Swing

Zastanawialiście się, jakie to jest uczucie, gdy artysta offowy widzi swoje dzieło w mejnstrimowym obiegu? Swoją książkę w Empiku, swój obraz w Muzeum Narodowym, swój film w multipleksie. Podejrzewam, że takie miłe uczucia miał Abelard Giza, gdy doczekał się wreszcie premiery swojego nowego filmu „Swing” w kinach całej Polski.

Poza dumą i radością mógł czuć trochę żalu, że nie dane mu było wprowadzenie do szerokiej dystrybucji swoich poprzednich filmów, takich jak „Wożonko” czy „W stepie szerokim„. Żal mógł być podwójny, bo tamte filmy były po prostu lepsze.

„Swing” to historia pary… a właściwie jednego faceta, jego kobiety, jego kolegi oraz kobiety tego kolegi. I próby namówienia na seks grupowy – celem, jakżeby inaczej, wzmocnienia więzi w związku. Tak, to zdecydowana większość fabuły – ale komizm zasadza się w tym przypadku nie na nagłych zwrotach akcji, tylko na dobrych tekstach i niekończących się omyłkach.

Może od ręki uprzedzę – pomimo zachęcającego plakatu, w filmie nie uświadczy się golizny w ilościach zadowalających. Zwracam też Waszą uwagę na plakat będący klasycznym przykładem polskiej szkoły plakatu w XXI wieku. Wszyscy bohaterowie, białe tło (jakżeby inaczej, bez białego tła plakat byłby nieważny) – gdyby ukryć zabawne literki, i tak byłoby jasnym, gdzie obraz powstał. Uprzedzenie drugie – tej fajnej czcionki nie wykorzystano w filmie.

Gdy tylko zobaczyłem napisy początkowe, utwierdziłem się w tym, co podejrzewałem po obejrzeniu zwiastuna – to jest zaadaptowana sztuka teatralna. Mamy tu typową jedność czasu, miejsca i akcji. Brakuje tylko wejść chóru, ale rozumiem – budżet nie pozwolił. Na dodatek sztuka bardzo krótka, bo film trwa godzinę i kwadrans, co nawet po uwzględnieniu reklam jest czasem uniemożliwiającym wchłonięcie popcornu w rozmiarze mega.

Na plus należy zdecydowanie zaliczyć to, że jest to jeden ze śmieszniejszych teatrów telewizji, jaki przyjdzie Wam oglądać – jeśli nie najśmieszniejszy. Żartów i gier słownych jest tu masa – i one autentycznie bawią. Co więcej: nie są to oderwane od siebie skecze kabaretowe, a tego można było się spodziewać po twórcach z Limo. Tutaj mamy spójną, choć dość nieprawdopodobną historię. Dzięki temu gładko przejdziecie z jednego śmiechu w drugi – i tak będzie do samego końca filmu. No, prawie do końca (jeśli nie liczyć wpadek z planu, pokazywanych podczas napisów końcowych).

Bowiem Abelard Giza nie wykorzystał tego, z czego słynie jego Limo. Tamten kabaret jest mistrzem pointy. Skecze tworzy rzadko, ale są one zawsze perfekcyjnie dopasowane. Tutaj całość była poprawna, ale zabrakło mi tego wykończenia, które zerwałoby mi kapcie ze śmiechu. A wiem, że twórców byłoby na to stać.

Nie zrozummy się źle – to jest bardzo fajny film. Śmieszny (nie pamiętam, kiedy ostatni raz mogłem to powiedzieć o polskiej komedii). Tylko że wejście do kin z czymś w stylu „Wożonka” wyniosłoby reżysera i scenarzystę w jednym do rangi krajowego herosa. Mocny film, w pełnej długości, z nieszablonowymi bohaterami – to byłoby coś! A tak – można się pośmiać. Dużo. To zdrowo, ale – no właśnie. Ze względu na to, że twórca sam sobie postawił wysoko poprzeczkę, jest jakieś „ale”.

Niemniej zachęcam Was gorąco, abyście wybrali się na „Swing” do kina – tym bardziej, że okazji nie będzie wiele. Film jest w ograniczonej liczbie kopii, więc pokazuje go kilka kin studyjnych i sieć Helios. A wyświetlany będzie tylko przez tydzień. Żeby się oderwać od lutowej szarości i wymasować brzuch śmiechem – znakomite. Żeby zachwycić się talentem Abelarda Gizy – za krótkie.

Ale trzymam kciuki, że to dopiero początek. I za kilka lat do kin wejdzie taki film, że wszyscy oniemieją z zachwytu (i długotrwałego śmiechu). No i może do tego filmu Limo dorzuci kilka swoich niesamowitych, fałszywych zwiastunów?

PS: ostatnio coś się tu filmowo zrobiło, następny wpis musi być nieco inny. Ale najpierw ja muszę go napsiać…