Dlaczego nie przeczytam Twojego raportu?

Będąc młodą blogerką na rubieży – a było to z sześć lat temu – poszukiwałem sposobu na zdobycie czytelników. Chciałem być prawdziwym mikrocelebrytą (ten termin chyba obecnie wypadł z obiegu), a ponieważ numer z gotowaniem budyniu już ktoś odpalił, pozostały mi dobre rady zawodowców. Komentuj u innych. Bądź na Blipie lub – jeśli jesteś szalony – na Twitterze. Dawaj za darmo dużo wartościowych treści. Załóż newslettera. No i koniecznie napisz raport – poinformuj o nim na Blipie i w newsletterze, po czym wrzuć go na bloga.

Wprawdzie sam jeszcze żadnego raportu nie napisałem, nie rozdaję dużo i za darmo, ale patrzę, jak robią to inni. Raz na jakiś czas (bo szaleństwo raportowania chyba nieco minęło) w różnych zakamarkach blogosfery pojawiają się ciekawe materiały. Chciałby człowiek poczytać, douczyć się – ale nie może.

Paper Weaving

Bo Ty, Czytelniku, jako raportotwórca rzucasz swoim odbiorcom – i sobie przy okazji też – kłody pod nogi. Na przykład…

1.       Zamieszczasz tylko slajdy ze świetnej prezentacji

Od lat dziewięćdziesiątych minionego wieku świat poszedł do przodu w kwestii prezentacji. Już wiemy, że nie każdy slajd musi mieć kolorowe tło czy wklejone kliparty. Zabawnych gifów też już się nie uświadczy, czcionki są dość jednolite(i nie jest to Comic Sans) – idzie ku dobremu. Niestety, to, co podczas prezentacji jest zaletą, w sieci jest wadą.

Raportotwórca nie odróżnia najwyraźniej prezentacji od materiałów z tejże i wrzuca hurtem swoje slajdy. A że autor umie robić prezentacje i jego pliki pptx są w Luwrze, to na slajdach jest białe tło i mniej lub bardziej abstrakcyjne obrazki. Do tego same hasła, zapisane jakąś szeroką czcionką (Century Gothic jak nic). To świetnie wspomaga przemówienie, ale bez słów nie mówi nic.

Poświęć trochę czasu i umieść na slajdach (jeśli to już muszą być slajdy) swoje słowa. Albo przemodeluj całą prezentację dla potrzeb materiałów z wystąpienia. Bo gdy wrzucasz tylko swoje uber-minimalistyczne slajdy, to wolę już te kiepskie, przeładowane tekstem i wypunktowaniami prezentacje. I to z dwóch powodów. Po pierwsze – czegoś się z nich dowiem. Po drugie – cieszę się, że nie byłem na kiepskiej prezentacji z kiepskimi slajdami.

Minusem jest fakt, że w ten sposób mam „przyjemność” obcować z setką zapisanych maczkiem slajdów, bo przecież…

2.       Uważasz, że streszczenie to wymysł szatana

Ustalmy coś – nie piszesz kryminału. Finał Twojego raportu nie będzie zaskakiwał. Będzie podsumowaniem umieszczonych wcześniej punktów. Dlatego nie bój się umieścić streszczenie, które będę mógł przeczytać zanim zagłębię się w lekturę Twojego raportu.

Darujmy sobie ludowe mądrości typu „czas to pieniądz”. Wszyscy jesteśmy w jakimś stopniu zabiegani, więc szanujmy swój czas. Pozwól mi poznać Twój raport w skróconej wersji zanim będę się mógł nim rozkoszować w pełni. Pozwól, że sam stwierdzę, czy chcę czytać całość, czy tylko parzyste strony. A może wystarczy mi to, co napiszesz w streszczeniu.

