Ile dni ma rok i inne łamigłówki

Czy w tej galerii jest Kantor? Poprzednie zdanie w ciągu minionego ćwierćwiecza zupełnie zmieniło swoje znaczenie. A dwa poprzednie zdania są żartem, który niestety śmieszy coraz mniej osób.

Te dwa filmy od kilku dni zdobywają Internet. Jeśli jeszcze ich nie widzieliście, to rzućcie okiem. Uprzedzam tylko, że obejrzenie obu naraz w całości może być przyczyną załamania nerwowego, gniewu i utraty wiary w ludzi.


Reporterzy lokalnej stacji zaczepiali gimnazjalistów wychodzących z egzaminu. I zadawali im niesamowicie proste pytania – takie, jak przytoczone we wstępie. Oraz o liczbę i nazwy kontynentów, państwa graniczące z Polską czy partię rządzącą w Polsce. Dla średnio inteligentnej osoby odpowiedzi na te pytania to najwyżej chwila zastanowienia.

 

Tymczasem gimnazjaliści najczęściej odpowiadali „nie wiem”. A jak już próbowali odpowiedzieć, to potwierdzali powiedzenie, że lepiej milczeć i wyglądać na głupiego, niż odezwać się i rozwiać wszelkie wątpliwości. Dla porównania – zagadnięty degustator napojów wysokoprocentowych (oceniam stereotypowo po wyglądzie, ale stereotypy są szalenie przydatne) odpowiedział prawidłowo i bez zająknienia.

Zestawiając pokazany na filmach ogrom niewiedzy z moją oceną gimnazjalistów mogę tylko usiąść i zapłakać. Nie wiem, kto będzie pracował na moją emeryturę. Nie wiem, jak będzie wyglądało życie w Polsce za dziesięć – piętnaście lat. Aż strach się bać, co będzie w mediach i jacy będą politycy.

Z czego wynika tak żenująco niski poziom wiedzy? Dosypują im czegoś do wody? A może nauczycielom się nie chce ich uczyć? Albo wiedzy, wtłaczanej im do głów jest tak dużo, że nie mogą jej ogarnąć?

O tym, że polskie szkoły mają anachroniczny system nauczania, mówi się od dawna. Brak nacisku na pracę zespołową, nieumiejętność praktycznego przekazywania wiedzy – te hasła słyszy się co jakiś czas. Oraz nadmiar wiedzy encyklopedycznej, która w dobie Internetu jest o trzy kliknięcia stąd. I z tym się generalnie zgadzam. Problem powstaje, gdy zaczynam patrzeć na możliwe rozwiązania sytuacji.

Ostatnio wpadł mi na ekran tekst blogera z natemat.pl, pana Hetmana. W swoim artykule pisze on, że wiedzy, przyswajanej w szkole, w większości nie wykorzystał w życiu dorosłym. Posługuje się oklepanym przykładem z budową pantofelka – bo i po co to komu? Mówi, że większość dorosłych nie spotkała się z funkcją kwadratową. I zapewne ma rację. A skoro tak, to – pyta bloger – czy warto uczyć tego wszystkiego w szkole? I natychmiast odpowiada: nie, nie warto.

Myli się.

Wyobraźmy sobie młodego człowieka, który postanawia zostać inżynierem i budować mosty. Albo projektować laserowe promienie zniszczenia – cokolwiek, co można robić po polibudzie. Zapewne w swoim życiu zawodowym będzie potrzebował funkcji kwadratowej, całek, a może nawet wzoru na pole kwadratu.

Czy to wszystko ma sobie przyswoić w ciągu szkółki wakacyjnej przed rozpoczęciem studiów? A skąd będzie wiedział, że sobie z tym poradzi? W jaki sposób zaszczepi się pasją do danej dziedziny wiedzy? Biegając po podwórku i wchodząc w niezbędne interakcje z podobnymi sobie? Ucząc się pracy zespołowej nad abstrakcyjnymi projektami? Nie oszukujmy się – szkoły zorganizowane w ten sposób byłyby wcześniejszym odpowiednikiem pomaturalnych kursów zarządzania, zwanych szumnie studiami. Wszyscy szli na zarządzanie, bo to fajne i potrzebne – a teraz mamy deficyt inżynierów.

Poza tym podstawowa wiedza ogólna to jest (powinien być) pewien cenzus, odróżniający osobę wykształconą od niewykształconej. Przy podejściu, jaki zaprezentowali gimnazjaliści na filmie, nie ma szans na wskazanie, kto wyszedł ze szkoły, a kogo z niej wyrzucili. Zresztą, to tylko czubek góry lodowej. Z okazji 150 rocznicy powstania styczniowego pokazano zatrważające wyniki badań, z których wynikało, że Polacy wiążą je ze zrywem przeciwko hitlerowcom. Na filmie młodzi ludzie mają problem z podaniem tytułu polskiego hymnu.

