Klimakterium okiem mężczyzny przed andropauzą

Mieliście kiedyś tak, że czuliście się kompletnie nie na miejscu? Wybraliście się na pieszą pielgrzymkę w koszulce Behemota albo szliście w pochodzie miesięcznicy smoleńskiej, trzymając w ręku kubek Starbucksa? Ja tak miałem całkiem niedawno. Na jednej sztuce.

Podobno oglądanie nawet najlepszych seriali telewizyjnych nie jest prawdziwym ukulturalnianiem się, więc postanowiliśmy z Ukochaną wybrać się na przedstawienie teatralne. Okazja była po temu nielicha, bo właśnie przyjechał do Gdańska spektakl z samej stolicy! I to nie byle jaki spektakl, ale znany i uznany musical „Klimakterium”. Opowieść o czterech kobietach, które z piosenką na ustach wchodzą w menopauzę.

Jeśli poprzednie zdanie wydało Wam się absurdalne, to pomyślcie, jak ja czułem się, siedząc na widowni. Facet. Dość młody jeszcze. No, ale samo niezrozumienie tematu to nie wszystko. Przecież istnieje szansa, że sztuka będzie zabawna, a padające ze sceny dowcipy przebiją się przez barierę płci i wieku.

Nie będę Was trzymał w niepewności. Szansę tę spektakl zmarnował na starcie.

Jak być może Wam wiadomo, oznakami przekwitania są m.in. uderzenia gorąca i wzmożone oddawanie moczu. No cóż, taki pech. Rozumiem, że można chcieć to obrócić w żart. Ale żeby  co pięć minut? Każda z bohaterek sztuki (a tych jest cztery) musiała kilka razy podkreślić, że wytrzymanie z siusianiem to prawdziwe wyzwanie. No i usłyszałem ze dwie, albo trzy piosenki o uderzeniach gorąca. Fascynujące. Zastanawiam się, czy gdyby objawami menopauzy były np. niekontrolowane rozwolnienie albo wzmożone gazy, to panie też raczyłyby nas żartami i piosenkami na ten temat? Wieloma? Często powtarzanymi?

W pewnym momencie zacząłem podejrzewać, że oznaką menopauzy są zaniki pamięci. Albo jakaś dziwna forma natręctw. Inaczej tego zafiksowania na uderzeniach gorąca i nietrzymaniu moczu nie potrafiłem wytłumaczyć. Nie, żeby nie były to problemy mi obce – nadmiar wypitego piwa albo podróż tramwajem z rozregulowaną klimatyzacją potrafią mi pokazać, jak straszne męki przechodziły bohaterki. Ale wystarczyło powiedzieć o tym raz.

Odwodnienie, spowodowane wzmożonym siusianiem i tymi falami gorąca, zapewne przyczynia się do wysychania. To z kolei tłumaczyłoby ilość sucharów, jakie padały ze sceny. Nie byłem pewien, czy usłyszałem choć jeden kawał, którego nie znałem w podstawówce. I to przed przystąpieniem do I Komunii. Prawdopodobnie miało to mi pokazać, że kobiety w pewnym wieku stają się sentymentalne i uciekają się do opowiadania żartów z dzieciństwa. Własnych rodziców. Spektakl sprawiał wrażenie, jakby patronatem honorowym objął go Karol Strasburger do spółki z Tadeuszem Drozdą.

Choć muszę oddać sprawiedliwość – bohaterki wykazywały się inicjatywą w tworzeniu zabawnych sytuacji. Nie opowiadały tylko kawałów z brodą, ale tworzyły humor na scenie, na oczach widzów. Myliłby się jednak ten, kto oczekuje błyskotliwych i ciętych tekstów w stylu zawodowych stand-uperów. To był prosty, wywołujący rechot kawał, w stylu „wsadźmy grubą na piłkę, niech poskacze”. Albo „niech gruba zrobi jaskółkę”. Albo „niech gruba się odchudza, żrąc czekoladki ufundowane przez sponsora spektaklu” (po raz pierwszy widziałem w teatrze product placement). Boki zrywać, doprawdy.

Jedyne, co mi się podobało w tym spektaklu, to przerwa. Bo mogłem opuścić salę, nie przeszkadzając nikomu. Nie wiem, może w drugiej połowie sztuka się rozkręca, na scenie pojawiają się roboty, lasery i eksplozje… Ale podejrzewam, że ominęło mnie po prostu więcej żartów z otyłych, starych kobiet, nietrzymających moczu. Oraz trzy kolejne piosenki o uderzeniach gorąca.

Nie jestem targetem, jak słusznie zauważycie. Ale musicie wiedzieć, że tu target jest bardzo wąsko sprofilowany. Wnosząc po tym, że spektakl nie przypadł do gustu ani mnie, ani mojej Najmilejszej, ani jeszcze jednemu mężczyźnie, którego żona mogłaby być bohaterką – natomiast owa żona ponoć bawiła się dobrze – zakładam, że spektakl jest skierowany tylko do kobiet w menopauzie. Niewykluczone, że otyłych. I z całą pewnością mających problemy z siusianiem, patrząc na kolejkę przed damską toaletą w czasie przerwy.

To znakomicie, że aktorki, grające w spektaklu, znalazły sobie niszę i mogą się realizować zawodowo. Nie trzeba ich przynajmniej spychać ze skały (co, już tak nie robimy?). To pewnie dobrze, że powstał spektakl, który lekko taktuje o problemach sporej części ludzkości. Ale zaklinam Was – o ile nie jesteście grupą docelową, nie idźcie na niego pod żadnym pozorem. Nawet, jakby Wam dopłacali do biletu. Chociaż z drugiej strony – kobiety, którym organizm funduje hormonalną huśtawkę, chyba niezbyt dobrze znoszą zachodzące w ich ciele zmiany. Nie wiem, czy to dobry pomysł, aby starać się je z tym oswoić, wyszydzając owe zmiany w organizmie i przypominając o nich co pięć minut. To trochę tak, jakby chorym na AIDS fundować, ku pokrzepieniu, pokaz „Filadelfii”. Z podłożonym jak w sitcomie śmiechem.

Spektakl spełnił w moim przypadku jedynie funkcję edukacyjną. Pokazał mi, że menopauza to straszny okres i powinienem się cieszyć, że nigdy mnie nie dotknie. Mocz, uderzenia gorąca, kiepskie żarty, a na dodatek – co usłyszałem ze sceny – nie ma się ochoty na seks, choć własnie wtedy czerpie się z niego prawdziwą przyjemność. Tak więc znalazłem kolejny plus bycia facetem. I tylko zastanawiam się, czy nie wybrać się kiedyś na męską wersję tego przedstawienia, czyli „Andropauzę”. Choć z drugiej strony, łącząc męskie przekwitanie z problemami z prostatą, mogę się założyć, że znam już jeden z lejtmotywów.

Foto: Heather

  • Ewa

    No, klasyczne. Bezsensowne tworzenie histerii wokół „problemu”. Podobnie „ludzie mówią” o porodach.
    Hmm, a może ja jestem nienormalna?:) Albo wiem – jestem facetem:)

    • Ewa, z pewnością jesteś facetem. Wg tej sztuki kobiety działają identycznie i mają z tym problem. Tzn. – mam na myśli pierwszą połowę tej sztuki. Może kluczem do zrozumienia tego humoru i historii (dalibóg, nie wiem, czy jakaś tam była) jest druga połowa?

  • Ewa

    Dzięki za ostrzeżenie, nie pójdę na sztukę, chociaż teoretycznie targetem jestem. Teoretycznie:)