Udawała raka – przez 5 lat

Najpierw w gazecie, potem na blogach i social mediach. Historia kobiety, która udawała raka, nie pozostawiała nikogo obojętnym. Mnie to też ruszyło – stąd ta krótka refleksja.

Na początku przyjmijmy założenie, że wszystko, co jest napisane w artykule, to prawda. Nie możemy w końcu stwierdzić, że coś jest tam kłamstwem. A nawet jeśli jest, to niewiele zmienia to w spojrzeniu, które chcę Wam przedstawić. W spojrzeniu z trzech perspektyw

Rodzina i bliscy

Nie wiem, jak może czuć się mąż tej kobiety. Po pięciu latach zamartwiania się o zdrowie żony, podporządkowywania się jej chorobie – dowiaduje się, że to wszystko była jedna wielka szopka. Ilość myśli, jakie przebiegły przez jego umysł w chwili, gdy dowiedział się prawdy, mogła go przyprawić o wylew. Żona nie ma raka, więc nie umrze, ale jest chora, oszukiwała mnie, oszukiwała innych, ja też innych oszukiwałem… Straszne.

W artykule mowa jest o ojcu Majki. Rodzic kocha swoje dziecko bez względu na wszystko, ale jak tu przynajmniej starać się zrozumieć to, co się wydarzyło? A z drugiej strony przychodzi świadomość, że po tym gigantycznym oszustwie trzeba właśnie teraz będzie być przy dziecku. Bo Majka będzie się zmagać ze swoją chorobą.

To właśnie bliscy są najbardziej pokrzywdzeni przez chorobę tej kobiety. Mąż, ojciec, dzieci. Czy mogą liczyć na wsparcie otoczenia w tych trudnych dla siebie chwilach?

Znajomi i nieznajomi, którzy chcą pomóc

Też oszukani – zarówno emocjonalnie, jak i materialnie. To straszny zawód. Ciężko to ogarnąć i wytłumaczyć sobie wszystko chorobą psychiczną. A trzeba.

Po ujawnieniu tego oszustwa padają łatwe do przewidzenia glosy – i jak tu komuś zaufać? Jak można mieć pewność, że nasza pomoc trafia w dobre ręce? Otóż nie można. A zwłaszcza, jeśli pomaga się przez pomniejsze fundacje – ta sprawa pokazała niesamowitą lukę w sprawdzaniu potrzeb podopiecznych. Dla Majki zorganizowano dwa koncerty.

Przy okazji – w artykule jest mowa o tym, że drugiego koncertu bohaterka nie chciała. Głośno mówiła, że go nie potrzebuje. A jednak znajomi go zorganizowali. Dlaczego? Chcieli pomóc na siłę? Wiedzą lepiej? Altruizm chyba faktycznie nie istnieje, skoro chęć poczucia się lepiej (bo pomogłem) przeważyła nad opinia tej, której pomagano.

Inną kwestią jest umiejętność organizacji dwóch koncertów, bez znalezienia chwili czasu na pojechanie z nią do lekarza, na badania…

A jak teraz pomagać, gdy nasze zaufanie zostało nadwyrężone? Tak jak przedtem. Może nieco uważniej patrzeć na ręce (patrzeć nie znaczy zakładać z góry oszustwa). Może nie pomagać komuś hen, daleko, ale tym, którzy są blisko. Niekoniecznie walcząc z rakiem, a na przykład wspierając inwalidów. Chcesz pomagać, to pomagaj natychmiast, nie czekaj na wielką okazję

Internet (niestety) nie zawodzi

Figurski traci pracę i nie stać go na sushi? Co za bufon. Peszek leczy depresję na tropikalnej plaży? A co ona wie o życiu! Figurę bije mąż? Pewnie sobie zasłużyła. My tutaj nie jesteśmy zbyt empatyczni.

Tym razem jest podobnie. Komentarze pod artykułem, komentarze na FB. Niemożliwe, żeby to była tylko choroba. To zwykła złodziejka i oszustka. Niemożliwe, aby mąż nic nie wiedział. To musiała być szajka. Do więzienia, tam sobie z nią poradzą. Niech się teraz boi. Mąż jej teraz nawet przy katarze nie pomoże. A tak w ogóle to już nikt nikomu nie będzie pomagał, tak nas wszystkich zawiedziono (jak wiadomo, przed tą sprawą Polacy byli pionierami jeśli chodzi o wzajemną życzliwość). Nie wczytywałem się dokładnie, ale z dużą dozą prawdopodobieństwa zakładam, że gdzieś padło życzenie (!), aby Majka autentycznie zachorowała na raka. Bo taka karma – no i złodziejka.

Otóż ludzie dalej będą pomagać innym. Mąż Majki poda jej leki na katar. A ona sama otrzyma wsparcie psychologiczne, bo tego właśnie oczekują osoby z zespołem Munchhausena (zakładam, że to to). Tylko że internety nie widzą kobiety chorej psychicznie. Widzą kobietę, która nie jest chora na raka – i to im wystarczy.

Dobrze, że ta pani nie miała zastępczego zespołu Munchhausena. Wiecie, to coś podobnego, z tą różnicą, że pozoruje się chorobę u kogoś innego, najczęściej dziecka. A czasem nawet celowo się to dziecko osłabia, truje… Oj, wtedy to dopiero byłyby komentarze.

Pisałem już o tym kiedyś (i gdzieś – nie pamiętam na którym blogu, więc nie linkuję), że tłuszcza w sieci reaguje w sposób niezwykle atawistyczny. Skrzywdzone dziecko, pies przywiązany do pnia – nie ma różnicy. Jakaś pierwotna struna w naszej duszy jest trącona i włącza nam się opcja mordu. Na stos, wiecie, co z nią zrobić. Dajcie ją nam. A najlepiej rozerwijcie ją końmi na rynku, aby jej ciepłe wnętrzności nas ochlapały. Wtedy będzie sprawiedliwość.

Milion lat ewolucji, dziesiątki tysięcy lat cywilizacji – i wszystko to psu o kant budy rozbić.

Komentujcie też na FB.

Foto: Dennis Skley / CC BY-ND 2.0

Jeśli podobał Ci się ten tekst, polub mnie na Facebooku!