Przyznam się Wam, że ja nawet nie pamiętam, jak wygląda pantofelek. Nie kojarzę wiele z chemii czy fizyki. Ale coś tam mi zostało. Dzięki temu mogę spokojnie prenumerować „Wiedzę i Życie” i nawet rozumiem większość artykułów. Mogę rozmawiać z różnymi ludźmi o ich pracy czy pasjach i nie mieć głupiej miny. Nie kompromituję się brakiem wiedzy, która jeszcze niedawno była uznawana za absolutne minimum. Rezygnacja z tej encyklopedycznej wiedzy (fakt, przekazywanej w staromodny sposób) spowoduje powstanie stada idiotów. Już teraz takie jednostki krążą po świecie…

Żeby nie być gołosłownym – raz na jakiś czas trafiam na kogoś, kto skończył studia, pracuje za biurkiem, ma wiedzę z własnej specjalności. I gdy tylko się odezwie, budzi moje skrajne zażenowanie. To są różne kwiatki. Brak rozróżnienia miedzy astronomią a astrologią. Nieumiejętność przypisania wspomnianego już powstania styczniowego do wieku (nie mówię o roku). Mówienie „bynajmniej” zamiast „przynajmniej”, „tą” zamiast „tę”. Mówienie „trzydziesty marzec roku dwutysięcznego dwunastego”. Pisanie „rozumię”. Albo spojrzenie przez mieszkańca Gdańska na logo mojego gdańskiego bloga i stwierdzenie „taaak, z czymś to mi się powinno kojarzyć, ale z czym?”, co spowodowało u mnie kompletny opad rąk.

Pomimo tego ciągle wierzę, że pewnego dnia opowiem komuś ów suchar o Kantorze w galerii i zobaczę przynajmniej uśmiech.

Foto: John / CC BY 2.0

  • to zabrzmiało tak, jakbyś przegapił całą serię: matura to bzdura.

    ale wiesz, generalnie się zgadzam, że jakieś minimum wiedzy ogólnej- to naprawdę jest podstawa.
    czasami spotykam ludzi (niekiedy z wyższym wykształceniem), którzy mają braki na poziomie właśnie takim licealnym, i dziwnie mi.
    ja, mam świadomość swoich niedostatków, mimo tego, że szkołę dawno mam za sobą, jeszcze do niedawna w telefonie miałam układ okresowy pierwiastków, i czasami w podróży z nudów, go sobie przeglądałam.
    wiem, że nie umiem liczyć całek, ale one do niczego nie są mi potrzebne, radzę sobie z funkcjami, i dla czasami właśnie ot tak, dla sprawdzenia siebie rozwiązuję różne zadania matematyczne.

    wiem, że część wiedzy nie jest mi przydatna, nie zgłębiam ruchów jednostajnie przyspieszonych, bo do szczęścia to mi nie jest potrzebne,
    aczkolwiek np. zdarza mi się czytać słownik z idiomami, czy tezaurus do poduszki…

    wiem, że teraz wiedza jest o dwa, trzy kliki na wyciągnięcie ręki, jednak brakuje mi czasów, kiedy ważne było co ma sie w głowie, a nie to, jak szybko potrafi się góglać.

    co jest smutne: brak takiej wiedzy ogólnej- już dawno przestał być obciachem…

    • Nie przegapiłem, nie przegapiłem – i bardzo cenię sobie to, co chłopaki z „MTB” robili. Tylko że oni pokazywali (przynajmniej na początku), jak nam ta wiedza maturalna wietrzeje z czasem. Bo faktycznie ten cholerny pantofelek nie jest przydatny przy liczeniu podatku. Ale tutaj masz gimnazjalistów świeżo po egzaminie. Pytanych o podstawy. Nazwisko prezydenta czy ilość dni w roku to nie jest wiedza z kosmosu.

      To, że brak wiedzy przestał być obciachem, to jedno. Ale drugie, o wiele smutniejsze, to zanik tego, co zauważasz u siebie – wiem, że nic nie wiem. Te gimbusy nie mają świadomości, jakie głupoty sadzą, ale brną bez mrugnięcia okiem. Horror.

      • to może inaczej, ja wiem czego nie wiem.
        ale na tym etapie umiem w miarę ocenić jaki rodzaj wiedzy jest mi przydatny.

        pantofelka pamiętam, choć do niczego mi nie był w życiu przydatny.
        ale już np. wiedza o ciałkach zieleni- tak.
        wiem, że np. żadnych doświadczeń chemicznych raczej w najbliższych 10 latach nie mam w planach, co nie zmienia faktu, że w telefonie miałam układ okresowy pierwiastków i czasem go sobie czytałam.

        dla niektórych dla odmiany- umiejętność całkowania może być takim minimum, więc wiesz.
        ja bym się wstydziła innego rodzaju niewiedzy.

        ale już mniej więcej możesz sobie wyobrazić dlaczego na pewnym etapie – odpuściłam sobie robienie kariery zawodowej jako nauczyciel.
        bo na dodatek w tym systemie, to nie uczeń jest winien, że nie odrobił lekcji, że się nie ‚naumiał”, tylko nauczyciel, że go nie nauczył.
        a niestety pewne rzeczy trzeba po prostu wbić do łepetyny.
        tych nieszczęsnych pierwiastków tak na logikę to nie weźmiesz.