vitkAc Wawa

Wkładając klucz w drzwi, poczułem się jak w serialu TVN. Warszawa, wróciłem z pracy eleganckim samochodem. Zaparkowałem koło eleganckiego budynku. Ubrany w elegancki garnitur, z nie mniej eleganckim laptopem w torbie, jechałem elegancką windą na ostatnie piętro, do eleganckiego mieszkania. Pełnię szczęścia zapewniłoby mi tylko spotkanie ze znajomymi w Złotych Tarasach.

Tak było jakieś dwa miesiące temu, gdy obowiązki rzuciły mnie do stolicy. Ostatecznie zamiast lansu w Złotych Tarasach, były odwiedziny w domu handlowym vitkAc, umiejscowionym w budynku Wolf Bracka. Nie wiem, dlaczego Wolf, ani nie wiem, dlaczego wygląda to jak dom pogrzebowy. Nie wiem też, dlaczego vitkAc. Zapewne nie jestem grupą docelową. Akceptuję.

Patrząc bowiem na asortyment, zgromadzony w owym domu handlowym, zrozumiałem, ze tego przybytku nie można nazwać plebejsko „galerią”. Pufa za 12 tysięcy (nawet się nie otwierała i była brzydka). Dywanik za 16 tysięcy (też brzydki, z olbrzymim logo pośrodku). Szezlong za marne 20 tysięcy (taki czarny, w stylu katafalku). Tak, za prawdziwie duże pieniądze można sobie całkiem nieźle urządzić mieszkanie brzydkimi rzeczami. Doceniłem tylko design butów Jimmy Choo, ale może dlatego, że z całej tej zabawy były najtańsze (coś koło 3 tysięcy).

Klientów nie było zbyt wielu, ale ta garstka zapewne generowała zacny obrót. Wystarczy kupić pilniczek do paznokci (200 zł) i już jest nieźle. No, ale nie ma co oszczędzać. Takich marek nie ma w całym kraju. Do pełni szczęścia i kłucia w oczy logiem brakuje tam tylko firmy produkującej torebki, sygnującej się literkami LV. Znacie to logo, widać je na połowie torebek wśród modniś w miastach mniejszych i większych.

Na szczęście, to ma się zmienić. I tu dochodzimy do sedna sprawy.

Louis Vuitton ma tradycję, że otwarcie swoich placówek handlowych anonsuje wystawieniem olbrzymiej walizki na chodniku, tuż przed przyszłym sklepem. W ten sposób z daleka już widać, że coś się dzieje. Nie inaczej jest w Warszawie, gdzie – jeśli wierzyć mediom – właśnie trwa stawianie gigantycznego kuferka. Przy Alejach Jerozolimskich.

Perełką jest wypowiedź rzeczniczki Zarządu Dróg Miejskich, którą pozwolę sobie tu przytoczyć za gazeta.pl:

Zwyczajowo nie wydajemy zgody na zajęcie pasa drogowego pod reklamę. Tutaj okoliczności były wyjątkowe.

Na czym polega ta wyjątkowość? Czy sklep odwiedzi papież, albo inna głowa obcego państwa? Premier będzie przecinał wstęgę? Walizka służy obronności kraju? Nie, po prostu LV tak startuje w każdym kraju. Znowu oddaję głos pani rzecznik:

Bylibyśmy jedynym krajem, który nie wyraziłby zgody na taką reklamę. Inne kraje takie zgody wyrażały.

No i? Jakie są kryteria udzielania takiej zgody? Cena na metce? Czyli Bentley też mógłby liczyć na uległość urzędniczą, ale Volkswagen już nie? I co z Mercedesem – tylko przy promocji segmentu premium? Gdyby nie wydano zgody, być może o Warszawie byłoby głośno, jako o miejscu, gdzie prawo jest prawem (a poza tym jest tam na tyle cywilizowanie, że LV otwiera swój sklep). Albo – co bardziej prawdopodobne – nikt by na to nie zwrócił uwagi. Co przeciętnego warszawiaka obchodzi wielka walizka stojąca na chodniku w Pradze czy Kijowie?

Najwyraźniej obchodzić powinna. Ale dzięki temu jest furtka dla wszelkich firm, które chciałyby zrobić nietypową promocję w Warszawie. Wystarczy otworzyć kilka punktów w krajach ościennych, robiąc tam coś niezwykłego. Zależy, na co pozwoli tamtejsze prawo i urzędnicza życzliwość – może to być blokowanie głównej drogi w mieście, zrywanie asfaltu albo malowanie elewacji na świński róż. A następnie z hukiem – dosłownym i w przenośni – otworzyć sklep w Warszawie, stosując argumentację pani rzecznik. Proste?