Oczywiście, jest ryzyko, że w takim wypadku ktoś (na przykład ja) nie pobierze Twojego raportu po zapoznaniu się ze streszczeniem. Ale powody ku temu mogą być dwa. Po pierwsze – może się okazać, że tytuł Twojego raportu nijak ma się do moich oczekiwań. Tworzysz chwytliwe hasło, wrzucasz je w sieć, a ja – po zapoznaniu się z raportem – stwierdzam, że zmarnowałem tylko czas. To może wynikać nawet z tego, że po prostu nie zrozumiem tytułu raportu. Ale lepiej, abym  nie pobierał czegoś, co mnie będzie nudzić, niż żebym to pobrał (zwabiony chwytliwym tytułem), po czym narzekał. Publicznie.

Jest tez inna możliwość – że przeczytam tylko streszczenie, nie sięgając do pełnego raportu. Czy to faktycznie taki problem? Przecież zależy Ci jedynie na przekazaniu wiedzy – streszczenie spełnia tę funkcję. Może nie jest to wiedza pełna, może omija kilka przykładów – ale jeśli streszczenie jest dobre, to wnioski wyciągnę odpowiednie. A do tego będę wszystkim mówił, że dowiedziałem się tego od Ciebie.

Dlatego poświęć trochę czasu na zrobienie dobrego streszczenia. Wynotuj najważniejsze informacje, zaznacz wnioski. Użyj wypunktowań, gdzie to możliwe. Odpuść sobie tabele i wykresy, chyba że umożliwią mi jeszcze szybsze zapoznanie się z przekazywanymi przez Ciebie informacjami.

A – i dobrze, jeżeli umieścisz streszczenie w jakimś dostępnym miejscu, na przykład na blogu, a nie na początku raportu. Bo tak się często składa, że chcąc dać mi swój raport…

3.       Męczysz mój palec wskazujący

Wiecie, co mi się podoba w Amazonie? Buy with one click. Widzę książkę, podoba mi się, cena jest znośna – klikam i mam. Nic dodać, nic ująć. Podobnie jest w Gruponie czy Google Play (choć tam chyba jest wymagane jakieś potwierdzenie typu „are you sure”). Polskie prawo nie pozwala na przechowywanie danych karty kredytowej, więc za każdym razem, gdy kupuję coś na Allegro, Publio czy CDP – musze wklepywać wszystko, co jest na karcie.

Ale przecież Twój raport jest gratis. Nie płacę za niego. Więc pobranie go jednym kliknięciem wydaje się najbardziej naturalną formą. A jednak – jakaś przemożna siła każe Ci obwarować raport różnej maści przeszkadzajkami. Klasycznym rozwiązaniem jest wymuszenie zapisania się na newslettera, aby móc ściągnąć raport – ale ostatnio wyrósł mu silny konkurent

W dobie social media formą zapłaty jest „pay with a tweet” – czyli wrzucę wpis na Twittera albo FB i mogę pobrać. Zanim zapoznam się z treścią (bo na przykład nie uznajesz streszczeń), zanim stwierdzę, że mi się podoba (nie wierzysz, że Twoje treści się obronią?). Po prostu poinformuję wszystkich, że pobieram Twój raport. Taka lepsza forma żebrolajka (czy też raczej żebrokomcia).

Żeby nie było – idea „pay with a tweet” do mnie trafia. W społecznym świecie opinia (w formie lajka albo komentarza) to rodzaj waluty, na dodatek dość wartościowej. Jeśli udaje Ci się ją pozyskać – brawo. Jeśli ludzie płaca Ci z góry – jeszcze większe brawo. Ale upewnij się, że ten system jest dość prosty. Moje ostatnie doświadczenie z „pay with a tweet” było cyklem klikania. Kliknij „pay”. Kliknij „Post na FB”. Wpisz coś. Kliknij publikuj. Czekaj na pobranie. Nic się nie dzieje. Kliknij jakieś „Download”. Fuck, to jakiś spamerski downloader. Zakończ pobieranie. Kliknij „pay” jeszcze raz. Twitter. Napisz. Publikuj. Czekaj dziesięć sekund. Zapisz. Gotowe.

