Pierwszą gwiazdkę Michelin trzeba ukraść

Polski wrodzony optymizm nakazuje nam patrzeć na świat przez popękane różowe okulary. To własnie dzięki nim wiemy, że wszyscy kradną i oszukują (wszyscy poza nami, oczywiście). Jakikolwiek sukces, osiągnięty dzięki ciężkiej pracy, jest nad Wisłą niemożliwy. Ciężko pracują tylko frajerzy, na których plecach kasta cwaniaków buduje swoje szczęście.

Stąd pojawiło się przecudne hasło, że pierwszy milion trzeba ukraść (w przeciwieństwie do Cypru, gdzie własnie kradną ostatnie miliony). Potem można już być uczciwym bogaczem. Ale ten początek – bez moralnej elastyczności ani rusz. Uczciwie można się najwyżej dorobić średniej krajowej, minus ZUS. A i to tylko po znajomości. Bo bez pleców to dziś nawet stróżem na parkingu się nie zostanie.

Zresztą – jak tu się uczciwie dorobić, skoro nawet prezes Związku Przedsiębiorców i Pracodawców mówi, że będzie zatrudniał na szaro? A sam zapewne będzie napychał sobie kieszenie krwawicą szaraczków…

Dlatego ci z nas, którzy uważają, że jednak potrzebna jest wytrwałość i rzetelność, jak kania dżdżu łakną wszelkich informacji o ludziach, którym się udało. Nie, źle powiedziane – „udało się” zakłada działanie szczęścia. Historie ludzi, którzy zrealizowali swoje marzenia i plany, osiągając sukces dzięki własnej pracy.

I stąd tak dużo uwagi media poświęcają historii restauracji „Atelier Amaro” w Warszawie, która dostała pierwszą gwiazdkę Michelina. Pierwszą w Polsce. Ta faktycznie duże wyróżnienie – i znak, że doganiamy tak zwany Zachód. Oczywiście złośliwcy i tak będą mówić, że to snobistyczne wyróżnienie, porządnego schabowego tam nie uświadczysz, a na dodatek restauracja mieści się w byłym szalecie miejskim. No i połowa restauratorów to by nawet takiej gwiazdki nie chciała, bo to wysiłek niewspółmierny do korzyści. A poza tym – kto chodzi do takich drogich restauracji, jak w kraju bieda (bo złodzieje kradną te pierwsze miliony).

Olać ich.

Tak samo jak należy zignorować ludzi, którzy uważają, że mogą być dumni z przyznania tej gwiazdki. A jedyne, co ich łączy z „Atelier Amaro” to mieszkanie w Polsce. Rzeczywiście, duma może ich rozpierać.

Dumny to może być sam pan Modest Amaro i jego załoga, którzy własną ciężką pracą wspięli się na szczyt kulinarnej Polski. Zamiast jęczeć, że w „tym kraju” nic się nie może udać, zamiast narzekać na złodziei i cwaniaków – warto wziąć z niego przykład i zakasać rękawy. To własnie pan Modest rozkręcił od podstaw to miejsce. Przykładał dużą wagę do dostaw, tworzył zgrany zespół, motywował pracowników i kreował kuchnię z pasją. Uczył się wcześniej u najlepszych, a przede wszystkim zaczął wcześnie. I od początku dążył do sukcesu. W połowie lat 90., mając 21 lat, wyjechał do za granicę i dostał się do zespołu Włocha, prowadzącego najlepszą włoską restaurację w Londynie.

Uprzednio fabrykując swoje CV. I to niech będzie puentą tej historii. Chyba, że Wy macie lepszą – to czekam.

Foto: Lisa.davis / Wikimedia