Gwałtu, rety, co się dzieje – Polak w oczach nam durnieje!

Wydarzyła się tragedia medialna. Z anteny jednej ze stacji spadł program poświęcony polityce międzynarodowej. Co była redaktor (redaktorka?) naczelna „pierwszego w Polsce radia informacyjnego” skwitowała krótko – Polacy zdurnieli. Nie oglądają, znaczy głupi są.

No, łatka przypięta, można iść na piwo.

Oczywiście odezwali się też oburzeni widzowie – że jak tak można? Że to tryumf buractwa nad intelektem! A pewien pan były już ambasador w niezwykle ostrych, jak na dyplomatę, słowach zauważył, że Polska staje się zaściankowa. Można odnieść wrażenie, że larum podniosło się olbrzymie, a tłumy widzów zostały pozbawione swojego ulubionego źródła wiedzy o świecie.

Tłumy – czyli średnio niecałe 70 tys. osób. I to w stacji, dla której rekord oglądalności wynosi ponad milion (gdyby nie konklawe, nie byłoby tak klawo). To co to za tłumy? Czy faktycznie tyle osób nie może żyć bez jednego programu? Oczywiście, że nie.

Widzowie żyją spokojnie – i to nawet w ramach tej samej grupy stacji telewizyjnych. Na przykład tłumnie oglądają show z cyklu „tańczyć każdy może” – blisko 2,5 mln widzów, co jest spadkiem! Albo zachwycają się perypetiami przyjaciółek (nie wiem tylko czyich) – i to nawet zbliżona wielkością grupa 2,5 mln osób. W ostateczności pasjonują się przygodami kłód drewna na rajskiej plaży, czyli „Pamiętnikami z wakacji” – 1,3 mln osób (to też jest spadek). Gdy spojrzeć na powyższe liczby, widać, że politykę międzynarodową przeciętny widz ma głęboko w dupie, no, chyba że chodzi o papieża. Ale interesujący jest tylko wybór nowego biskupa Rzymu, ewentualnie pocieszne kaleczenie polszczyzny z balkonu.

Dlaczego widz – posługując się słowami redaktorki Wanat – durnieje? Dlaczego woli oglądać talent show niż słuchać dyskusji o międzynarodowej polityce?

Może dlatego, że media przyzwyczaiły go do polityki polskiej, nie dając nawet cienia nadziei, że w przypadku tej zagranicznej jest zupełnie inaczej. Może przeciętny, zdurniały widz, ma dosyć gorących newsów o polskiej piłce, skokach narciarskich, papieżu, szczawiu na nasypie, gejach za murem oraz mistrzyni żonglerki z Sosnowca? Może nie rusza go widok tych samych, wieczni skrzywionych mord, mówiących na zmianę „było lepiej – będzie dobrze – jest źle”? Może robienie wiadomości dnia z każdego przejawu politycznego kibolstwa skutecznie odpycha od interesowania się jakimkolwiek rodzajem polityki?

Ale jest też druga strona medalu. W jaki sposób widz ma nie durnieć, skoro nie ma wyboru? Rzeczony program jest (był) nadawany o 21:15. A więc niekoniecznie w porze największej oglądalności. I niekoniecznie na najlepiej dostępnym kanale. Bo prime time w dużej stacji to właśnie taniec, śpiew i mięsny jeż. I nie można mieć o to pretensji do stacji komercyjnej, która jest nastawiona na sprzedawanie tego, co ludzie chcą kupić. Ale dlaczego takich programów nie uświadczy się w telewizji publicznej, utrzymywanej z pieniędzy tych, co durnieć nie chcą? Oraz – co najistotniejsze – posiadającej tak zwaną misję? Dlaczego tam ważniejsze są perypetie bohaterów „Klanu” albo „M jak coś tam”, a głębszych tematów dotyka się jedynie poprzez stawianie egzystencjalnych pytań w stylu „jaka to melodia”?

A przecież mówimy tylko o polityce. Do komentowania której w większości zapraszani byliby ci sami weseli chłopcy od kopania się po kostkach n krajowym podwórku. Nie zaczynajmy mówić o pozycji programów popularnonaukowych w jakiejkolwiek stacji telewizyjnej…

Część widzów rozpoczyna poszukiwania na własną rękę – korzystają z sieci, czytają odpowiednią prasę. I nie oglądają tych wielce wartościowych ochłapów, serwowanych w telewizji. Przez co oglądalność programów takich jak „To był dzień na świecie” spada niczym meteor nad Czelabińskiem. Część, zniechęcona wytworzonym przez media wizerunkiem polityki jakiejkolwiek, ma ją tak głęboko gdzieś, że nawet o poszerzeniu UE dowiaduje się z zagranicznego teleturnieju telewizyjnego, jak to miało miejsce z niżej podpisanym. Pozostającą resztę, dla której internet to główna strona Onetu, karmi się tym, co akurat chwyci. Nie starając się w żaden sposób kształtować widza. Bo tak przecież łatwiej.

No i tak sobie widz durnieje. I jeszcze zarzuca mu się, że owa durnota wynika z nieumiejętności korzystania z telewizji. Nie dostrzegając, że najzwyczajniej w świecie widz nie ma z czego korzystać.

Zresztą – niezwykle zatroskany durniejącymi Polakami portal, do którego tu linkuję, na swojej głównej stronie w chwili, gdy piszę te słowa, ma artykuły o oglądaniu seriali i o najważniejszej sprawie minionego dnia, czyli wywiadzie żony Terlikowskiego dla „Wysokich obcasów”. Nic dodać, nic ująć. Durniejecie razem ze mną?