Nic dziwnego, że nie chce mi się tyle klikać. Zwłaszcza, gdy nie wiem, czego się spodziewać (pamiętasz o streszczeniu?). Ale nawet jeśli dasz piękne streszczenie i pozwolisz mi ściągnąć wszystko jednym ruchem myszy, to i tak jest mała szansa, że przeczytam Twoje dzieło. Z jakiegoś bowiem powodu…

4.       Używasz formatów z minionego wieku

PDF? Serio? I co ja mam z tym zrobić? Wydrukować? Czy może siedzieć przed komputerem i przewijać, przewijać, przewijać, aż pisk kółka myszy wwierci się w mój mózg?

Ustaliliśmy już, że czas jest cenny – a ja nie mam go w nadmiarze. Dlatego jestem wdzięczny za zwięzłą treść, poprzedzoną streszczeniem. I nie czytam Twoich treści przy porannej kawie – bo nie piję kawy – ale w tramwaju, autobusie. Czasem w łóżku przed snem. Wszędzie, gdzie tylko mogę (tak, w wannie też się zdarzało). I są to miejsca, gdzie nie mam komputera. Ale wiesz, co mam?

Kindle. Jedno z najbardziej rewolucyjnych urządzeń minionej dekady. Lekkie, pojemne, nie męczące oczu, dostosowane do czytania przy świetle sztucznym i naturalnym. Jedyną wadą „kundelka” jest to, że kiepsko się na nim czyta format PDF. Zwłaszcza taki przeładowany grafiką – jak Twój raport.

Dlaczego upierasz się na taki niewygodny format? Piszesz i tak w Wordzie (albo Notatniku, kto by tam zgadł) – a potem przerabiasz to na PDF. Nie możesz przy okazji zrobić z tego formatów epub i mobi? To zajmie coś około minuty – a ja będę mógł spokojnie przeczytać Twój raport wtedy, kiedy znajdę czas. Chcesz szpanować zdjęciami i typografią? Mi zależy na treści. A czcionkę możesz dołączyć (ostatnią książkę Masłowskiej sprzedawano z dołączoną czcionką i się wyróżniała).

Uprzedzający ewentualne sugestie – nie mam tabletu. A Kindle jest lżejszy i można dzięki niemu czytać nawet na słonecznej plaży. To duży plus. Pomyśl tylko, ilu plażowiczów mogłoby zachwycić się Twoim raportem. Ale tego nie zrobią – bo pęd do wrzucania zdjęć i infografik popycha Cię w objęcia formatu PDF. To trochę tak, jak z tymi slajdami – musisz się przygotować na trochę więcej roboty, ale mając mobi / epub oraz PDF możesz zadowolić większą liczbę czytelników.

Powiem więcej – zrobienie przyjaznego formatu oznacza, że mogę przeczytać Twój raport nawet na telefonie komórkowym. Czyli zapoznam się z Twoją wiedzą nawet podczas nudnego zebrania. W ten sposób Twoje słowa trafią pod strzechę. I – o ile będą dobre – będę je głosił wszem i wobec, z podaniem autorstwa.

Jeśli działasz według tej listy, to nie dziw się, że nie przeczytam Twojego raportu. Ja i wielu do mnie podobnych. Ale jeśli tylko zechcesz posłuchać tych kilku dobrych rad… Zresztą – może za jakiś czas przerobię ten wpis na raport, to zobaczysz.

Foto: Joel Penner / Flickr

  • och, wnioskuję, że hatalska nie rzuciła cię na kolana.
    hm, ale imho hatalska czasy świetności ma za sobą.
    i jej dziwne manify, i uroczyste porzucanie blipa.

    ale przecież terrorysta był celebrytą! 😉

    • Jesteś drugą osobą, która łączy ten wpis z Natalią Hatalską. Którą bardzo szanuję za to, co robi, a jej prezentacja na Blog Forum była jedną z lepszych, jakie widziałem. Prawdą jest, że nie mogę się odnieść do ostatniego trendbooka, bo go nie przeczytałem. A nie przeczytałem go (jeszcze), bo jest w PDFie… Więc ten punkt odnosi się do pracy Natalii jak najbardziej. Ale tylko ten. Owszem, klikanina przy pobieraniu też była związana z nią, ale bardziej chodzi mi o początkujących blogerów, którzy patrzą na tych doświadczonych i próbują takich sztuczek. Serio, na mnie to nie zadziała.

