłącznie dbałością o postrzeganie jakości własnej marki i szacunkiem dla ciężkiej pracy małych, żółtych rączek, które szyją dla nich ubrania (chrzanić małe, żółte rączki, szyjące podróbki, zapewne na zapleczu tej samej fabryki). Dlatego po komisyjnym spaleniu podróbek, firma przekazała sierotkom oryginały. Mięczaki.