      O czasach świetności się nie wypowiem, ale nie skreślałbym nikogo tak szybko.

      „Terrorysta”? A któż to? Ktoś taki nigdy nie istniał…

      • hm, nie to, że skreślam hatalską,
        po prostu coraz rzadziej odwiedzam jej stronę, bo od pewnego czasu rzadko znajduję ta treści interesujące mnie, a kiedyś tego było więcej.
        nie umiem do końca sprecyzować, ale w moim przekonaniu to nie jest to, co było, jeszcze powiedzmy rok temu.

        nie kwestionuję umiejętności hatalskiej- bo naprawdę prezentować coś przed innymi też trzeba „umić”.
        może hatalska powinna pójść bardziej w tym kierunku?
        bo czasami mam wrażenie czytając wpisy, że opisuje akcje po prostu z obowiązku, bo taka jest ramówka strony, rzadziej widać taką pasję jak kiedyś.

        może trochę bawią mnie akcje w stylu- blip się skończy, bo hatalska z niego odchodzi.
        blip może ma swój wielki bum za sobą, ale ma się całkiem nieźle,
        bo np. do twittera ciągle coś nie mogę się przekonać.
        a więc takie bycie lub nie hatalskiej na blipie- ma mikro znaczenie.
        również oetker nie upadł mimo wpisów kominka 😉

        • Dla mnie Blip też jest martwy… Po co mi 160 znaków, jak mam FB i G+? I międzynarodowego Twittera. Więc na Blipie mnie nie ma od dawna. A pamiętam, jak jego założyciel na pierwszym BFG mówił, że blogi umierają, nawet już lekko cuchną, bo teraz nadchodzi czas mikroblogów. Ha! Who’s laughing now?

          To Oetker miał upaść?;)

          • hm, nie wiem, ja tam sobie wiszę na blipie, bo jak dla mnie jest bardziej funkcjonalny niż twitter- mimo ilości znaków.
            ignorowanie po tagach, obserwowanie tagów, wysyłanie pw – jest wg mnie wygodniejsze w wersji blipowej niż twitterowej.

            na g+ bywam sporadycznie, na fb mam zapisane hasło z opcją, że ma mnie nie wylogowywać, jednak nie używam fb niewiadomo jak namiętnie.

  • no ale sam przyznaj- jeszcze jakieś 2 lata temu hatalska czy maciej budzich-
    o nich było głośno.

    • I nadal jest. Tylko my już nie patrzymy w tamtą stronę.

      • nie wiem, ciężko mi ocenić. jak tkaczyka nadal czytam regularnie, to u hatalskiej obecnie bywam średnio raz na kwartał, albo i rzadziej.

        • Ja przestałem zaglądać do Kominka, Niekrytego czy Lekko Stronniczych, ale nie powiedziałbym, że nie jest o nich głośno albo się kończą:)

          • ja u kominka byłam ze trzy razy.
            niekrytego czy lekkich- nawet nie znam.

            nie wiem, może jest o nich głośno w niszy, którą dla siebie znaleźli?
            bo tak na poważnie, to o kominku obiło mi się o uszy z rok temu, przy okazji promocji jakiegoś auta, that’s all.
            a wcześniej kominek jadł i budyń w pl, i frytki w usa.

            nie twierdzę, że to kres hatalskiej czy kominka, ale w mojej opinii- zaliczają znaczy spadek popularności, i jak dla mnie ( w odniesieniu do hatalskiej, nie kominka)- nie są takimi autorytetami jak kiedyś.

            a ponowię przykład tkaczyka- ten robi swoje, i nadal go słucham.

          • Vero, może po prostu nie czytasz blogów? Albo czytasz tylko jakąś niszę? Bo ja o LS słyszałem, zanim zacząłem ich oglądać. A stwierdzenie, że Kominek tylko jadł budyń i frytki – to zbytnie uproszczenie.
            Może po prostu Hatalska i Kominek zarabiają już nie na blogu, a dzięki niemu? I dlatego czujesz, że nie są już tacy „łebdwazerowi”?